Królewski Port

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Królewski Port

Pisanie by Deithe on Pią Sie 03, 2012 9:28 pm

Karoca podskakiwała lekko, ale ciągle na brukowcach. Główne ulice w Królewskim Porcie były wyłożone płaskimi, niemal prostokątnymi brukowcami. Jednak na drodze do posiadłości Domu Sabertain użyto sporych, okrągłych brukowców. Chyba tylko po to, żeby każdy wiedział gdzie jest, nawet bez wyglądania za okno.

Cedric Blake siedział na wyłożonej czerwonym aksamitem kanapie karocy nie całkiem obecny. Częściowo jego myśli krążyły za oknem, częściowo wokół toczącej się wewnątrz rozmowie, a częściowo wokół uroczych bliźniaków, z łóżka których wyciągnęli go jego przyjaciele. Właściwie to całkiem zabawna historia. Kto by pomyślał, że miała tak uroczego brata?

- Słuchasz nas w ogóle, Cedric? – rzucił w powietrze Christopher Carlin. Miał 25 lat, więc był o rok starszy od Blake’a, za to miał tak delikatny typ urody, że często mylono go z kobietą. Co niezmiernie go irytowało. Sączył powoli drinka składającego się z kapki brandy i całej szklanki pokruszonego lodu. Co prawda upalne lato 1855 roku na Avalonie miało się już ku końcowi, ale Chris nie cierpiał lata. – To takie podobne do Craya, żeby ściągać nas na „ogłoszenie czegoś wielkiego” i nie powiedzieć o co chodzi. Po prostu zbierajcie się chłopcy i macie zaraz być…
- Głupiś, to oczywiste, że chce ogłosić swojego następce – Jake Maelstrom podniósł wzrok znad książki, tylko po to by posłać kompanowi obojętne spojrzenie. Był z nich najstarszy, mając 27 lat i wygląd księgowego z wyższych sfer. A może bibliotekarza. Ciemne włosy zawsze miał zaczesane do tyłu pomadą, a jego drugą naturę stanowił nawyk poprawiania zsuwajacych się po nosie okularów.
- Nie powiedział bym, co prawda ma już swoje lata, ale…
- Jest najstarszą Głową jaką mieliśmy, jaką miała dowolna Rodzina, czy Dom, o ile się nie mylę. Wie, że nawet jego czas się kiedyś skończy, a młode pokolenie robi się niecierpliwe. Musi wyznaczyć następce, choćby „w razie czego”. Jestem pewien, że wyznaczy Cedrica. Cedric jednak nie ma wystarczającego poparcia… - Jake posłał przyjacielowi spojrzenie spod znaku „gdybyś się bardziej postarał…” i kontynuował. – Więc wyznaczy pewnie kontrkandydata. Jak Oliviera Braita. Karierowicz, ale ma zapał i pracuje wytrwale. Osobiście go nie trawię, ale są tacy, którym odpowiada jego tak zwana „tradycyjność”.
- E tam, bardziej nadawałby się na kandydata Alister Hardy, nie uważasz? – zaprotestował Chris.
- Ten obibok? Gdyby mu pozwolić, całe życie spędziłby zalany w trupa, leżąc twarzą w kobiecych cyckach.
- Może i tak, ale jego ojciec zarządza jednym z najbardziej dochodowych biznesów Domu i ma forsy jak lodu – tu Carlin uśmiechnął się do siebie – są osoby gotowe przymknąć oko na wady panicza Hardiego, jeśli dostana się do kufrów jego starego.
- Dobrze, dobrze – Maelstrom uniósł dłoń w pojednawczym geście. – Jakkolwiek nie będzie, trzeba się przygotować. Musisz wiedzieć kto cię popiera, a kogo musisz sobie zjednać. Słuchasz mnie, Cedric?
- Ostatnio nie wygląda na zmotywowanego do działania. A sam ciągle gada o rozkręceniu własnego Domu i zagarnięciu wszystkich najlepszych Uzdolnionych…
- Spokojnie, spokojnie – westchnął Jake – po kolei. Jeśli chcemy przeżyć do jutra, musimy rozeznać się w sytuacji. Potem się pomyśli co dalej. Więc wracając do poparcia, na zjeździe będą zapewnie przedstawiciele Dziesięciu Wielkich Rodzin. Masz więc poparcie swoje, rodziny Blake, moje, rodziny Maelstrom i rodziny Carlin…
- I to tyle – wtrącił Chris.
- Tak, niestety to tyle – westchnął Jake, poprawiając okulary. – Nie mamy pojęcia na kogo zagłosuje Głowa Domu. Poza tym mamy…
- Rodzinę Aberlain – podpowiedział Carlin, za co dostał chłodne spojrzenie. Nie wyglądał na przejętego.
- Tak, właśnie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Sarah Aberlain zwyczajnie poprzed kandydaturę Jeremiego Craya, ale ponieważ nie jesteśmy pewni jego, Głowy Domu, to ona tez pozostaje jedną wielką niewiadoma. Brait zagłosuje na siebie jeśli będzie miał okazje, a w każdym razie nie zagłosuje na ciebie. Nie trawi cię. Hardy może zagłosować na siebie jeśli padnie jego kandydatura, ale znając go to wątpliwe, ze zjawi się w ogóle osobiście, a tym bardziej, że zainteresuje się dyskusją. Nie jest ci wrogi, więc mógłbyś spróbować rzucić na niego ten urok, który przychodzi ci z taką łatwością, hm? Raphael Faist i Henry McLain… cieżko powiedzieć. Faist zawsze był zdystansowany do spraw Domu, trudno powiedzieć co myśli. McLain… słyszałem, że z natury jest tradycjonalistą, ale ostatnio nie idzie mu w biznesie. Zdaje się, że jakiś nałóg go gnębi, choć nieźle się z tym kryje. Z pozoru pewnie poparłby jednego z twoich przeciwników, ale to chyba najsłabsza Głowa Rodziny jaką mamy. Mógłbyś go urobić, jakbyś się postarał. Poza tym mamy…
- Żelazną Cioteczkę – Chris uśmiechnął się złośliwie.
- Nie mów tak przy niej, bo nie będę cię zbierał z podłogi – ofuknął go Jake. – Tak, Margaret Ironshade. Co będę dużo mówił, znasz ją… surowa, nieugięta, nieprzekupna, ściśle trzymająca się własnego zestawu zasad. Kto wie, równie dobrze mogłaby się okazać twoim największym sprzymierzeńcem jak i najgorszym wrogiem.
- Co sądzisz, Cedric? Hej, obudź się! Nie pozwól nam zagadać cie na śmierć… - zaśmiał się Carlin.

Za oknem pojawił się moloch posiadłości Domu Sabertain. Była położona na jednym z nielicznych w okolicy wzgórz i zajmowała je praktycznie całe. A przynajmniej ogrodzenie ciągnęło się wokoło.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Sob Sie 04, 2012 1:08 pm

Rozmowa ucichła, gdy za oknem dostrzegliśmy wielki dom, który równie dobrze można nazwać małym zamkiem. Jego widok wywoływał dreszcze i niekontrolowaną chęć ucieczki. Zawsze mnie bawiło kiedy przyprowadzano tu osoby, z którymi Staruszek chciał „ubić interes”, a one na sam widok posiadłości błagały o litość. Na samo wspomnienie tych krzyków i płaczu poczułem dreszczyk emocji. Wyjąłem z kieszeni srebrną papierośnicę, po czym zapaliłem jednego papierosa mocno się nim zaciągając i powoli wydychając dym.

Od teraz pewnie wiele się wydarzy. Każdy czegoś oczekuje od tego spotkania, co widać chociażby po Christin i Jake’u. Pierwsze co będzie trzeba zrobić to wybadać kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem i kogo ewentualnie przeciągnąć na swoją stronę, a kogo od razu zlikwidować.
- Ej, Ced powiedz coś wreszcie! – niemalże krzyknął Chris – całą drogę jesteś nieobecny.
Ten Christopher chyba nadal mnie nie zna wystarczająco dobrze. Zawsze taki jestem, ludzie widzą we mnie lalkę, która porusza się w jakiś cudowny sposób. Ani moja postawa, ani wyraz twarzy nie wyrażają żadnych uczuć czy emocji. Tak samo jest z moim głosem. To tak jakbym cytował jakieś zdania wyuczone na pamięć. Kiedyś chciałem to zmienić. Ludzie nie wiedzieli jak się przy mnie zachowywać, unikali mnie. Jako dziecko myślałem, że to koszmar. Obecnie jestem zadowolony z takiego obrotu rzeczy. Kto ma mnie rozumieć - rozumie, tak jak Jake.
Z nim to śmieszna historia. Chyba był trochę w szoku jak zorientował się, że wcale nie jestem obojętną na wszystko marionetką.

Moja moc ujawniła się późno, ale z wielkim hukiem dosłownie i w przenośni. Już niecałe dwa lata później Staruszek wydał rozkaz bym dołączył do rdzenia Sabertain. Opiekę nade mną miał sprawować nie kto inny jak młody Meaelstrom. Ja, który odkryłem swoją moc dopiero w wieku 15 lat i Jake, który odkrył swoją moc zadziwiająco wcześnie, w wieku 11 lat, mieliśmy być niepokonaną parą skrytobójców. Wszyscy mówili, że obaj jesteśmy bardzo opanowani i nie ulegamy zbędnym emocjom. Od początku całkiem dobrze się dogadywaliśmy, ponad to byliśmy najmłodszymi członkami rdzenia. Szybko wykazałem się sprytem i charyzmą, a Jake oprócz bycia moim najlepszym i jedynym przyjacielem stał się również moim zaufanym sprzymierzeńcem.
Jakoś tak chyba z 6 miesięcy od naszego spotkania dostaliśmy zlecenie by sprzątnąć Gordon’a Thomson’a. Ten facet należał do jednej z rodzin przynależących do Domu Nolein. Sprzedawał broń i narkotyki na naszym podwórku. Ponad to zabił dwójkę naszych. Staruszek postanowił się go pozbyć i wysłał naszą dwójkę. Po tym jak uzbieraliśmy wystarczająco dużo informacji na temat niego i jego ludzi ustaliliśmy gdzie dojdzie do przekazania towaru i tam postanowiliśmy się na niego zaczaić. Niestety plan nie uwzględnił nikogo kto kontroluje wiatr. Szybko nas nakryli. Doszło do niekorzystnej walki, a Jake został ranny. Byłem naprawdę wkurzony. A później wszystko potoczyło się tak błyskawicznie, że większości nie pamiętam. Wiem tylko, że słowa teko sukinsyna mnie tak wkurzyły, że w ostatecznym rozrachunku wysadziłem go razem z jego ludźmi i magazynem w powietrze. No cóż, jako skrytobójca nawaliłem. Z tego co wiem to oni mają zabić tak by nie było wiadomo kto to zrobił i nawiać, a nie wysadzić piętnastkę ludzi w powietrze tak, że cały kraj o tym wie. Ostatecznie nie przejąłem się za bardzo i tak widziałem, że przy pomocy odpowiednich ludzi zwali się winę na błąd techniczny urządzeń wewnątrz budynku. Staruszek po wysłuchaniu historii tylko się śmiał ze mnie, a Jake chyba na chwilę zatracił kontakt ze światem. Nie przypuszczał, że jestem taki impulsywny kiedy wyprowadzi się mnie z równowagi. Cóż to trochę jego wina, bo dał się zranić.

Po tym przestałem być skrytobójcom i poznałem Chris’a. z jakiś powodów mieszkał od piątego roku życia w domu Meaelstrom’ów. Nie wiem czemu. Zawsze cichnie i staje się smutny kiedy się go o to ktoś pyta, więc nie pytam. Dla mnie to nie ma znaczenia. Jest dla mnie równie ważny co Jake. Gdyby nie moja stalowa zasada nie sypiaj z zaufanymi sprzymierzeńcami i przyjaciółmi na pewno byłby moim kochankiem. Jest ciemnym blondynem o dużych zielonych oczach. Jest niższy ode mnie i wygląda na kilka lat młodszego. Jest słodki oraz zabawny z tym całym swoim kompleksem na punkcie wyglądu. Często mówię na niego Christie albo Maleńki. Zawsze się wścieka i zamraża co wpadnie w jego zasięg. On to dopiero wybuchowa osoba. Ja przy nim jestem uosobieniem ciszy i spokoju.

- Nie mów, że nadal masz nam za złe, że wyciągnęliśmy ciebie od tych bliźniaków – naburmuszył się Carlin.
Szczerze to już o nich zapomniałem, ale nie zaszkodzi się trochę z nim podroczyć.
- Może… - odparłem patrząc na niego.
- No daj spokój kochanków i kochanek ci nie brak. Teraz mamy ważniejszy problem na głowie niż to kto ogrzewa twoje łóżko.
- Jak stwierdzę, że bardzo zaszliście mi za skórę przeszkadzając w czasie wolnym sami będziecie ogrzewać moje łóżko.
- Ekhem…. Skończmy ten temat zanim Chris rozpęta kolejną epokę lodowcową. – powiedział spokojnie Jake, ale posłał mi spojrzenie pod tytułem „jeszcze słowo, a nie dożyjesz końca tej podróży” czy coś w tym stylu.

Znowu panowała cisza. Po chwili karoca się zatrzymała, a nasza trójka na nowo spoważniała.
- Nie zrób nic głupiego – usłyszałem jeszcze tylko szept Meaelstrom’a, po czym nasza trójka ruszyła w kierunku głównego wejścia.
avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Wto Sie 07, 2012 6:14 pm

Kareta przejechała przez bramę z kutego żelaza, przejechała przez długi podjazd, wymijając fontannę i zatrzymała się na żwirowym podjeździe przed posiadłością. Stangret podstawił schodki i otworzył usłużnie drzwi.
We trójkę przeszli do głównego wejścia, gdzie przed drzwiami powitał ich majordomus posiadłości, Wilkins. Weszli do środka, sługa poprowadził ich przez kiepsko oświetlone korytarze niosąc kandelabr. Cray pozostawał tradycjonalistą, choć większość użwało lamp naftowych czy gazowych.

Weszli po schodach na piętro i weszli do Sali konferencyjnej. Przy prostokątnym stole zasiadali już wszystkie głowy domów, większość liczących się ludzi w rodzinie Sabertain. U szczytu stołu zasiadał oczywiście Jeremy Cray, a po jego prawej siedziała Sarah Aberlain. Po lewej stronie Głowy Rodziny siedziała Margaret Ironshade, co znamionowało jej silną pozycję. Dalej posadzono naprzeciw siebie Olivera Braita i Alistera Hardiego, cud, że się zjawił. Potem zasiadali Raphael Faist i Henry McLain. Ostatnie trzy miejsca pozostały wolne.
- Ha! Spóźniać się na zebranie Rdzenia. Czegóż innego można oczekiwać od młodzików? – rzucił w przestrzeń Brait, podkreślając swoje starszeństwo.
- Tak, tak – Cray uniósł dłoń, powstrzymując dalsze komentarze. – Sarah nas uprzedziła. – Wspomniana kobieta miała twarz bez wyrazu, nie zaszczyciła ich spojrzeniem. Za to cała trójka została obdarzona miażdżącym spojrzeniem Żelaznej Cioteczki. Nie musiała nic mówić, żeby było wiadomo co sądzi o takim zachowaniu. – Siadajcie. – Zakomenderował przywódca.

Cedric zajął miejsce w przeciwnym szczycie stołu, po prawej mając Jake’a, a po lewej Chrisa. Staruszek spojrzał na moment Blake’owi w oczy i uśmiechnął się sardonicznie, po czym spojrzał po zgromadzonych.
- Panie i panowie. Wiem, że większość z was podejrzewa po co was tu zgromadziłem. Mam nadzieję, że to nie daje wam złudnego poczucia bezpieczeństwa – tu obdarzył ich wymownym spojrzeniem. – Owszem, wiem, że jestem już stary. Stary nie znaczy głupi. Dlatego postanowiłem odsunąć się w cień i przekazać władzę nowe Głowie. Wyznaczyłem trzech kandydatów. Oliver Brait. Alister Hardy. I Cedric Blake.
Rozległ się ogólny pomruk i szmer, natychmiast uciszony kolejnym uniesieniem ręki.
- Ale… - zawsze jest jakieś ale – póki co żaden z was, żółtodzioby się nie nadaje. Gdybym wam oddał władzę takim jakim jesteście, wszystkie poprzednie Głowy poprzewracałyby się w grobach. Valentine we wszystkich piętnastu. Mój stołek przejmie ten, który okaże się najzdolniejszy, najbardziej godny.
- A jak będzie oceniane, kto jest najbardziej godny tego… zaszczytu? – spytał o dziwo Alister, który jednak nie wyglądał na zbytnio zainteresowanego.
- Ja to ocenię. Wasze zdolności społeczne, bojowe, taktyczne i strategiczne…
- Innymi słowy, wedle twojego widzimisię…. szefie? – wciął się znowu Hardy.
- Owszem. Jakiś problem?
- Nie, oczywiście, że nie. Żadnego.
- No i świetnie. Dobrze, będziecie mieli szansę niedługo się wykazać. Niedługo przybędzie tu ambasadorka pokoju z Amaterasu. Fujii Kikyo-san przysyła swoją córkę, pannę Fujii Miyo-san, żeby zacieśnić nasze relacje. Amaterasu są naszymi sojusznikami i chcemy, żeby tak pozostało. Waszym zadaniem będzie zadbanie, żeby ambasadorka dobrze się u nas bawiła i wyniosła stąd miłe wspomnienia. A przede wszystkim, żeby nic jej się nie stało. Sytuacja jest delikatna i jakakolwiek krzywda wymierzona w ambasadorkę pokoju szybko mogłaby się przerodzić w otwartą wojnę między Sabertain i Amaterasu. Zrozumiano, hm? Jakieś pytania?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Pią Sie 10, 2012 1:01 pm

Hardy nie jest zbyt inteligentny, albo dobrze udaje idiotę, ale to teraz nie jest najważniejsze.
Naszym zadaniem będzie robić za przewodnika i bawidamka jakiejś panienki. Nie że nie radzę sobie w tych sprawach, raczej raczę sobie za dobrze co może być problematyczne. Co więcej nie jestem pewien czy można mieć dobre wspomnienia z mafią w tle. W większości wypadków jak ktoś mówi, że miał miłe przygody z mafią na czele to ta wypowiedz wręcz topi się w sarkazmie. Ale odłóżmy na bok te jakże interesujące przemyślenia i dowiedzmy się czegoś więcej.
- Kiedy Miyo-san przyjeżdża? – zapytałem, bo nikt jakoś nie raczył zauważyć, że nie znamy jeszcze terminu jej odwiedzin.
- W ten piątek – odpowiedział Staruszek.
Czyli mamy trzy dni zanim zaczniemy zabawę w wyścig do władzy. Hmmm…. Za trzy dni czy to nie wtedy zaczynają się podziemne licytacje na „Arenie”? Nic dziwnego, że mamy ją pilnować.
Nastąpiło ogólne poruszenie, objawiające się zmienianiem pozycji w fotelach i spoglądaniem wokoło.
- Owszem, jak większość z was już się domyśliła, jej przyjazd zbiega się z Areną. Nie bez powodu, Miyo-san ma wziąć udział w aukcji. Normalnie nie dzielimy wtedy sił, szczególnie, że w tym roku za ochronę odpowiada Sabertain, ale myślę, że to będzie dla was dobry sprawdzian. Czy może ktoś chce już zrezygnować? - rzucił lekko Cray.
Nikt się nie odezwał, nawet Hardy. Nawet jeśli nie miał zamiaru kandydować na Głowę, zrezygnowanie na samym starcie narobiłoby mu sporo kłopotliwej opinii. A co jak co, Alister unikał wszystkiego co kłopotliwe.
- Czy Miyo-san będzie miała już jakąś ochronę, czy Amaterasu liczy na naszą hojność? - zapytał Oliver.
- Z dokumentów, które zostały nam przekazane wynika, że córka Kikyo-san zabierze ze sobą skromną świtę, służkę i czterech zaufanych ochroniarzy.
- "Zaufanych"? Już im nie ufam.
- Czy nam się to podoba, czy nie, to ich prawo. Ich statek przypływa w piątek popołudniu do Głównego Portu. Przy wyjściu dostaniecie to wszystko na papierze. Aha, jeszcze jedno, tym razem to wasza sprawa. Z naszej strony zapewniliśmy jedynie minimum bezpieczeństwa. Żadnych fałszywych statków, ukrytych ochroniarzy, pomieszanych tras wizyty... wszystko leży w waszej gestii. Tak porażka, jak i sukces. Mam nadzieję, że nie przyniesiecie nam wstydu... no dobrze.
- Czy są jeszcze jakieś pytania? – zapytał Cray, ale nikt już o nic nie pytał - jeśli to wszystko możecie się rozejść pamiętajcie tylko, aby nie zaniedbywać dotychczasowych zadań przez zaistniałą sytuację. – powiedział po czym wstał od stołu. Za jego przykładem i my wstaliśmy. I powoli każdy ruszył w swoją stronę.
avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Wto Sie 14, 2012 4:43 pm

Wszyscy zaczęli się rozchodzić, ale choć Głowa się ulotniła, nie był to jeszcze koniec zebrania. Okazało się, że przy wyjściu czeka na nich Wilkins, z kopiami niezbędnych dokumentów, które skrzętnie rozdał zainteresowanym. Jednak czekało na nich coś więcej. Jeremy Cray był żonaty trzykrotnie i przeżył wszystkie swoje żony. Z każdą jednak miał dziecko, jednak nie został nigdy pobłogosławiony synem. A teraz w holu stały trzy córki Cray, najstarsza (37) Maureen, średnia (25) Loreen i najmodsza (17) Kathleen.

Po ich imionach można było wnioskować pewien rodzaj specyficznego humoru ich ojca. Choć wszystkie były prawowitymi dziedziczkami Jeremiego w Rodzinie liczyła się siła i umiejętności nie krew, więc nie miały żadnych oficjalnych praw. Poza tym w Sabertain źle widziało się kobietę na stanowisku przywódcy, więc cała trójka była była traktowana jak pariasy i rzadko się je widywało. To się miało najwyraźniej zmienić.

Kobiety przedstawiły się formalnie. Z powodu różnych matek, nie były też przesadnie do siebie podobne. Maureen nosiła ciemne włosy krótko, po męsku a na nosie miała okulary na złotym łańcuszku. Pracowała naukowo i była cenionym lekarzem jak i alchemikiem. Loreen za to wyglądała jak prawidziwa dama, z bujnymi, czarnymi puklami sięgającymi podstawy pleców, zawsze chodziła w modnych sukniach i spodziewano się, że wkrótce wyjdzie za kogoś wpływowego. Najmłodsza Kathleen wyróżniała się zlotymi, mocno kręconymi włosami, zawiązanymi w dwa kucyki, co nadawało jej dziecinneog wyglądu. Uśmiechała się promiennie wokoło, ubrana w falbankowaną bluzkę i prostą spódnicę.

Sam fakt, że nie odesłano ich na daleką prowincję, do czego Rodzina była zdolna w przypadku beznadziejnych przypadków; dzieci pozbawionych zdolności, świadczył, że coś potrafiły. Jednak co i w jakim stopniu pozostawało tajemnicą. Trudno kogoś poznać, widując go raz na parę lat, czy miesięcy.
- Nasz ojciec uznał, że przyda wam się pomoc, więc od teraz jedna z nas zawsze będzie was wspierać w waszych działaniach, a na koniec nasza opinia pomoże mu zdecydować, czy któryś z was się nadaje na jego następcę. Yoroshiku onegaishimasu, ne?

No tak, innymi słowy stary dowalił im po szpiegu i krytyku… Dziewczyny podeszły do swoich nowych współpracowników, a Kathleen zawiesiła się na Cedriku, niemal go dusząc. Od ostatniego razu, gdy ją widział pięc lat temu, z dziewczynki przemieniła się w dorastajacą kobietę. Pewne atuty dorastania przycisnęła.
- Ceeeed! Tęskniłam! Nie pisałeś, nie odwiedziałeś mnie… - spojrzała mu w oczy – Papa, powiedział, że jak mnie tkniesz to cię wy-ka-stru-je… ale to zawsze może być nasza tajemnica, nie? Nie pisnę słowem… - mrugnęła z cała zalotnością siedemnastolatki.

- Powóz czeka, proszę pana – powiedział usłużnie Wilkins, zjawiajac się obok. Mieli zamiar jechać na północ, do letniej rezydencji. Z dala od wścibskich oczu, idealne miejsce na planowanie strategii. Może do tego kilku zabójstw. Ale teraz wyglądało na to, że zabierali wścibskie oczy ze soba.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Nie Sie 26, 2012 7:35 pm

Będą z tego kłopoty. Muszę coś wymyślić zanim z kilku problemów zrobi się ich kilkadziesiąt. Dlaczego ona? To jakiś rodzaj kary za grzech?

Pomyślmy co by tu zrobić żeby. Znęcanie się nad córką szefa może nie należy do najrozsądniejszych, ale Cray powinien wszystko rozgryźć.
Spojrzałem lekko na przyjaciół. Myślałem, że na zawał zaraz padną. No naprawdę mogliby mieć do mnie trochę więcej zaufania, przecież wiem co robię….. chyba.

- Nie jestem pewien czy chciałbym ciebie dotknąć nawet przez szmatę – powiedziałem do blondynki jak zwykle głosem wypranym z emocji i odepchnąłem ją na bok, po czym złapałem Chris’a w tali i przyciągnąłem do siebie – w porównaniu do Christin jesteś co najwyżej przeciętna – dodałem jeszcze jak razem z dwójką przyjaciół szliśmy już w stronę karety.
Nikt nie powie, że mój romans z chłopakiem jest udawany, bo wszyscy i tak twierdzą, że i Meaelstrom i jego kuzyn raz na jakiś czas spędzają upojne chwile w moim łóżku. Mam opinię play boy’a który ma kochanków i kochanki w każdym miejscu na ziemi. W sumie to nawet jest w tym trochę racji, ale to oni sami do mnie przychodzą. Ja sumienie mam czyste.

Ocho, chyba czeka mnie wykład od Jake’a i gadziny marudzenia Carlin w pokoju z temperaturą poniżej zera. Ale mimo wszystko warto było. Wyraz twarzy tej osoby jest taki jaki miał być. Wszyscy z Rdzenia patrzyli się na tą sytuacje. Aż ich zmroziło. To działa lepiej niż moce Chris’a. Chciało mi się śmiać. Ledwo zachowałem swoją pokerową twarz.

- Wchodzisz czy wolisz biec za nami – krzyknąłem obojętnie do dziewczyny jak już nasza trójka siedziała w powozie. Następnie dałem znak woźnicy by ruszał. Dziewczyna podbiegła, ale my już ruszyliśmy.
- Zmieniłem zdanie jedziemy do Faylan – powiedziałem szeptem do towarzyszy korzystając z okazji. Chwilę potem kareta się zatrzymała na mój znak.
- Ty chyba naprawdę wolisz za nami biec – powiedziałem podniesionym tonem wychylając się przez okno i mimo woli lekko się uśmiechnąłem. Jak się uśmiechnąłem zobaczyłem, że blondynka się rumieni. Czasem zastanawiam się czy kobiety z natury nie są masochistkami. To takie naiwne z ich strony, że jeden uśmiech wystarczy by przebaczyły wszystko.

Dziewczyna weszła do powozu. Po jednej stronie siedziałem ja i Jake, naprzeciwko mnie Chritin, a obok niego Kat. Po chwili kareta ruszyła dalej.


Ostatnio zmieniony przez Lenykk dnia Pon Paź 08, 2012 4:01 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Sro Wrz 05, 2012 6:29 pm

Reakcja Cedrika na spotkanie Kathleen wywołała iście piorunujące wrażenie. Głównie dlatego, że zazwyczaj cichy chłopak miał wyrobioną opinię ułożonego amanta. Natomiast teraz ściągali na siebie spojrzenia całej pozostałej widowni, tak chłodne jak i zszokowane.

Twarz samej Kathleen zastygła w bezrozumnym wyrazie, oszołomienia i niezrozumienia. Wyglądała jakby Cedrik zdjął przed nią spodnie i się załatwił. Najwyraźniej jej mózg jeszcze nie ogarnął sytuacji w jaki sposób została tak nagle i koncertowo upokorzona, bo wciąż stała jak słup soli, gdy trójka opuszczała już dom.

- To nie było zbyt rozsądne – zdołał jeszcze syknąć Jake, gdy pakowali się do powozu. W świetle padającym z wnętrza pojawiła się sylwetka Kathleen, która z niejakim opóźnieniem zorientowała się, że zostaje opuszczona. Powóz ruszył i dziewczyna została postawiona przed wyobrem: gonić go, albo wrócić. Widać powrót był dla niej gorszy, bo zaczęła biec. Koła turkotały po żwirowym podjeździe wcale nie tak szybko, ale bieganie w sukni i butach na obcasie nie należało do najłatwiejszych.

Gdy Ced się wychylił z uśmiechem, faktycznie się zarumieniła, choć ciężko było powiedzieć, czy z powodu biegu, dziewczęcego uniesienia, czy może strasznego gniewu. W końcu jednak pozwolono jej wsiąść do środka, a woźnica obrał nowy kurs. Kathleen siedziała przez chwilę cieżko dysząc ze zmierzwionymi włosami od biegu. To co Cedrik omyłkowo wziął za objaw uległości i przemożnej chęci wskoczenia na niego w namiętnym szale okazało się raczej głęboką urazą i gniewem. Jake wyglądał na zażenowanego całą sytuacją, a Chris starał się nie siedzieć za blisko wściekłej pannicy.

Atmosfera jakoś nie skłaniała do pogaduszek. Zdawało się, że pierwsza osoba, która się odezwie zostanie rozszarpana na strzępy. Nie ulegało wątpliwości, że przy okazji Ced narobił sobie przynajmniej jednego wroga. A może i więcej, parę osób z Rdzenia miało dość tradycyjne poglądy na relacje damsko męskie, nawet jeśli nic głośno nie mówili pod adresem ulubieńca Jeremiego.

Przejechali przez bramę posiadłości i ruszyli przez ciemne miasto, rozjasniane jedynie blaskiem latarni gazowych.

W końcu Kathleen przymknęła oczy i odetchnęła. Uśmiechnęła się tak, że jej usta wręcz ociekały słodyczą. Pochyliła skromnie głowę.
- To zaszczyt ponownie was spotkać. Lordzie Blake. Lordzie Maelstrom. Lordzie Carlin. Mam głęboką nadzieję, że nasza współpraca przebiegnie w pełni pomyślnie – podniosła wzrok, a jej oczy mówiły „ale nie wydaje mi się, żeby tak było”.

Skręcili w dzielnicę urzędową i zatrzymali się pod Ambasadą Nacji Wschodu. Znajdowały się tu różne urzędy i poselstwa wszystkich nacji jakie miały interesy w Avalonie. Przeszli przez dziedziniec i do właściwego pawilonu. Sekretarka Faylana stwierdziła, że oczywiście ich przyjmie. Mieli szczęście, że był akurat w przydzielonym mu gabinecie zajmując się ogólnopojętą papierologią, a nie musieli szukać go po mieście.
Faylan był oficjalnie głównym przedstawicielem Czarnych Żagli w Avalonie, kompanii handlowej o iście światowym zasięgu. Oficjalnie zajmował się handlem przyprawami, porcelaną, biżuterią i wszystkim po trochu. Jednak jego prawdziwym zajęciem był handel niewolnikami, a szczególnie zaopatrzenia do szerokiej sieci azjatyckich i quasi-azjatyckich burdeli.
Ubrany w kolorowe jedwabie dostojnych szat sam wyglądał jak egzotyczny utrzymanek. A choć większość myślała, że choć sam nie „pracuje” to czasem wygrzewa łóżko swojego patrona, to nigdy do niczego między nimi nie doszło. Cedrik nigdy się nie dowiedział, czy powodem była „praca” Faylana czy jakieś inne powody.
- Och, toż to mój dostojny lord i patron! Zapraszam, zapraszam! Cóż to sprowadza w te skromne progi…? – spytał Faylan odkładając stertę manifestów handlowych na bok, a pióro do kałamarza.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Nie Wrz 09, 2012 11:18 am

Droga do Faylan’a była bardzo męcząca. Nie należę do osób towarzyskich, a jeszcze bardziej nie lubię przebywać z osobami, które nienawidzą mnie z głębi swego serca. Ale jak zwykle po całym przedstawieniu dziewczyna przestała mnie interesować i znów zamilkłem i powróciłem do swojego „ja”.

Otworzyłem drzwi przed dziewczyną i wpuściłem ją pierwszą. Następnie przepuściłem Chris’a, a Jake’a zatrzymałem na chwilę i najciszej jak się dało szepnąłem mu do ucha by po cichu udał się do Dio i Nino, a kuzynowi kazał pilnować dziewczyny jak będę rozmawiać z przedstawicielem Czarnych Żagli. Po wszystkim wrócić do naszej „bazy” w centrum miasta, gdzie wszyscy się znów spotkamy.
Bazą nazywaliśmy duży apartament z poddaszem na trzecim piętrze. Był niedaleko Areny, tam gdzie dużo osób na czas licytacji wynajmuje kwatery, więc można było z łatwością obserwować kto się będzie kręcić przez tydzień, w którym trwają Targi.

Sekretarka zawiadomiła Faylan o naszym przybyciu i zaprowadziła na do jego gabinetu. Przywitał mnie tym swoim tajemniczym uśmiechem. Dużo osób myśli, że jest on moim kochankiem, ale to tylko plotki, w których nie ma prawdy. Mam do niego duży szacunek i nie splamił bym go choć uważam, że w tych swoich jedwabnych, egzotycznych ubraniach i z długimi, lśniącymi, czarnymi włosami jest niesamowicie piękny.


- Och, toż to mój dostojny lord i patron! Zapraszam, zapraszam! Cóż to sprowadza w te skromne progi…? – spytał Faylan odkładając stertę manifestów handlowych na bok, a pióro do kałamarza.
Spojrzałem na niego wzrokiem, który mówił, że potrzebujemy trochę prywatności. On dumnie wstał i wskazał ręką kierunek, w którym mam się udać. Kazałem całej trójce poczekać na siebie w biurze, a sam poszedłem za Faylan do jego prywatnego pokoju na tyłach ambasady. Pokój był duży. Styl zachodni mieszał się ze wschodnim. Wszystko wydawało się równie drogocenne jak piękne.

Orientalna piękność wskazała mi fotel, na którym usiadłem, a on sam zajął drugi naprzeciw mnie.
- Czemu więc zawdzięczam twoją nagłą wizytę mój drogi lordzie? – zapytał ponownie, ale już trochę swobodniej. Wie, że mi to nie przeszkadza. – I czy mogę wiedzieć kim jest dama, z którą lord przyszedł? Nie wyglądała na zadowoloną z tego, że nie będzie słyszeć tej rozmowy. – Wiedziałem, że o to zapyta. To typ człowieka, który lubi wiedzieć wszystko, równie istotne jak nie istotne rzeczy.
- Ta dziewczyna to córka Cray’a. Nie zwracaj na nią uwagi. Jest jak piąte koło u wozu. Zmienię zdanie tylko wtedy kiedy udowodni, że jest warta mego uznania. Na razie tylko sprawia problemy.
- Lord dzisiaj niezwykle wygadany.
- Nieszczególnie. A teraz wróćmy do ważniejszych spraw. Powiedz mi wszystko co wiesz na temat Amaterasu. Zapewne wiesz, że na licytacje na Arenie przybywają wszystkie Rodziny ze wszystkich krajów. W tym roku nie tylko nasz kraj organizuje to całe „przedstawienie”, ale także to nasza Rodzina je urządza. Dlatego zaistniały pewne okoliczności, które sprawiają, że muszę dowiedzieć się wszystkiego o osobach uczestniczących na licytacjach. Więc powiedz mi wszystko co wiesz o Miyo, jej zaufanych ludziach, z którymi tu przybywa i czego oczekuje.
- Ach, więc w tej sprawie szanowny lord się zjawił! Czuję się zaszczycony, że posądził mnie lord o znajomość takich spraw... ale faktycznie, być może coś wiem. Oczywiście są to tylko plotki, które ludzie powtarzają, takie informacje nie leżą na ulicy i by się czegoś więcej dowiedzieć, musiałbym poszperać i posłuchać... - Faylan wzruszył ramionami.
- Ale jeśli chodzi o to co ludzie mówią... Powiada się, że panna Miyo, jako córka pani Kikyo od dziecka żyłą w luksusie. Niczego jej nie szczędzono i dlatego... jak mówią zawistni... ma dość trudny charakter. Za to jej zdolność do pisania przepowiedni jest dość znana w światku. Powiada się, że jej matka borykała się z licznymi problemami, ale dzięki zdolnościom córki bardzo szybko zyskała wielu wpływowych przyjaciół. Co do jej towarzyszy to jednak nie wiem... mówi się, że zostali ręcznie wybrani przez panią Kikyo by strzec jej córki, ale to dość tajemnicza zgraja, więc ciężko mi coś powiedzieć z powietrza...
- Postaraj dowiedzieć się jeszcze więcej do następnego wieczora. Wiem że jak czegoś pragniesz to możesz to mieć.
- Czy mogę jeszcze w czymś pomóc jego lordowskiej mości?
- Nie, na razie to wszystko.
- Może następnym razem szlachetny lordzie zawitasz u mnie na gruncie towarzyskim. – powiedział gdy obaj już staliśmy przy wielkich, orientalnie przyozdobionych drzwiach.
- Z wielką chęcią jak tylko znajdę chwilkę czasu. – odrzekłem i delikatnie chwyciłem jego prawą dłoń, po czym delikatnie ją pocałowałem lekko się pochylając. Zawsze wydawało mi się, że takie traktowanie sprawia mu przyjemność. Zawsze wygląda na szczęśliwszego.

Po rozmowie ruszyliśmy w kierunku gabinetu. Przed otworzeniem drzwi usłyszeliśmy krzyki i poczuliśmy przeszywający chłód. Weszliśmy do pokoju gdzie Christie i Kathleen się kłócili. Choć na dworze było niemal 30 stopni ciepła w pokoju temperatura spadła do zera.
Dziewczyna spojrzała na mnie tak jakby próbowała mnie zabić wzrokiem. Wygląda na to, że już się zorientowała, że Jake poszedł sobie bez jej wiedzy i to z mojego polecenia.
- Wybacz Faylan ja będę się już zbierać. Wy dwoje idźcie już do powozu zaraz do was dołączę.
- Znowu chcesz coś ukryć! Mam ciebie pilnować pamiętasz?! – wrzasnęła już nieźle wkurzona blondynka.
- Nie wyjdę stąd zostawiając zostawiając to miejsce w takim stanie. Zamierzam przywrócić mu normalną temperaturę. Jeśli zostanie tu Chris to tylko narobi się jeszcze większy bałagan. Kiedy ścierają się ze sobą dwie przeciwne masy powietrza dochodzi do burz. Nie chcę zrujnować tej ambasady.
Po tym co powiedziałem oboje wyszli wkurzeni i obrażeni.
- Lordzie czy mogę….
- Nic nie zrobiłem każdy z pretendentów do władzy ma przydziałową córkę Cray’a. – powiedziałem zanim Faylan zdążył wysnuć jakieś swoje wnioski które nie miały by wiele wspólnego z rzeczywistości.
- Więc to dlatego młoda dama była niezadowolona z naszej rozmowy z dala od niej. – powiedział delikatnie, a po krótkiej chwili dodał. – Ponad to gdzieś zniknął Lord Maelstrom.
- Dostał swoje własne zadanie. – powiedziałem poczym powoli zacząłem ogrzewać pokój.
- Wiesz mój drogi lordzie ta dwójka wydaje się być do siebie podobna jeśli chodzi o charakter.
- Podobna? Może trochę, ale dziewczyna mnie irytuje.
- Dlatego ją drażnisz?
- Mam w tym swój własny cel. Ponad to sam jesteś mistrzem w drażnieniu ludzi.
- Wiem kiedy przestać. – powiedział Faylan zakrywając szeroki uśmiech wachlarzem.
- Ja też. Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Chcę napisać list. I chcę byś zajął się jego dostarczeniem.
- Jak lord sobie życzy.

Podeszliśmy oboje do biurka. Dostałem od członka rodu Shao kartkę papieru i zacząłem pisać. Wiadomość była krótka. Następnie zalakowałem ją używając własnej pieczęci umieszczonej na sygnecie, który noszę na łańcuszku. Pieczęć przedstawia dwugłowego węża, który tworzy wokół siebie krąg ze swojego ciała. Następnie przekazałem list Faylan.
- Byłoby dobrze gdyby jeszcze dziś dostał go mój ojciec – Lord Marshal Blake.
- Czy to coś ważnego lordzie?
- Nie, sprawy rodzinne.
- Rozumiem.
- Do zobaczenia Ambasadorze. – powiedziałem przy wyjściu i ukłoniłem się na pożegnanie. On również się ukłonił i obaj ruszyliśmy w swoim kierunku.

W powozie panowała cisza i ogólne niezadowolenie. Na siedzeniach od strony woźnicy na jednym końcu siedział Chris, którego spowijał chłód. Po przeciwnej stronie na drugim krańcu siedziała trzęsąca się z zimna i złości blondynka. Usiadłem obok dziewczyny. Przez chwilę obserwowałem dwójkę i po krótkiej chwili stwierdziłem, że naprawdę w jakiś sposób są do siebie podobni. Pogłaskałem delikatnie po głowie najpierw Christie, a następnie Kathleen, po czym dałem znak by ruszać.


Ostatnio zmieniony przez Lenykk dnia Pon Paź 08, 2012 4:02 pm, w całości zmieniany 1 raz
avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Sro Wrz 19, 2012 10:53 pm

Spotkanie u Shao Faylana było dość owocne jak na niezapowiadaną wizytę. Jednak, gdy Cedrik pochylił się, by pocałować go w dłoń, jego ucho musnął delikatny powiew oddechu.
- Wasza lordowska mość raczy nie zapomnieć wziąć jutro pieczęci – dobiegł szept.
Gdy ich spojrzenia ponownie się spotkały, Shao nosił ten sam miły, nieprzenikniony uśmiech co zawsze. Był to dziwny komentarz, bo jako protegowany Blake’a, Faylan miał przecież jego glejt, mówiący, że działa z ramienia lorda. Po co mógła mu być jeszcze pieczęć?

W salonie faktycznie toczyła się kłótnia, jednak po początkowym wybuchu, jakby ostygła. Dziewczyna potoczyła ciężkim wzrokiem wokoło i jakby doszła do wniosku, że nic tu nie wskóra, bo zarzuciła szalem i wyszła przed zdegustowanym Chrisem.

Cedrik spisał list, zapieczętował go i przekazał do wysłania ojcu. Następnie zapakował się do karety. Gdzie wpierw pogłaskał Chrisa, a potem Kathleen. Jej oczy przesunęły się wpierw na niego, a potem na jego rękę. Instynktownie szarpnął głową do tyłu i tylko to go uratowalo. Strumień powietrza oblał mu twarz, a czarna rękawiczka śmignęła przed nosem.
- Lordzie Cedriku – niemal warknęła, lodowatym głosem konkurując z aurą Chrisa. – Nie wątpię, że z tą piękną buzią możesz mieć każdą kobietę, czy każdego chłopaka – powiedziała, a plotki najwyraźniej krążyły i po prowincji – co i mnie na początku zmyliło. Co nie zmienia faktu, że pod tą maską, jesteś panie chamem i prostakiem. Więc spróbuj mnie tknąć jeszcze raz, a stracisz rękę – dodała chyba całkiem serio, po czym otuliła się ciaśniej szalem i spojrzała pod zasłonę za okno.

Kareta przejechała przez bramę posiadłości i wyjechała na kocie łby uliczki. Skierowali się w kierunku bazy. Przejechali jednak może ze trzy kwartały, gdy powóz stanął.
- Dowiem się o co chodzi – zaoferował się Chris.
Wysiadł.
- Straszne zbiegowisko… - mruknęła do siebie Kathleen, wciąż patrząc przez okno.
Po kilku minutach wrócił Carlin. Kareta zaczęła wykręcać.
- Kolejna ofiara Rozpruwacza – pokręcił głową. – Doprawdy, co Silvergrey wyrabia? – prychnął.
Rozpruwacz był mordercą. Co więcej psychopatą i człowiekiem uzdolnionym. Do tej pory dopadł już osiem osób – wraz z tym co zablokowało im drogę dziewięć. Wszystkie ciała były nieludzko pokiereszowane i rozdarte na strzepy, dlatego prasa nadała mordercy pseudonim „Rozpruwacz”. Ponieważ Rodziny kontrolowały wszystkich uzdolnionych na Avalonie – a przynajmniej tak się mówiło – a żdana z nich nie przyznawała się do tej bestii, uznano, że pochodzi on z kontynentu. Znalezienie i zlikwidowanie delikwenta powierzono Silvergrey, jak na razie bez skutku.
Nie żeby kogoś obchodziły ofiary, ale takie bezczelne mordowanie na cudzym terenie nie mogło pozostać bez odzewu. Rodziny miały swój honor.
- Może to i nie moja sprawa i nie jestem Jake’iem – powiedział szeptem Chris, nachylając się do Ceda. – Ale czy ty przypadkiem nie miałeś jej sobie zjednać? Wiem, że masz swoje plany, ale dla mnie to wygląda jakbyś sabotował własną sprawę. To do ciebie nie podobne, wiem przecież, że jak chcesz to każda je ci z ręki…

Zajechali w końcu pod bazę. Choć Cedrik zajmował tylko ostatnie, czwarte piętro sporej kamienicy, pozostałe stały puste. Lord cenił sobie prywatność i dobry widok. Jedynie na parterze mieszkanie miał odźwierny, który teraz im otworzył i ruszył przodem. Otworzył przed nimi drzwi i pozapalał kandelabry, rozpalił w kominku, po czym się oddalił, polecając się wezwać, gdyby był potrzebny.

Zwykle Blake miał do dyspozycji choć niewielką służbę, ale ponieważ apartament miał bardzo użtkowy charakter postanowił pozostawić minimalną obsadę w osobie podstarzałego odźwiernego.

Sam apartament oprócz przestronnego salonu, miał dwie sypialnie, łazienkę, kuchnię i niewielką spiżarnię. Ściany obito czerwonym aksamitem, powieszono na nich złote kandelabry. Na środku salonu ustawiono dębowy, niski stół z blatem z rżniętego szkła, a wokół niego skórzaną kanapę i pasujące cztery fotele. Naprzeciw drzwi były spore okna przysłonięte w tej chwili, a pod ścianą płonął ogień w kominku. Nad kominkiem powieszono obraz „Kuszenie Adama”, gdzie nagi Adam leżał w Rajskim Ogrodzie, opleciony jedynie wężem, a nad nim pochylała się Ewa, trzymając nadgryzione jabłko.

Jake’a jeszcze nie było, więc musieli na niego poczekać. Kathleen przycupnęła przed kominkiem, grzejąc ręce. Najwyraźniej mimo wszystko podróż ze zdenerwowanym sytuacją Carlinem odbiła się na jej samopoczuciu.
- Skoro i tak czekamy, to może się czegoś napijecie? Skoczę do kuchni – zaoferował się Chris. Widać było, że irytuje go odgrywanie rozsądnej roli Maelstroma ale się stara.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Czw Wrz 20, 2012 6:38 pm

Nareszcie dotarliśmy na miejsce. Jake’a nadal nie było. Nie przeszkadzało mi to na dziś nie miałem już nic zaplanowanego. Jakby na to nie spojrzeć jest już druga w nocy.

Dziewczyna podeszła do kominka się ogrzać. Nie dziwię jej się, sam pewnie bym tak zrobił gdyby nie to, że sam potrafię ogrzać swoje ciało. Tak więc zdjąłem buty i usiadłem po turecku na fotelu. Po chwili Chris chyba stwierdził że lepiej się wycofać i inteligentnie uciekł do kuchni. Przed tym poprosiłem by wziął ze sobą też ciasto.
Przez chwilę wpatrywałem się w ogień myśląc o Faylan i tym czy czegoś nie kombinuje za moimi plecami, następnie o sytuacji Rodziny i w końcu o dziewczynie która cały czas kucała przy kominku.
Do diabła, czy nie może sobie przystawić stołka albo fotela? Nie wiele myśląc przyniosłem ciężkie rzeźbione dębowe krzesło z pokoju obok i postawiłem przy kominku, tak by dziewczyna usiadła bokiem do mnie.
- Siadaj, zaraz dowiesz się czemu sytuacja wygląda jak wygląda, ale najpierw musi dołączyć do nas Jake.
Dziewczyna usiadła, ale rzuciła mi takie spojrzenie, że żyć się odechciewa. W następnej chwili przyszedł Chris, już nieco uspokojony, z tacą na której stało ciasto i herbata, a zanim Maelstrom.
- Nareszcie jesteś. Później powiesz czego się dowiedziałeś, a teraz wszyscy siadajmy czas wyłożyć karty na stół, a przynajmniej niektóre z nich. – powiedziałem z lekkim uśmiechem.
Zanim jednak wszyscy się rozsiedli ja poszedłem do pokoju obok. Wyjąłem mały rewolwer i sztylet, którego rękojeść przypominała dwugłowego węża. Zabrałem przedmioty i wróciłem do pokoju. Wszyscy już siedzieli wokół małego stołu. Podszedłem do dziewczyny i położyłem przed nią broń.
- Zacznijmy od tego, że jak zapewne zauważyłaś jestem dupkiem i mam wrogów od cholery. Mam ich prawdopodobnie więcej niż Alister czy Olivier. Dlatego od kiedy mamy współpracować zawsze miej przy sobie broń i nigdy nie zostawaj sama. Niebezpieczeństwo nie grozi ci ze strony Sabertain, ale innych Rodzin. – i pewnie nie tylko, ale lepiej przemilczeć tą kwestie – jeśli zdarzy się sytuacja, że się rozdzielimy natychmiast pójdź do domu mego ojca albo do Ambasady Krajów Południowych – Ambasada Nacji Wschodu odpada, ale o tym później porozmawiamy – i pokaż im rękojeść sztyletu. Zrozumiałaś? – skończyłem wywód na temat bhp przy moim boku.
- Zacznijmy od tego - powtórzyła za nim Kathleen - że ja ani moje siostry nigdy nie byłyśmy specjalnie lubiane. Więc w razie czego umiem sobie poradzić. I musisz mieć klapki na oczach, sądząc, że jest jakaś strona z której nie grozi mi niebezpieczeństwo... - dodała jakby do siebie, ale potrząsnęła głową. - Ale tak, tak, zrozumiałam. Dom Marshala Blake'a albo Ambasada Krajów Południowych.
- Uważasz, że grozi ci coś ze strony Brait’a albo Hardy’ego? Zaskoczę ciebie, ale tymczasowo nic ci się nie stanie. Dopóki pośrednio w rękach twoich i twoich sióstr leży wybór następnej głowy Rodziny. No i nie zapomnijmy, że wszyscy boją się Staruszka i zdają sobie sprawę z konsekwencji ewentualnej eliminacji was. Oczywiście po wyborach wszystko wróci do pierwotnego stanu, albo gorszego, ale na razie nic ci nie będzie.
Kathleen westchnęła, potarła ręce i wstała.
- Rodzina to coś więcej niż wasze trzy domy. Ale nie sądzę, żeby ulubieniec ojca mógł to pojąć. No, ale cóż, nie musisz udawać przejętego moim losem, nic mi nie będzie. Wszyscy jesteście jeszcze sto lat za młodzi, żeby mnie tknąć choćby jednym palcem - dziewczyna wzruszyła ramionami, spoglądając w płomienie.
- To nie tak, że udaję przejętego czy coś w tym stylu. A ty teraz powinnaś zapomnieć o reszcie i skupić się właśnie na tych trzech domach. Ale zacznijmy od początku, bo miałem wszystko wyjaśnić, a zaczynamy rozmawiać o tym co kto uważa za Rodzinę. Zapewne wszyscy byli zaskoczeni moim zachowaniem po spotkaniu. Po części to dlatego, że nie lubię jak się mi wiesza na szyi i krzyczy nad uchem, ale zdążyłem przywyknąć od kiedy zadaję się z Chris’em. No i raczej nie łatwo wyprowadzić mnie z równowagi.
- Zapewne. Teraz więc oświeć nas, jakiś to przemyślny plan wymagał poświęcenia mojego honoru i godności - potaknęła mu dziewczyna bez wyrazu, najwyraźniej nie przekonana.
- Chodziło mi o reakcje członków Rdzenia. Zwłaszcza jednego. Na pewno wiesz o co chodzi. Dlatego nie ufam ci do końca. – powiedziałem tak miło jak tylko potrafiłem. O ile mój głos w ogóle może zawierać jakieś emocje czy coś w tym stylu.
- A mężczyzna, który za nic ma honor damy, to jest godny zaufania? Zresztą, nie, nie wiem o co chodzi, tak się składa, że przyjechałyśmy ledwie przedwczoraj, a trudno być na bieżąco siedząc na krańcu Avalonu. Może więc przejdziesz do rzeczy? Chyba, że mam wyjść? A może od razu wyskoczyć przez okno, będzie szybciej? - pokręciła głową. Miły ton głosu mógł złagodzić słowa, ale nie mógł ich zmienić. Ani tego co się stało wcześniej.
W pokoju zaczynała podnosić się temperatura, zaczynało być jak w piekarniku, a moje oczy na pewno miały szkarłatniejszy kolor niż na co dzień.
- Nie udawaj idiotki. Jeśli myślisz, że nie wiem o twoich zaręczynach z Hector’em Brait’em to jesteś w błędzie. – powiedziałem niskim, beznamiętnym głosem, a herbata w filiżance, którą trzymałem zaczęła wrzeć.
Kat drgnęła zaskoczona, po czym rozluźniła się westchnąwszy.
- A. To. - Założyła ręce na piersi i wróciła do oglądania ognia. - Nie sądziłam, że ma to jakieś znaczenie. Ojciec ma swoje poglądy na te sprawy, co nie znaczy, że się im podporządkuję. O ile się orientuję, ciebie też chciał tak "uszczęśliwić", ale zaparłeś się rekami i nogami? Czy o tym to już nie wolno mówić? - posłała mu spojrzenie pod tytułem "nie byłam dla ciebie dość dobra? myślałam, że to tylko reakcja na zarządzenia ojca, ale widać nie." Spojrzenie po raz kolejny oświadczające "zmieniłeś się" i to wcale nie na lepsze.
- Skoro sama mówisz, że nie wiele wiesz, bo dopiero przyjechałaś to nie oceniaj ludzi jak ci się podoba. Może Ced nie zachował się w porządku na początku, ale spójrz na to z jego strony. – zdenerwował się Chris, który sam nie był zachwycony sytuacją na zebraniu, ale teraz zaczął rozumieć sytuację.
- Cedric czemu nie wiem nic o tej propozycji? Czy to coś o czym nie chciałeś mówić? – zapytał poważnie Jake.
- Zaręczyny? Nie dzięki. Nieważne kto to by był nie zgodziłbym się.
- To przez Alice? – zapytał Carlin i jakby nagle otrzeźwiał. To tak jakby poruszył temat tabu. A ja westchnąłem. Wyjąłem papierosa i włożyłem do ust, w tej chwili zapalił się płomyk i odpalił go po czym znikł. Znów usiadłem po turecku.
- Zapomnij. Wracając do twoich zaręczyn, muszę cie zasmucić, ale kobiety nie mają zbyt wielu praw i musisz zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli chcesz mieć coś do powiedzenia do tylko przy pomocy siły tak jak to zrobiły Lady Aberlain lub Lady Ironshade, albo przez łóżko. Tej drugiej opcji nie polecam, ale kto co lubi. Od zawsze było tak, ze ojciec wybierał córce narzeczonego to nie tak, że Staruszek chce źle. A teraz wróćmy do tamtej sytuacji i postaw się na moim miejscu. Jestem znienawidzony od samego początku przez Dom Brait, a już zwłaszcza przez Oliviera, który rywalizuje ze mną o wszystko. Teraz ty narzeczona jego młodszego brata, który jest niemalże jego oczkiem w głowie – po za tym oczkiem to pewnie nic poza przeciągiem tam niema, no ale przemilczmy tą kwestię – rzucasz się mi na szyję i mówisz cytuję: „Papa, powiedział, że jak mnie tkniesz to cię wy-ka-stru-je… ale to zawsze może być nasza tajemnica, nie? Nie pisnę słowem…”. W tym monecie poczułem jak Brait w swej chorej wyobraźni ukręca mi kark. Więc co miałem zrobić przytulić cie i powiedzieć „wspaniała propozycja, na pewno skorzystam”? w tym momencie na pewno Olivier przeszedł by od planów do czynów. Ponad to ty również byłabyś w niebezpieczeństwie. A tak ty będziesz mnie nienawidzić, a ja jeszcze trochę pożyje. Ponad to Brait nalewno będzie chciał żebyś dla niego szpiegowała. Tak więc chcę abyś w razie czego dawała mu nie znaczące lub wymyślone przeze mnie informacje. Przy okazji tej sytuacji można było także zobaczyć kogo najtrudniej będzie przeciągnąć na swoją stronę. McLain całkowicie jest podporządkowany Alister’owi. Mało go obchodziła ta sytuacja, ale gdyby Hardy kazał mu się przyczepić do mojej orientacji zrobiłby to bez zawahania. I tak ma wodę zamiast mózgu. Narkotyki zniszczyły go z dnia na dzień. Wygląda też na to że Staruszek planuje dodać do Rdzenia jeszcze jedną osobę z McLain’ów, ale nie wiadomo jeszcze kogo. Z Domem Hardy mam lepsze układy niż z Brait’ami, to efekt…… pewnej sytuacji. Następna jest Ironshade. Już wiem, że mnie nie cierpi. Będzie z nią ciężko. Ale to nie nowość. I na koniec Feist. On nigdy nie był zbyt zainteresowany sprawami Rodziny. Widać też że nie przeszkadza mu mój sposób bycia. Jest raczej neutralny. Będę chciał pozyskać jego przychylność jako pierwszego. Jakieś pytania?
Kathleen wpierw spąsowiała z zażenowania, a potem poczerwieniała z gniewu. Srebrna papierośnica znad kominka przeleciała Cedrikowi obok głowy, ale przez ozdobnym kałamarzem musiał się już uchylić.
- I to o to chodziło? Tylko o to?! - warknęła - Gdybyś miał choć pół mózgu, ty... ty, półmózgu, to byś poznał, że to był żart! - chwilowo skończyła jej się amunicja, pozostała więc przy słowach. - Poza tym tak trudno uwierzyć, że się ucieszyłam na twój widok? Może teraz tak, ale tylko dlatego, że mnie uświadomiłeś, jakim zimnym, nieczułym draniem jesteś! Kalkulacje? Szpiegowanie? Zdrady? Tylko to ci w głowie? Nic cię nie obchodzi, jeśli pożyjesz dzień dłużej? A niech cię szlag, Cedriku Blake!
Na chwilę opadła z sił, dysząc pod wpływem emocji. Odetchnęła jednak, poprawiła włosy, wyprostowała się.
- Nie będę niczyim szpiegiem. Ani Olivera, ani Hectora, ani na pewno twoim. Wiem, że kobiety które nie mają silnej pozycji nie mają wiele do powiedzenia, ale dlaczego myślałeś, że ucieszyłam się na twój widok? Gdyby "mój" kandydat został następną Głową, w końcu mogłabym decydować o sobie. Ale tak patrze na ciebie... i szkoda gadać.
Odwróciła się na pięcie, wmaszerowała do jeden z sypialni i zamknęła za sobą drzwi z trzaskiem.
- A ja jeszcze nie dokończyłem. Dla niej żart dla Brait’a obraza. I nie kazałem jej być szpiegiem tylko nie mówić za dużo. Poczekamy, aż ochłonie i dokończymy rozmowę. A ty Jake jakie masz wieści? – zapytałem i wstałem by pozbierać to czym rzucała dziewczyna.
Idiotka, to nie tak, że jestem zimnym dupkiem, ale w tym świecie tak jest łatwiej o przetrwanie i jej też będzie łatwiej jeśli nie będzie zbliżać się do ognia to mogłoby skończyć się poparzeniem.
avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Pon Wrz 24, 2012 10:08 pm

Chris schylił się, żeby mu pomóc. Jake założył nogę na nogę i podparł podbródek pięścią w zamyśleniu. Chwilę wpatrywał się w zamknięte drzwi sypialni.
- Jeśli chodzi o informacje, Dio i Nino trzymają rękę na pulsie. – Powiedział po chwili. – Jeśli chodzi o Del Toro, sytuacja przedstawia się następująco: początkowo przyjechać miała sama Felicita Juarez. W katalogu aukcyjnym widnieje pewien obraz „Uprowadzenie Felicity”. Stare dzieło, podobno oparte na histori jej prababki, czy innej przodkini, a do tego imienniczki. Zdaje się, że zależało jej, żeby osobiście licytować. Jednak ostatnio wieści o naszej osobistej Bestii, Rozpruwaczu, rozchodzą się poza granice Królewskiego Portu, czy nawet Avalonu, więc zdecydowano, że to zbyt niebezpieczne. Oczywiście my wiemy, że to tylko zwyczajny morderca, polujący na śmiecie, pokroju dziwek i drobnych rzezimieszków, ale partactwo Silvergreyów sprawia, że w oczach innych urasta on do rangi zabójcy, który wodzi za nos nawet Rodziny – pokręcił z niedowierzaniem głową.

- W każdym razie, zamiast Felicity, przyjedzie jej prawa ręka Serafino Binenti Tieri. Czego domyśliłem się, słuchając potoku złorzeczeń Dio. Oprócz niego pojedzie jeszcze trzech przedstawicieli innych domów, niestety Nino nie wiedział jeszcze kto. Wiesz jak Del Toro lubi się wykłócać i debatować między sobą, trudno mi więc powiedzieć, czy to jakiś środek bezpieczeństwa, że pozostawiają decyzje na ostatnią chwilę, czy też zwykłe lenistwo. – Jake wzruszył ramionami, zdjął okulary i przetarł je szmatką. – W każdym razie o ile ich ostrożny, przedstawicielski sposób uczestnictwa w Arenie z pewnością odbije się niekorzystnie na naszych dochodach, zwiększona ochrona z pewnością da nam w kość. Chłopaki nie byli jeszcze pewni ani ilości ani tożsamości obstawy, co znaczy, że to też odkładają w czasie. Nino jednak przewiduje, że każdy reprezentant weźmie nie mniej jak pięciu ale nie więcej jak dziesięciu swoich ludzi, co daje nam od dwudziestu czterech do czterdziestu czterech przybyszów.
- Czyli pół setki wrogich, poirytowanych i zestrachanych italijczyków. Bosko – Chris wywrócił oczami, siadając z powrotem na kanapę. – Kto im w ogóle pozwala cokolwiek licytować? Potrafią? Już to widzę „nie panie licytańcie, ten antyczny wazon ma tu pęknięcie, o widzi pan? Toż to się nie godzi! Spuść pan z ceny, a nie uszkodzony towar sprzedajesz!”. Gderliwe przekupki, ot co…

- Tak czy siak, przyjeżdżają tu i musza zostać dobrze przyjęci. Muszą dostać zakwaterowanie, wyżywienie i opiekę. Także przed tym, żeby czegoś nie nabroili – powiedział Jake. – Idealnie byłoby, gdyby udało się ich zepchnąć na Braita… ale niestety wszyscy będą chcieli zająć się panną Miyo, skoro o niej mówiła Głowa. A logiczne jest, że ktoś musi odpaść.
- Odpaść? Przecież wszyscy trzej mają się nią zająć? – zdziwił się Chris.
Jake tylko westchnął i pokręcił głową.
- Nie. Wszyscy trzej mają się zająć organizacją Areny. To zbyt duże przedsięwzięcie by trzy domy zajmowały się jednym gościem. Poza tym, sam pomysł by tak się działo jest śmieszny i na pewno zostałby źle odebrany. Raczej oczywistym jest, że ambasadorka pokoju, z puktu widzenia tego „konkursu” stanowi wisienkę na torcie i łapczywy kąsek. Oczywiście nie mogę mieć pewności, ale powiedziałbym, że już samo przebicie pozostałej dwójki i zostanie jej ochroniarzem to pierwszy sprawdzian. Faktyczna ochrona, czy zabawianie jej to już dalszy etap.
- Hmm… a zupełnie nie tak to brzmiało, gdy pan Cray o tym mówił…
- Oczywiście, zwykła logika – Jake przeniósł zamyślone spojrzenie na Cedrika. – Wracając do naszej nowej towarzyszki. O co tak naprawdę chodziło? Przecież wiadomo, że Oliver nigdy cię nie polubi. Ale twierdzenie, że utrzymujesz dystans i chcesz pożyć dzień dłużej nie ma sensu. Widziałeś ich spojrzenia, wiesz jak szybko szerzy się plotka. Nawet jeśli panna Kathleen nic nie powie Hectorowi, Oliver się nie zawacha. Biorąc to pod uwagę…
- Widzę, że twoje usta się ruszają, Jake – Chris zlustrował go krytycznie – ale jedyne co słyszę to „bla, bla, bla”. Mógłbyś mówić po ludzku?
- Innymi słowy – podjął Jake, udając, że nie słyszał tego komentarza – jedynym logicznym wnioskiem jaki się tu nasuwa, jest, że świadomie skierowałeś na siebie odwet Braitów, żeby odciągnąć uwagę od panienki Kathleen. Pytanie, dlaczego?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Wto Paź 23, 2012 7:15 am

- Jest kilka powodów, ale jeden jest najważniejszy. Wiecie, że Staruszek nie toleruje walk wewnątrz Sabertain, aby pozbyć się kogoś z wewnątrz trzeba mieć pretekst/powód, który zaakceptują wszyscy inni. Gdybym ja nie stworzył tego powodu prawdopodobnie zrobiłby to Brait. Wtedy nie byłoby już tak przyjemnie. Ponad to jeśli będę celem będę mieć więcej możliwości by dopaść swojego wroga w walce gdyby taka zaistniała. Oczy wszystkich z rodziny będą skierowane na mnie, więc ludzie zapomną do jakiegoś stopnia o córkach Staruszka. Nie będę musiał się martwić ewentualnymi atakami na dziewczynę. Co więcej spodziewam się dzisiaj powitania. Myślę, że rzuci się nam mięso armatnie, dlatego Chris bierze pierwszą czterogodzinną wartę, potem będę ja, a na koniec Jake.
A teraz inne informacje. Jutro rano jedziemy do Cray’a. Kiedy tu przyjechaliśmy Dziadek dał mi dwa listy. Jeden był właśnie od Staruszka. Na obiad z kolei jedziemy do mojego ojca.
A teraz największy problem jaki na mnie spadł. Nie, że zawsze wierzyłem i ufałem Faylan, ale ostatnio coś za dużo kombinuje. Chciał, abym przyniósł mu moją pieczęć. Co wy na to? Jakieś pomysły? Propozycje? – powiedziałem wszystko powoli i spokojnie wpatrując się w ogień tańczący w kominku.
avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Sro Lis 07, 2012 2:01 pm

- Czy byłoby mniej przyjemnie to nie wiem, ale wolałbym zrobić z Braita głównego wroga publicznego. No, ale to twoja skóra - skinął głową Jake.
- Przesadzasz - oczywiście włączył się Chris. - Żeby o jedną dziewoję taki krzyk robić...
- Publicznie upokorzoną dziewoję, która tak się składa jest też córką szefa. Nieważne, zostawmy to przeszłości, bardziej mnie ciekawią zamiary Faylana...
Cała trójka zamyśliła się na chwilę. Będąc protegowanym Cedrika i mając jego glejt, Faylan mógł w zasadzie robić wszystko co mu się podobało w pewnych granicach. Jednak glejt to rzecz pożyczona, w niektórych sytuacjach wymagana była osobista pieczęć, używana jedynie przez lorda lub w ściśle określonych sytuacjach.

- Pieczęć, pieczęć. Parę rzeczy przychodzi do głowy. Czy nie trzeba jej przedstawić na walnym zgromadzeniu, czy czymś tam? - zamyślił się Chris.
- Owszem, ale tylko w wypadku, gdy król zwoła walne ruszenie na wojnę, co nie zdarzyło się od ponad dwustu pięćdziesięciu lat. To martwy przepis - Jake spojrzał na ich mroźnego towarzysza spod uniesionej brwi. - Jestem zaskoczony, że w ogóle o nim wiesz.
- Nie jestem głupcem, Jake!
- Tak, tak, oczywiście. Wracając do rzeczy - spojrzał na Cedrika, wpadając w swój wystudiowany ton profesora. - Do głowy przychodzą mi właściwie cztery przypadki, w których ktoś mógłby się posłużyć szlachecką pieczęcią, a które pewnie znacie.
- Pierwszy to oczywiście wizyta na królewskim dworze. Bez szlacheckiej pieczęci nie można nawet przekroczyć bram pałacu, ale z nią i sporą sumką, albo znajomościami można dotrzeć nawet do pary królewskiej. To chyba mówi samo przez się.
- Drugi to oczywiście Królewski Port, znaczy ten właściwy. Nie wiem ile wynieśliście z historii, ale ta mieścina wyrosła wokół portu wojennego. Oczywiście później zabudowania rozrosły się, zbudowano port cywilny, centrum całego miasta przeniosło się gdzie indziej. Pierwotny port zszedł na dalszy plan, ale nadal funkcjonuje. Jest do wyłącznego użytku Marynarki Królewskiej, ale ze szlachecką pieczęcią można uzyskać do niego dostęp. Poza tym stoi na uboczu biorąc pod uwagę usytuowanie miasta i pomimo całej masy wojskowych, cumujące tam statki nie są sprawdzane. Niby Faylan może przemycić co mu się podoba, ale kto wie, to by nawet pasowało do profilu jego działalności.
- Trzeci to korespondencja dyplomatyczna. Z glejtem można zrobić wiele rzeczy, ale nie można się nim podpisać pod oficjalnym dokumentem. Jeśli więc Faylan chciałby podszyć się pod Cedrika i namieszać w naszych stosunkach z jakimś innym państwem to byłby idealny sposób. Nikt nie wątpi w list podpisany osobistą pieczęcią lorda. Tylko po co miałby to robić? Możesz mnie oświecić, jeśli o czymś nie wiem, ale zdaje się układa się wam nieźle, nie wiem więc po co miałby palić za sobą mosty.
- No i czwarty przypadek, właściwie najmniej prawdopodobny. Królewski Cmentarz. Zamknięty, bardzo stary na wzgórzach za miastem. Leży tam sporo ważnych osób, właściwie można tam znaleźć całkiem spory kawałek historii Królewskiego Portu, a może i całego Albionu. Z powodu wartości historycznej cmentarz jest zamknięty na głucho od pięćdziesięciu lat, a jego bramy otwierają się tylko na Święto Zmarłych... no i oczywiście dla kogoś z lordowską pieczęcią. Choć znowu nie wiem po co byłoby mu zwiedzanie nekropolii.

Chris wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale Jake wstał uciszając go gestem dłoni.
- Mamy noc na zastanowienie. Jak będziemy dalej gadać to świt nas zastanie, albo goście. Jak powiedział Cedrik, bierzesz pierwszą zmianę, Chris.
Carlin nie wyglądał na zachwyconego, ale ograniczył się do posłania kilku wymruczanych inwektyw wobec pleców Maelstroma. Skrytobójca i Blake położyli się na spoczynek. Po czterech godzinach, znudzony do granic Chrik przyszedł zbudzić Cedrika i sam się położył.

Blake siedział w ciemności w salonie nasłuchując śpiącego domu. Pierwsza godzina minęła mu spokojnie. Zbliżała się trzecia w nocy. Okno nie zaskrzypiało, ale powiew zimnego wiatru z dworu poruszył kotarami i popłynął ku Cedrikowi. Stopy obute w miękkie buty bezszelestnie opadły na dywan. Byli nieźli, może nie mistrzowcy, ale na poziomie. Piromanta miał już oczy przyzwyczajone do mroku pomieszczenia, dostrzegł więc cień okutany w coś co automatycznie zaklasyfikował jako "szmaty", skradającą się do sypialni w której zabarykadowała się Kathleen. W ręku zalśniło obnażone ostrze noża. Postać zdawała się niedostrzegać wtopnionego w cienie fotela Blake'a. Z pewnością nie była też sama.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Wto Lis 13, 2012 10:47 am

Siedziałem cicho na fotelu z dwoma rewolwerami i obserwowałem. Są nieźli, ale trochę za mało, żeby mnie zabić. Jeden cień stał przy oknie, a pozostała dwójka kombinowała przy drzwiach dziewczyny.
Byłem ciekaw umiejętności Katheleen, na pewno coś nie coś umie i na pewno nie ufa mi i moim ludziom. Na pewno bardziej czuwa niż śpi, albo nie zależy jej na życiu. Tak czy inaczej musi sobie sama poradzić z gościem w pokoju, albo wytrzymać do mojego przyjścia, bo na pewno są już w każdym pokoju.
Dobra nie mogę sobie pozwolić na straty w ludziach. Strzeliłem najpierw do jednego przy drzwiach potem do drugiego. Ten co stał przy oknie rzucił się na mnie z nożem. Wypuściłem rewolwery na ziemię i szybko wstałem z fotela blokując jego atak. Chwyciłem go prawą ręką za nadgarstek, a drugą położyłem na twarzy. po chwili w po pokoju rozszedł się odór palonego ciała.
W salonie pojawili się Jake i Chris, a za nimi kolejny napastnik. Chwyciłem za rewolwer, który leżał koło fotela, ale Maelstorm był szybszy w ułamku sekundy zniknął, a następnie pojawił się za napastnikiem i skręcił mu kark.
Rozejrzałem się jeszcze w koło i szybko poszedłem do pokoju dziewczyny. Zabójca był martwy, a dziewczyna wydawała się być dalej myślami w krainie snów, choć stała przy ciele napastnika.

avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Sro Sty 02, 2013 12:21 am

Walka skończyła się nadspodziewanie szybko, choć i tak zabójcy nie chcieli wdawać się przecież w otwartą walkę. Kathleen popatrzyła na wchodzących do jej pokoju mężczyzn półprzytomnym spojrzeniem i ziewnęła przeciągle. Wyjęła z szafy swoją suknię i zaczęła ją wciągać na halkę, jakby mimo wszystko tknięta niewłaściwością sytuacji bardziej niż zamachem.

Jake ukląkł przy asasynie w pokoju dziewczyny. Podniósł jego prawą rękę, która na pierwszy rzut oka wydawała się połamana. Obok leżał równie strzaskany nóż.
- Jak zwykle, zdaje się, że nie jesteśmy lubiani - westchnął Chris.
- Asasyni z Emiratów, więc zleceniodawca nie do namierzenia. Sprytne, ale chyba wszyscy wiemy na czyim poziomie sprytu - skwitował Jake.

- Czy skoro chcieli się nas pozbyć, nie powinni wysłać obdarzonych? - wymruczała Kathleen. - Pewnie chcieli się tylko przywitać. Gra się dopiero rozpoczyna... - wzruszył ramionami Chris. Jake gdzieś przepadł nagle. Za to z salonu nagle wyleciał jeden z zakrzywionych noży zabójców, celując prosto w rozczochraną głowę ich damulki. Jedna wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu nie przybyło im jeszcze jednego trupa, gdyż rzeczone ostrze odbiło się od niczego w powietrzu i wylądowało na suficie. Część się ukruszyła i upada na dywan.

- No, to skoro powitania i uprzejmości mamy za sobą, może raczysz nas oświecić co właściwie potrafisz? - spytał Jake materializując się w powietrzu. W ręku obracał kolejny zakrzywiony nóż.
- Ciekawy sposób zadawania pytań - westchnęła Kathleen. - Nie można się z wami nudzić, chłopaki.
- Ważne, że skuteczny. Poza tym nie lubię pracować z kimś o kim nic nie wiem.
- W porządku, w porządku - Kathleen uniosła pojednawczo ręce. W przeciwieństwie do pozostałej trójki wydawała się typem człowieka którego ciężko dobudzić. - Wystarczyło zapytać. Jestem deflektorem.
- Przedmioty się od ciebie odbijają?
- Przedmioty... ludzie... ogólnie mówiąc, żaden atak na mnie nie działa - powiedziała.

Widać było, że Jake chce jeszcze o coś zapytać.
- Bez urazy - przerwała mu jednak Kathleen. - Ale jest środek nocy, idziemy spać? Czy nasz światły przywódca ma inne plany?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Pią Lut 08, 2013 3:39 pm

- Ubieraj się. Trzeba pozbyć się ciał. Wyślemy ich tam skąd przyszli. A ty nam pomożesz. – powiedziałem i wyszedłem z pokoju. Nie zapalałem światła na korytarzu, nie musiałem. Znam ten dom wystarczająco dobrze by chodzić po nim w ciemnościach. Gdy stałem na szczycie schodów dogonił mnie Chris. Odruchowo pogłaskałem go po głowie i zacząłem schodzić w dół po stopniach. Właśnie uświadomiłem sobie, że my też mogliśmy ponieść straty w ludziach. Skląłem cicho, ale wystarczająco głośno by blondyn usłyszał. Zamiast pójść od razu do składziku przy drzwiach frontowych złapałem Carlin za rękę i skierowałem się w stronę pokoju dozorcy. Nie mogłem uwierzyć, że o nim zapomniałem. Naprawdę im dłużej myślę o tym dniu tym bardziej czuję się wkurzony. Nic nie poszło jak miało. Może powinienem wszystko inaczej rozegrać? Ale teraz oczy wszystkich są skierowane na mnie, a właśnie o to mi chodziło. Teraz mam pole do popisu. Jest o co grać. Co więcej nie muszę martwić się niepotrzebnie Kath. Żebym tylko teraz niczego nie spartolił, bo chyba się spalę na popiół.
Usłyszałem jak Chris cicho syknął. Spostrzegłem, że zaciskam dłoń tak mocno na jego nadgarstku, że aż cały mu zbielał.
- Przepraszam – powiedziałem i delikatnie go przytuliłem. Po chwili odsunąłem się i rozejrzałem wokół. Wydawało mi się, że nikogo tutaj nie było. Może od razu udali się na górę. Byłoby dobrze. Nie przeciągając już niczego szybkim krokiem ruszyłem przed siebie.
Korytarz na parterze miał kształt odwróconej do góry nogami litery „L”. Na jednym końcu były drzwi frontowe, a na drugim pokój dziadka. Podszedłem i zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Ostrożnie otworzyłem drzwi i wszedłem do środka razem z przyjacielem.
Nagle Chris zaczął się śmiać. Więc odwróciłem się w jego stronę.
Dozorca zmaczanie sobie spał na łóżku. Jednak zatyczki do uszu dają jakieś efekty. Najwyraźniej Asasyni mieli się pozbyć tylko nas i na szczęście nie rozglądali się po pokojach na parterze.
Już spokojnie z „Lodową Księżniczką” udaliśmy się do składziku. Wzięliśmy worki i jakąś różową wstążkę po czym udaliśmy się na górę.
Jake i Kath siedzieli na fotelach w salonie. A ciała leżały obok nich w rządku. Muszę zapamiętać, że ta dwójka dobrze się dogaduje. Ostatecznie pewnie każdy lepiej się z nią dogaduje niż ja, od kiedy jestem złem absolutnym, ale jakoś to będzie.
Szybko uporaliśmy się z „prezentami” i znieśliśmy je na dół. W czasie pakowania i ozdabiania Jake poszedł po karetę. Położyliśmy przesyłkę z tyłu i wsiedliśmy.
- Zostawimy zwłoki za siedzibą, w tym zaułku z bocznym wejściem. Uliczki które tam prowadzą są mało uczęszczane, a jeśli już to głównie przez ich kumpli. – powiedziałem wskazując za siebie.
Wszystko szło zgodnie z planem. Ulice były opustoszałe jakby na nasze życzenie. Noc była przyjemnie ciepła. Księżyc kojarzył mi się z ostrzem kosy. Powoli zacząłem się uspakajać po chwilowej złości i myśleć optymistycznie.
Zostawiliśmy Asasynów i udaliśmy się z powrotem do mieszkania. Jake objął wartę, a reszta udała się spać. Wszelkie ewentualne pytania, groźby i zażalenia zostały odłożone na rano.
avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Pon Lut 18, 2013 12:07 am

Jakoś udało im się przespać noc. Być może było to faktycznie tylko swoiste pozdrowienie, a może postanowiono opracować lepszy plan. W każdym razie rano nikt nie był mimo wszystko w wyjątkowo rozmownym nastroju. Zjedli lekkie śniadanie i wyszykowali się do drogi, wszak czekały ich jeszcze co najmniej dwa posiłki dzisiaj.

Staruszek uprzejmie pożegnał ich w drzwiach, jak zawsze zresztą gdy Blake odwiedzał to miejsce. Wydawał się wyspany, w przeciwieństwie do nich, i w świetnym humorze. Widać było, że był całkowicie nieświadomy wydarzeń zeszłej nocy, za co Cedrik mógł sobie po cichu pogratulować.

Wsiedli do zamówionej karety i po krótkiej podróży do bezpośredniego centrum Królewskiego Portu, zajechali do posiadłości Blake'ów. Dawniej był tu plac miejski, ale plac ogrodzono, rozkopano i postawiono szykowną posiadłość otoczoną ogrodami. Zwykli mieszkańcy z zazdrością spoglądali ponad szpikulcami z kutego żelaza na pole zieleni rozlewające się w środku miasta i brązowo-czerwoną strzechę w środku.

Wysiedli przed bramą i minęli strażników z godłem Blake'ów, którzy Cedrika oczywiście rozpoznali. Ojciec Cedrika nie pozwalał nikomu wjeżdżać na teren posiadłości, bo lubił gęstą zieleń starannie zadbanej trawy. Przeszli ścieżką po szerokich, płaskich kamieniach do wejścia. Marshal, otrzymawszy wczoraj wieczorem przygotował bardziej wystawne śniadanie niż zwykle. Zostawili odzież wierzchnią a kamerdyner poprowadził ich do jadalni, gdzie po serii wstępnych uprzejmości zasiedli za długim stołem.

Podano tradycyjne, avalońskie śniadanie, składające się głównie z jagnięciny z żurawiną i kilku rodzajów sałatek i chleba. Jak się okazało nie bez powodu, gdyż rodzina Blake'a miała też innego gościa. Wysoki, szczupły, niemal ascetyczny człowiek w czarnej sutannie z koloratką wokół szyi był nieznany przybyłej czwórce, a jak się potem okazało i gospodarzom.
- To jest ojciec Antonio Petrarka, został tu niedawno oddelegowany do przejęcia śródmiejskiej diecezji jak zrozumiałem - przedstawił gościa Marshal Blake, a potem przedstawił kapłanowi całą czwórkę w oszczędnych słowach.
- Kościół uznał, że temu miastu przyda się świeży powiew Boskiej opatrzności - powiedział Antonio witając się z przybyłymi.

Zasiedli za stołem i zabrali się do jedzenia.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Lenykk on Pon Lut 18, 2013 6:42 pm

Tylko tego mi brakowało – księdza. Sądząc po minie ojca to jego wizyta nie jest mu raczej na rękę. I jak tu załatwiać interesy w takich warunkach. Co więcej wygląda mi na szpiega. Rzuciłem porozumiewawcze spojrzenie chłopakom i ruszyłem za ojcem w kierunku jadalni. Inni ruszyli za mną.
Szkarłatna tapeta w złote wzory przypominające liście. Ciężka ciemna drewniana podłoga, jeszcze ciemniejszy stół ze śnieżnobiałym obrusem, zastawiony przepysznym jedzeniem, cisza tak intensywna, że słychać jak trawa rośnie i atmosfera tak gęsta, że można ją kroić. Moje życie to ciąg nieoczekiwanych, raczej nie chcianych wydarzeń. Trzeba coś zrobić z tą sytuacją zanim zrobi się jeszcze gorzej.
- Ojcze Petrarka skąd jesteś? Gdzie wcześniej była twoja parafia? – zapytałem spokojnie, a wszyscy trochę się rozluźnili.
- Przybyłem głosić Słowo Boże z Italiy. Wcześniej rozniecałem ogień wiary w ludzkich sercach w Romie. Każda istota powinna wyjść na spotkanie ze stwórcą, albo w dniu sądu zostanie strącona do czeluści piekieł. – powiedział wyniośle i dumnie jakbyśmy to my byli tymi grzesznikami od piekła, a ja pomyślałem, że nie dość, że pewnie szpieg to jeszcze niepoczytalny.
- Miejmy nadzieję, że trochę nam jeszcze do tego strącania zostało - wtrącił trzeźwo Jake, którego poglądy religijne były równie szerokie co otwór strzelnicy na blankach.
- Dzień Sądu może być bliższy nić ci się zdaje, synu - zapewnił ksiądz. - Bóg nie pozwoli by grzesznicy bezkarnie chodzili po Jego świecie - sam sobie potaknął.
- Wybacz, że zapytam, ale ile ksiądz ma lat, bo wygląda dość młodo – nie mam pojęcia o co można zapytać duchownego, w końcu jestem ateistą.
- Bóg zesłał mnie na ziemię 34 lata temu - mógł sobie darować tego Boga naprawdę.
Już miałem zadać następne pytanie, ale w tym momencie do pomieszczenia wkroczyła Eris w samym szlafroku.
- Ceduś, kochanie to naprawdę ty Słonko! – krzyknęła, a ja zamarłem - Marshall czemu nic mi nie powiedziałeś! – zwróciła się do ojca, a następnie przerzuciła swój wzrok na Kath.
- Matko to Kathleen. – powiedziałem spokojnie, ale w środku cały drżałem. Przecież miało jej nie być w domu. Boże jeśli istniejesz to zrób coś teraz, już, natychmiast.
- Och, to ty jesteś tą córką Jeremiego, którą tak bardzo lubi Ceduś! No nareszcie wszystkie moje znajome wyprawiają śluby swoim dzieciom tylko ja nie, ale to się teraz zmieni!
- Matko to nie tak, ja….
- Mamy nawet księdza! - w ogóle mnie nie słucha, jak zawsze - ojciec udzieli tej dwójce ślubu prawda? - mówiąc to chwyciła Petrarkę za ramię tak mocno jak tylko potrafiła wbijając mu przy tym swoje długie czerwone paznokcie w ciało. Antonio po raz pierwszy w czasie ich spotkania wyglądał na zbitego z tropu i nawet wszechmocny Bóg jakby go opuścił.
- Ja... to znaczy... Jeśli taka jest wola Boska, to oczywiście...
- Oczywiście, że taka jest Jego wola! - cholera, zaraz pobije księdza. A przecież nawet nie jest religijna, po prostu lubi dobre ceremonie. Wstałem w tej samej chwili co ojciec i obaj delikatnie odciągnęliśmy Eris od Petrarki. Czasem zastanawiam się jak to możliwe, że osoba taka jak mój ojciec wytrzymała tyle lat z kimś takim jak ona.
- Matko mówię ci, że Kath nie jest moją narzeczoną. Jest moją koleżanką tak jak dawniej i nic poza tym – powiedziałem dość dobitnie, żeby do niej dotarło, ale mimo to delikatnie i przyjaźnie.
- Ale tak bardzo ją lubiłeś i lubisz prawda? – nie każ mi tego mówić proszę – Alice była dobrą dziewczynką, ale na pewno znajdziesz kogoś kogo pokochasz równie mocno co ją. – to był dla mnie jak cios poniżej pasa. Proszę niech coś mnie uratuje, cokolwiek. W tym momencie odezwała się Kathleen:
- Pani Blake, Cedrik i ja nigdy się nie pobierzemy, bo żadne z nas tego nie chce. Naprawdę, nigdy.
- Och, nigdy nie mów nigdy, Cukiereczku - Eris uśmiechnęła się słodko. Ksiądz wstał i ogłosił, że będzie się już zbierać. Może nawet w coś tam jeszcze przed śmiercią uwierzę. I w ten sposób ojciec odprowadził gościa do drzwi. Gdy wrócił dokończyliśmy śniadanie słuchając historii Eris o tym co robią jej koleżanki i ona też tak chce, po czym Kath została siłą zaciągnięta na „babskie pogaduchy” do zielonego pokoju na piętrze. Kiedy była popychana w kierunku drzwi rzuciłem jej przepraszające spojrzenie mówiące, że kochanka Marshalla jest poza moim zasięgiem. Nareszcie mogliśmy przejść do interesów, choć cały czas myślałem o tym co nagada blondynce ta wariatka. Do tej pory pamiętam jak miałem 5 lat a ona przynosiła mi fotografie innych dzieci pytając mnie o to, którą z dziewczynek chcę poślubić. Było ciężko, ale teraz nie czas na głupoty.
Przeszliśmy do dużego salonu. Pod oknem naprzeciwko drzwi stał duży czarny fortepian. A na lewo od wejścia był kominek. Przed nim stał mały, owalny, rzeźbiony stolik z dębowego drewna, dwa fotele i kanapa pokryte fioletowym, kwiecistym obiciem. Po lewej stronie znajdował się barek gdzie ojciec przechowywał alkohole, a pod sufitem wisiał kryształowy żyrandol.
Ledwo usiedliśmy, a pod moim nosem wylądowała duża koperta z dokumentami. W najbliższym czasie będzie się dużo działo, naprawdę dużo.
avatar
Lenykk

Liczba postów : 10
Join date : 04/08/2012
Age : 25

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Deithe on Sro Lut 20, 2013 12:20 pm

- Mogę wam coś zaproponować, chłopaki? - spytał Marshal, podchodząc do barku.
- Ja podziękuję, a czy miałby pan coś przeciw...? - powiedział Jake.
- Nie, oczywiście, że nie. Naprawdę nie musisz się za każdym razem o to pytać. Mówiłem już żebyś czuł się jak u siebie - przytaknął gospodarz na prośbę. Zabójca jak zwykle skłonił się uprzejmie i podniósł klapę pianina, po czym usiadł na stołeczku. Zamknął oczy. Wolał grać w ten sposób, miał fenomenalną pamięć do nut, więc grał bez patrzenia. Długie palce, które tak często trzymały sztylet, spoczęły na klawiszach i pokój wypełniły ciche dźwięki pianina. Spokojna, piękna melodia wypełniała tło rozmowy.

Pozostałej trójce, starszy Blake nalał po brandy, po czym położył przed synem kopertę. Chris przysłużył się kostkami świeżego lodu. Koperta zawierała kilka zdjęć i kalek z dokumentów. Cedrik zauważył akty własności, plany architektoniczne, wyliczenia miernicze, kosztorysy. Na zdjęciach zaś widniało stare zamczysko, które właściwie bardziej przypominało starą ruinę niż zdatną do czegokolwiek warownię. Mury były pokruszone, w dwóch miejscach widać było wyrwy. Jedna z wież całkiem runęła, a dachy budynków na wewnętrznym dziedzińcu wyglądały jakby były lada chwila runąć.
- Ten zamek - zaczął powoli Marshal. - Zostanie wystawiony na sprzedaż na podziemnej aukcji, w trakcie trwania Areny. Potrzebuję, kogoś zaufanego, żeby mi go zdobył. Obojętnie jak - mężczyzna zmrużył oczy - chcę mieć jego akt własności.
- Będziemy chyba trochę zajęci - wtrącił niepewnie Chris, spoglądając na Cedrika - a dlaczego to takie ważne, jeśli można wiedzieć?
- Ha! - starszy Blake uśmiechnął się. - Kto by pomyślał, że będą sprzedawali w ogóle coś takiego, co? Ale mówi się, że Król ma kłopoty finansowe... duże kłopoty... kłopoty na które nie może sobie pozwolić... - prawnik uśmiechnął się z satysfakcją.
- No dobrze, ale co to właściwie jest? Dla mnie wygląda jak stara rudera jakich wiele w Albionie, kto chciałby to kupować, same z tym problemy...
- Chłopcy, chłopcy, na wszystko przyjdzie czas i pora. Zresztą, nawet gdybym wam powiedział, pewnie byście nie uwierzyli. Ja nie wierzę i niewiele mnie to obchodzi. Sam zamek jest tylko środkiem do celu - mrugnął do nich porozumiewawczo.

Cedrik miał zaledwie kilka chwil na odpowiedź, gdyż niespodziewanie rozległy się kroki na schodach i po chwil i drzwi się otworzyły, a do środka weszła Kathleen. Widać presja Eris była zbyt wielka do zniesienia. Dziewczyna miała na twarzy wyraz zagubienia i oszołomienia, jakby nie bardzo wiedziała gdzie właściwie jest i po co. Podeszła do Cedrika i spojrzała na niego pustym wzrokiem.
- Suknia biała, oczywiście z welonem i bufkami, do tego z podszyciem... - wymamrotała - frak oczywiście z rozcięciem i bukiecikiem niebieskich... - zamrugała raptownie oczami i spojrzała jakby przytomniej.
- Przepraszam, że przerywam - zwróciła się do Marshala ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. - Możemy już iść...?! Nie chcemy się narzucać, prawda...?! - syknęła z powrotem do Cedrika z tym samym przerażającym uśmiechem.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Królewski Port

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach