Denwheel (Jasmine)

Strona 2 z 25 Previous  1, 2, 3 ... 13 ... 25  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Sob Cze 09, 2012 2:44 pm

Właśnie miałam ochotę zadać kilka pytań Jenny na temat Elizy, ale niespodziewany gość zmusił mnie jedynie do ograniczenia się do przeliczenia pieniędzy i schowania ich w kieszeni u spodni. Zawsze pojawiał się znikąd, nie wiadomo kiedy, gdzie i dlaczego. To było irytujące. Ale przynajmniej po wydarzeniach z Festynu należała mi się odrobina rozrywki. W sumie czasami zastanawiałam się, czy Strix nie jest wymysłem mojej wyobraźni. Po ujrzeniu dziewczyny, która nią nie była, trudno być czegokolwiek pewnym.
Przeszłam do przeciwległego pokoju i wyskoczyłam przez okno, starając się pozostać niezauważoną przez chłopaka. Zaczerpnęłam odrobinę mocy z wewnątrz siebie i postarałam się zawirować magonami dookoła mojej naturalnej bariery, aby rozmazać rysy mojej magicznej sylwetki. Musiałam być wystarczająco sprytna i szybka, żeby o oszukać. Ale ja też nie byłam najgorsza w te klocki. Mieszkaliśmy na obrzeżu wioski, więc nie było mowy o wmieszaniu się w tłum. Poza tym Strix nie pojawiał się w miejscach o dużym zagęszczeniu ludzi.
Obiecałam przecież Oakowi, że będę ograniczać magię, a nie całkowicie jej nie używać. Poza tym - kto mnie tutaj zobaczy? Lubiłam to, że drzwi potrafiły otworzyć się przez przyczyny, a jabłko samo zlatywało z drzewa dzięki ruchowi palca. Wyjęłam jedną z piszczałek, tą podobną do wycia wilka i uśmiechnęłam się. Znowu sięgnęłam po magię i ułożyłam z niej kulistą sferę, ale jednak nie taką, na jaką wyglądała. Była przezroczysta, niewidoczna. W środku ułożyłam nitki magonów układających się w pajęczynę. Nie ułożyłam ich przypadkowo, a w ciąg przystosowany do długości fali piszczałki, którą wyjęłam. Na koniec w środek pchnęłam coś na kształt próżni w termosie.
Teraz pozostało sprawdzić, czy wszystko odpowiednio działa. Miałam nadzieję, że Strix sie nie zniecierpliwił i nie zmienił swojej pozycji. Wsunęłam jeden koniec piszczałki do kuli, nabrałam powietrza i dmuchnęłam. Miałam nadzieję, że drgania przejdą na zbudowaną przeze mnie sieć i zapętlą się, a dzięki próżni nie wyjdą na zewnątrz. Następnie szybko zatkałam kulę i pchnęłam ją z jednej strony domku w kierunku obok chłopaka, a następnie otwierając ją z pewnym opóźnieniem liczyłam na to, że wybiegnę zza drugiej strony domku odrobinę po tym, jak on usłyszy dźwięk z otwartej puszki. Potem biegnę najciszej jak potrafię, podobnie do szybkiego tropienia zwierzyny, a tuż przez nim wybijam się z nóg i lądują na niego, chwytając go rekami dookoła tułowia i próbując przewrócić na ziemię. Oczywiście już od połowy drogi leciała za mną niczym peleryna, chmurka magonów, która w odpowiednim momencie miała wpłynąć pod nasze upadające ciała i zamortyzować upadek.
Gdyby plan się udał i zdołałabym go przewrócić, uśmiecham się do niego i mówię - Cześć, chyba tracisz refleks - i zaczynam się śmiać.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Czw Wrz 06, 2012 6:01 pm

Jasmine: - Raczej nie - uśmiechnęłam się, jeszcze na wszelki wypadek magicznie sprawdzając stan wewnętrzny swojego ciała. - Starość, nie radość. - zachichotałam. Czułam go wystarczająco dobrze. Mój dar nie był przecież wszystkim, co posiadałam. Miałam olbrzymią ochotę go przytulić. Szczególnie po wydarzeniach dzisiejszego dnia. Po tym, jak nie wiedziałam, co robię. Wysunęłam delikatnie rękę z jego dłoni, a moja twarz na moment spoważniała. Po ułamku sekundy wahania zrobiłam krok do przodu i objęłam mocno chłopaka - Dziękuję, że jesteś - szepnęłam mu do ucha i zamknęłam oczy.

Strix: Wpierw zesztywniał, gdy go objęła, zaraz jednak się rozluźnił nieco. Stare nawyki odżywają w najmniej odpowiednich momentach. Zdołał nawet objąć ją lekko, co jak wiedziała, nie przychodziło mu łatwo. - Wiesz, że dla ciebie zawsze jestem - odparł, choć może nieco mniej pewnie, niż zamierzał. - Coś się stało? Wydajesz się jakaś taka... zmęczona.
Jasmine: Nie miałam zamiaru się od niego odklejać. Choćby z tej prostej przyczyny, że czułam się bezpieczna. Przyanjmniej odrobinkę. Oprócz całej otoczki Strixa, przy nim Kapitol stawał się zbędnym pyłkiem. - Sama nie wiem. To jest najgorsze. Przecież zawsze coś wiem. Ale teraz czuję się tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz zauważyłam swój dar - dalej szeptałam, a przynajmniej mówiłam przyciszonym głosem. Pociągnęłam delikatnie nosem, chcąc poczuć coś. Nie wiem co. Zapach kurtki? Płaszcza? Skóry?
Strix: Chłopak pachniał mieszaniną wysłużonej skóry z kurtki, którą nosił od dobrych trzech lat. Dało się wyczuć też delikatny bukiet woni z miejsc w których bywał, głównie zapach lasu. - Nie przejmuj się, wtedy też byłem przy tobie, pamiętasz? Teraz nie będzie inaczej. Jeśli masz jakiś problem, jeśli coś cię trapi, możesz mi o tym opowiedzieć, a ja ci pomogę. Wspólnie coś wymyślimy. - Możemy też zawsze po prostu sobie tak postać, jeśli chcesz - wyczuła, że się uśmiecha.
Jasmine: Zrobiło mi sie ciepło w środku po ostatnich słowach Strixa. "Czy już się tak kiedyś zachowywał?" pomyślałam. Zawsze byłam wobec niego raczej zdystansowana. On jeszcze bardziej. Co się stało? - Widziałam. Ją. Tu, na polu, potem na Festynie, w Deepwood. Czegoś chciała. Chyba żebym uwolniła młode Chiropterów. Albo pomogła im je obronić. Albo obronić tych, którzy je porwali, choć to mało prawdopodobne. Nie wiem, co się stało. Zostawiłam Josha, Jenny i Jera, a sama pobiegłam do tego straganu, który wskazała. A co, gdyby im się coś stało? Przecież tam były wściekłe Chiroptery? Po co tam pobiegłam? Bo jakaś dziewczyna z magii mi tak powiedziała? A potem jeszcze to medium. Nie mogłam się przecież wdawać w walkę. Uciekłam. To nie była moja sprawa. A potem medium powiedziało, że zawiodłam. I to oślepiające światło księżyca. Zabili stare Chiroptery...
Strix: - Poczekaj, zwolnij, bo nie nadążąm. Kto ci kazał gdzie pobiec? Co za medium? Skąd tam Chiroptery? I światło księżyca? Wydawało mi się, że wróciliście nim wzeszła Szrama... Strix odsunął ją na wyciągnięcie ręki i poważnie spojrzał jej w oczy, nie puszczając jej ani na chwilę. - Opowiedz spokojnie co się stało.
Jasmine: Przełknęłam ślinę i spojrzałam w oczy chłopaka. - Postać z magii. Dziewczyna z magii. Nie istniejąca w realnym świecie. A Chiroptery... prawdopodobnie chciały ratować swoje młode. I dlatego ktoś użył czegoś jak światło księżyca, żeby je zatrzymać... zabić? - zmrużyłam oczy - Oby to nie była Mab.. Nie ważne - potrząsnęłam głową - A Medium, to podszywana magiczka. Zemdlała i zaczęła gadać rzeczy, o których nie miała pojęcia... jakby ktoś ją opętał. Nie znalazłam w jej ciele nic. Co dziwniejsze uznała mnie za Czarodziejkę. I do tego te słowa.. - zmarszczyłam brwi i z trudem zdjęłam wzrok ze Strixa, aby znowu powrócił na jego oczy - Cos jak …marked by the crest of a Phenix - powiedziałam, starając się nie przekręcić żadnego wyrazu. - Nawet Jenny nie wie co jej jest. Ale powiedziała, że gdyby Kapitol ją znalazł, nie byłoby to dla niej... korzystne. W jakiś sposób transferuje magie. Jej mózg był całkowicie wypełniony magią. Chyba. Mimo, że mówiła, że jest Podgrzewaczem. Nic nie rozumiem...
Strix: - Mab? Kto kto Mab? - Strix zmarszczył brwi, ale zesztywniał dopiero, gdy Jasmine powtórzyła to co mówiła Eliza. - To język magii... od kiedy umiesz nim mówić? Coś musi być na rzeczy, żaden Podgrzewacz nie potrafi się nim posługiwać, a przynajmniej ja nigdy o czymś takim nie slyszałem...
Jasmine: - Mab to dziewczynka z kapitolu, która była na Festynie. Miała dar. Ale... - mój głos teraz spoważniał i stał się niczy grobobowiec - Język magii? - zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Strixa czekając na więcej. - Dlatego mówię, że Eliza musiała być medium. Ukierunkowała czyjąś moc. Szczególnie, że w jej umyśle panował niezły chaos - dodałam po chwili.
Strix: Strix skinął głową i powiedział, nie patrząc już jej w oczy, a gdzieś poza nią. Jakby niechętnie poruszał te tematy. Było to i tak niezwykłym postępem w stosunku do jego zwykłego zachowania. Zazwyczaj stosował jakiś wybieg by skierować temat na inny bieg, albo po prostu milczał przepraszająco. Całe te soptkanie niosło w sobie nutę odmienności. - "Tak jak poziom inteligencji wpływa na przyswajanie języków, tak zagęszczenie magonów wpływa na zdolności poznawcze osobnej metody komunikacji, zwanej językiem magii" - wyrecytował jak regułkę z pamięci. Po czym podjął - "Stwierdzono, że osoby z dużym potencjałem magicznym łatwiej posługują się tą metodą zarówno receptywnie jak i produktywnie. Osobniki o niskim poziomie zagęszczenia magonów wykazują objawy przypominające zanik niezbędnych organów czy aparatów do tworzenia i odbierania takich wiadomości." - chłopak skrzywił się. - Ale co ważniejsze - znowu spojrzał w oczy łowczyni - co to za dziewczynka? Była sama? Od kiedy dzieci z Kapitolu zapuszczają się tak daleko? - zmarszczył brwi.
Jasmine: - Mógłbyś mówić po ludzku? Czyli ta kobieta mnie oszukała? Nie była Pogrzewaczem, tylko kimś więcej? Ale po co? Fakt, nie chciała być zbadana przez Jenny, ale przecież się zgodziła. I po co w takim razie siedziała przestraszona pod tym straganem? - pokręciłam głową z niedowierzaniem.
Strix: Spojrzał na nią z jakimś takim błyskiem bólu w oczach, ale pokręcił głową. "Spekuluje się, że..." przepraszam, złe nawyki ciężko we mnie zabić - odchrząknął. - Ciężko powiedzieć, jest to język, którym mówią czarodzieje. Im potężniejszy tym łatwiej mu się nauczyć i nim posługiwać. Normalnie żaden Podgrzewacz ani niewyćwiczony czarodziej nawet nie mógłby mówić językiem magii ani go rozumieć. - Tyle, że słyszałem o takich przypadkach, choć dawno temu. O ludziach z odpowiednim darem, którzy nagle zaczynali mówić językiem magii i każdy ich rozumiał. To możliwe, przynajmniej w teorii, choć wiele więcej nie wiem. Przykro mi. - Westchnął. - Myślę, że albo była mistrzynią oszustwa, albo ktoś nią sterował. Ewentualnie coś nagle obudziło w niej uśpiony dar, co... no cóż. Wiesz, gdzie ona mieszka? Mógłbym się rozejrzeć, rozpytać Tak jak to jest teraz, twoje nowa znajoma może być niebezpieczna dla siebie albo dla innych. - Uśmiechnął się, choć tym razem nieco wymuszenie. - Opowiedz mi jeszcze o tej dziewczynce z Kapitolu. Mab. Proszę.
Jasmine: - Mówić? Czyli ja też?... Ale powtarzanie to co innego niż mówienie, prawda? - na moją twarz wypełzło zdziwienie. Zawsze starałam się zachowywać opanowanie, ale tym razem moje oczy otworzyły się szeroko. Spuściłam głowę – Może tego po prostu nie zauważyłam, dużo rzeczy kopiuję od innych osób.. - Potarłam delikatnie skroń - Mówiła, że jest z okolic Deepwood. Ale gdyby to się powtórzyło, miała zgłosić się do Jenny. - ponownie zmarszczyłam brwi. Ten niewiarygodny wysiłek intelektualny stawał się irytujący - Mab. Nie ma co o niej mówić. Jer ją przyprowadził, nie wiem skąd. Potem TO poczułam. Nic szczególnego. Znaczy... - uśmiechnęłam się nerwowo - oczywiście to było niezwykłe. Ale nie zamierzam zawracać sobie głowy rozpieszczonymi bachorami Kapitolu. Było, minęło. Kapitolińczycy często pojawiają się na Festynach szukając specjalnych towarów. Byłam na nich tyle razy, że kiedyś w końcu musiałam spotkać kogoś, kto został wyjątkowo obdarzony. Ot. - wzruszyłam ramionami, jakby to było dla mnie równie codzienne jak wschód słońca.
Strix: - Myślę, że się nie doceniasz - tym razem jego uśmiech był już jak najzupełniej szczery. - Jestem pewny, że gdybyś poćwiczyła, mogłabyś stać się biegła w języku magii. Nie jestem pewien, ale nie wydaje mi się, żebyś była w stanie powtórzyć jej słowa, gdyby było inaczej. Tak - przyznał - możliwe, że w razie czego zgłosi się do Jenny, ale wiesz jacy są ludzie. Skarżą się na drobiazgi, a bagatelizują poważne sprawy. Zresztą moze nawet nie być tego świadoma... l lepiej będzie jeśli się upewnię - zaproponował, zaraz jednak wrócił do tematu dziecka Kapitolu. Jasmine miała nieodparte wrażenie, że do czegoś zmierza, że nie drązy tego tematu bezcelowo. Widać to było w jego postawie, mimice i tonie głosu. - A ta dziewczyna, Mab, chyba nie była sama prawda? Miała jakiegoś opiekuna, czy kogoś takiego?
Jasmine: - Nie wiem. To jednak jest kawałek. No i nie wiesz nawet, jak wygląda. Nie wiem, czy jest sens. - wypuścilam gwałtownie powietrze nosem - Tak, była z bratem i nie wiem kim jeszcze. Pewnie mieli tuzin lokaji i mnóstwo jedzenia ze sobą, którym można by nakarmić na miesiąc całą naszą wioskę. Ach, i mieli samochód. Czemu to Cię tak interesuje? Serio, mówię Ci, nie różnili się od przeciętnych Kapitolińczyków.
Strix: - A ten jej brat... pewnie postawny, złotawe włosy, całkiem przystojny? - pytał dalej, nieco przygaszonym głosem, a jego wzrok opadł z jej oczu w okolice jej ust i brody.
Jasmine: - Tak... ale skąd wiesz? Poza tym nie sądzę, żeby był warty uwagi. Czy się mylę - delikatnym ruchem przesunęłam rękę pod jego podbródek i delikatnie go podniosłam tak, aby spojrzałm na mnie, delikatnie się uśmiechając.
Strix: Spojrzał jej w oczy i zobaczyła w jego spojrzeniu zaskakująco wiele nostalgii. Ciężkie uczucia tak przyciemniły jego oczy, że wydawały się niemalże czarne. Położył swoją dłoń na jej dłoni, jakby chciał ją przytrzymać przy sobie. Drugą koniuszkami palców przejechał po wnętrzu jej dłoni. Następnie strzepnął ręką gwałtownie w bok. Coś zleciało z jego palców, zaiskrzyło miriadą drobnych światełek i na chwilę zapłonęło dziesiątkami kolorowych języczków płomieni. - Pył Feniksa, jak nazywają to górnolotnie. To... - nie dokończył jednak, pokręcił tylko głową i przytulił jej rękę do policzka. - To bardzo niebezpieczni ludzie, lepiej by było jakbyś nie miała już z nimi nic do czynienia - dodał z naciskiem.
Jasmine: - Przecież tylko ją odprowadziłam. Nie miałam przecież zamiaru zaprzyjaźniać się z Kapitolem, czy jego mieszkańcami. Ale przecież nie mogę udawać, że nie istnieją, kiedy każdego dnia czuję ich oddech na placach. Jeśli bym nie odprowadziła Mab, stałabym się po części taka jak oni. Mam swoje zasady i nie ważne kim się jest, ale będę je stosować.. Czy ten.. Pył mnie śledził? - powiedziałam i delikatnie zaczęłam głaskać policzek Strixa. Palce jakby same wędrowały po jego skórze, badając jego fakturę, odtwarzając i przetwarzając każdy, najdrobniejszy szczegół. To z pewnością było coś więcej niż naturalny pociąg do darów. Cokolwiek to było, nie mogłam przestać tego robić. Nie teraz.
Strix: - Nie, nie sądzę. To coś jak żywica, albo pot. Trudno to wyjaśnić bez rozwlekania się... - umilkł na chwilę, zamykając oczy. - Jas? - Odezwał się, nie otwierając ich - Wierzysz w karmę? Los? Odgórne uporządkowanie świata?
Jasmine: - No co ty. Pewnie, że nie. Gdyby tak było, życie nie miało by sensu. Oczywiście niczego nie można wykluczyć, ale los zależy od tego, jak postępujemy.
Strix: - Ale medium uwierzyłaś, że to twoja wina, choć zwyczajnie znalazłaś się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie...? Przepraszam, nie to chciałem powiedzieć - zamilkł na chwilę, zanim nie dodał: A gdyby ktoś ci powiedział, że urodziłaś się w określonym celu? Że cokolwiek nie zrobisz nie zdołasz tego zmienić? Że jesteś tylko pionkiem w jakimś większym planie?
Jasmine: - To powiedziałabym, że jestem wystarczająco silnym pionkiem, żeby to zmienić. Nigdy nie powiedziałam, że uwierzyłam Medium. Moja wina jest tylko taka, że mogłam spróbować uratować Chiroptery. A kto wie, czy wtedy sama bym nie zginęła? Znalazłam się tam, bo chciałam. Chociaż sama siebie zdziwiłam swoim zachowaniem. Ale nie przesadzajmy, los nie mógł mną kierować. Byłam wystarczająco zszokowana pojawieniem się magicznego ducha. A może to po prostu ciekawość. Boję się tego, że nie potrafię tych rzeczy zrozumieć. Może i jest jakiś główny zamysł mocy, która kieruje światem. Ale ludzie są na tyle silni, żeby zmienić swoje przeznaczenie. I nie ważne, czy jest się Podgrzewaczem, czy Czarodziejem. Nasza moc, ukryta jest tu - ujęłam w swoją dłoń prawą rękę Strixa i obejmując ją przyłożyłam ją do swojej klatki piersiowej, gdzie powinno znajdować się moje serce.
Strix: Otworzył oczy i podążył wzrokiem za ich dłońmi. Spojrzał na nia i przez moment wydawało sie, że ją pocałuje. On jednak zachował się bardziej jak stary, dobry Strix. Zrobił wielkie oczy, spojrzał na swoją dłoń, przykrytą ręką łowczyni i odskoczył, niemal się nie przewracając. - Ahahaha! - zaśmiał się nieszczerze. - To prawda, choć myślałem, że dysponujesz taką mądrością. Aha ha. Zrobił dziwną minę, oblizał usta i przeczesał włosy. - O! Przypomniałem sobie! - zaczął szukać czegoś po kieszeni kurtki, swoim zwykłym zwyczajem zmieniając temat. Po chwili wyciągnął z niej dwa niewielkie telefony komórkowe. - Chciałem ci taki dać już dawno, ale wpierw nie miałem skąd wziąć, później nie miałem czasu skonfigurować, nie było okazji... sama rozumiesz. - Podał jej niewielki aparacik. - W twoim jest tylko mój numer, to jedyny z którym się może połączyć. Widzisz, dzisiaj... nie było mnie tam, gdy nie potrzebowałaś - przyznał. - Więc teraz, gdybyś miała kłopoty mogłabyś... no wiesz, zadzwonić. Do mnie. A ja bym odebrał. - Zaplątał się w labiryncie konceptu telefonowania, starając się usilnie nie patrzeć na nią, a w szczególności nie poniżej jej szyi.
Jasmine: - Wątpię, że mógłbyś przebyć w ciągu minuty trzydzieści kilometrów, żeby akurat zjawić się odpowiednim momencie. Chyba, że oprócz telefonu masz jeszcze pod ręką podręczny teleporter - westchnęłam, opuściłam ramiona i spojrzałam w bok, z lekka zażenowana nagłą zmianą jego zachowania. - Wiesz, że lubię, jak to robisz. Znaczy... to z włosami. – dodałam.
Strix: - Myślisz, że dla ciebie bym nie wyczarował takiego teleportera? - trochę się rozluźnił. Przeczesał jeszcze raz włosy z lekkim uśmiechem - Wiesz, czasem chciałbym, żeby wszystko było tak jak jest. Żeby te rozmowy nigdy się nie kończyły, chciałbym... - pokręcił głową. - Ale życie idzie dalej, prawda? Twoje rodzeństwo nie będzie się martwić, że tak długo cię nie ma?
Jasmine: - Dopóki Kapitol istnieje, nic nie będzie takie, jak powinno być. Nikt nie zwróci mi ojca - spuściłam brwi i zacisnęłam pięści - Przepraszam. - uśmiechnęłam się i zamrugałam oczami, żeby odpędzić łzy. - Jenny wie co robić. Może powinnam mieć wyrzuty sumienia, że jej nie pomogłam.. ale jakoś jej to zrekompensuję - znowu na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech - Wiesz, że możesz u nas zostać. Jeśli chcesz.
Strix: - Twój ojciec był wspaniałym człowiekiem. A ja chciałbym... oczywiście, że chciałbym... - było to zaskakująco łatwe do wyobrażenia, zważywszy na ich dotychczasową znajomość. Jasmine wyjątkowo łatwo było sobie wyobrazić jak Strix wpasowuje się gładko w jej rodzinę jak pomaga Jenn przy pracach, albo jak uczy jej braci różnych rzeczy. A nawet jak wspólnie polują, czy robią cokolwiek innego. - Wiesz, że chciałbym. Ale nie mogę. Chciałbym ci wyjaśnić czemu, ale... - pokręcił głową. - Myślałem, że nasze wspólne dni, nasze spotkania będą trwały wiecznie. Ale teraz, gdy Merlin dotarł aż tutaj ... czuję, że wszystko może się zmienić. Nie chcę tego. Nie chcę stracić ciebie, was. Tego miejsca. - Zacisnął usta w cienką kreskę. - Chyba powinienem już iść...
Jasmine: Otworzyłam na moment usta, chcąc wyrazić chociażby cień sprzeciwu. Zapytać o to, skąd zna jego imię. Co ich łączy. - Wiesz, że zawsze znajdziesz schonienie w naszym domu. Nie stracisz mnie. - zmarszczyłam brwi i nabrałam do płuc powietrza, podeszłam do niego i stanęłam na placach, po czym pocałowałam go w policzek - Jeszcze raz dziękuję. Będę czekać - ruszyłam w stronę domu, jednak po chwili odwróciłam się, żeby posłać mu ostatni uśmiech. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego nie może zamieszkać z nami. Nie znałam nikogo, z kim mógłby być chociaż spokrewniony. Chyba miałam jeszcze jakąś płonną nadzieje, że jednak się zdecyduje i pójdzie za mną. Że coś się stanie.

Gdy go mijała, poczuła jak jego palce muskają jej szyję, więc choć nic nie powiedziała. Miała nadzieję, że jednak zmieni zdanie. Jednak gdy się odwróciła jeszcze raz zapraszając go uśmiechem, jego już nie było. Tak po prostu. Mógł wbiec za pagórek, czy schować się za drzewem, czy wtopić w zalegające tu i ówdzie cienie, choc nie było wiele miejsc do skrycia się w promieniu wielu metrów. Bardzo to było do niego podobne. Zerwał się wiatr, przeczesując konary dębów i szarpiąc za włosy łowczyni. Gdy wróciła do domu, usłyszała jak Josh na górze cierpliwie przemawia do jej matki. Z kuchni wyszła Jenny w fartuszku. Miała nietęgą minę.
Jennyfer: - Jas, przyjechał ktoś do ciebie... może uciekaj - dodała spoglądając ukradkiem za okno, choć przecież z zewnątrz nie było widać co się w środku dzieje. I faktycznie od strony podwórka można było wyczuć ciche mruczenie silnika. Nie zwiastowało nic dobrego. W niczym nie przypominało warkotu silnika samochodu Oaka. Ten silnik mruczał cicho i prężnie, maszyna musiała być prawie nowa. I droga jak cholera.
Jasmine: - Kto to? Rozmawiałaś z nimi? Kiedy przyjechali? - powiedziałam przyciszonym szeptem i momentalnie przestawiłam się na percepcję magiczną, chcąc zobaczyć, co kryje się w ciemnościach.
Jenny: - Nie wiem, ale wygląda na kogoś z Kapitolu... chyba była z nim ta mała, pamiętasz ta z którą wrócił Jeremy? Co robimy? - Jenny skulił się troszkę. Kapitol budził w niej mimo wszystko pierwotny strach jaki wpajano zaraz obok bezwzględnego szacunku każdemu obywatelowi Imperium.
Jasmine spojrzała na podwórko innym niż zwykle wzrokiem i od razu musiała zamknąć oczy. Przez jej powieki przebijał się ciepły, słoneczny blask, choć dawno zapadła noc.
Jasmine: Podrapałam się po głowie. To coraz mniej mi się podobało. - Spakuj Jera i mamę. Potem idźcie prosto do Oaka, tyłem. Poinformuj i zabierz po drodze Josha. Ale szybko.. - syknęłam podenerwowana, a sama ruszyłam do swojego pokoju, wyciągnęłam deski, a spod podłogi wyjęłam łuk, który postawiłam obok framugi drzwi kuchni, niezbyt oddalonych od okna, przez które można by się wymknąć. Oczywiście łuk z kołczanem został starannie zawinięty, tak, aby w żadnym przypadku nie przypominał broni.
Jenny: Odłożyła trzymaną w ręce chochlę i rzuciła fartuszkiem na stół, po czym poleciała na paluszkach do pokoju chłopaków po Jeremiego.
Jasmine: Znowu. Po co? Mab. Merlin. Strix. W pośpiechu starałam się zebezpieczyć co wazniejsze rzeczy - pieniądze umieścić w kieszeni przy sobie, cenniejsze przemioty pochować w skrytkach. Dobrze pamiętałam dzień, w którym pojmano ojca. Zbyt dobrze. Wtedy z naszego domu zostały niemal puste ściany. Walczyła we mnie chęć ucieczki i ratowania rodzeństwa i zycia, a z drugiej strony chęć oborny dobytku. Ale jak wielkie szanse miałam przeciw Kapitolowi? Starałam oddychać spokojnie i miarowo. Podeszłam po cichu do ściany od strony "podwórka" i podsunęłam się do okna i próbowałam usłyszeć coś więcej, niż warkot silnika.
Jasmine pochowała na szybko co jej się udało i podeszła do okna. Wyjrzawszy na zewnątrz, wracajac do normalnego wzroku, próbowała rozeznać się w sytuacji. Ich wioski nie starano się zbytnio unowocześniać, przeto mogła liczyć tylko na pojedynczą latarnię stojącą przy ich bramie i dającą jako taki blask na podwórko. Na podwórku stało coś. Było mniejsze niż samochód, ale większe niż motor, poza tym było niesamowicie nowe. Tam, gdzie Jasmine założyła, ze powinny znajdować się koła widać było błekitne blaski, takie ame jak światło dobywające się z czegoś co może było siedzeniem kierowcy a moze już kokpitem. Łowczyni widziała w życiu kilka statków używanych przez armię Imperium, ale czegoś takiego nigdy. A to coś unosiło się nieco nad ziemią. Obok, opierając się o karoserię stał Merlin, do tej pory był to jedyny człowiek w tak intensywnie białym garniturze jakiego poznała myśliwa. Ubranie zdawało się opalizować w półmroku podwórka Kapitolańczyk wydawał się na nią czekać. Rozejrzała się uważnie, ale nie zauważyła żadnych innych jednostek Armii, a nawet nikogo z obsady Garnizonu..
Jasmine: "Merlin tu jest... co robić. Co robić..." Przyajmniej nie było tu Mab. Jednak Jenny o niej wspomniała, a przecież nie widziała Merlina. Czyli musiała tu być. Zmrużyłam oczy, chwyciłam łuk, wsadziłam całość do jednej ze starych toreb, zgarniając przy okazji kilka niepotrzebnych narzut czy prześcieradeł, następnie chwyciłam całość w ręce i wyszłam na zewnątrz. Udawałam, że nie widzę Merlina i skierowałam się w stronę centrum miasteczka. Nie wiem dlaczego. Przecież doskonale wiedziałam, że żaden mieszkaniec miasteczka nie zdoła powstrzymać Czarodzieja z darem.
Merlin: - O, Jas! Hej, Jas! Poczekaj! - No tak, oczekiwanie, że przejdzie niezauważona było raczej płonną nadzieją. Mężczyzna był wyższy i stawiał większe kroki, więc bez problemu się z nią zrównał. Smukła maszyna wydawała się być pozbawiona pilota, jednak uniosła się odrobinę, obróciła i podleciała powolutku za kapitolińczykiem. - Nie było łatwo cię znaleźć! - rzucił, idąc krok w krok z nią i posyłając jej promienny, ładny uśmiech. Czuła promieniujące od niego ciepło, promieniujące przez jej ubranie. Jej zmysł magiczny drżał i niemal wariował tak jak wcześniej, co czuła w całym ciele.
Jasmine: Jedyna szansa.. uciekać. I tak bezpieczniejsza czułam się z darem. Coraz to przeklinałam albo dziękowałam za swoją umiejętność. To dawało mi chociaż minimalne szanse. Ale także ujawniało to, że je mam Przynajmniej w sytuacji zagrożenia życia. Gdyby nie było odwrotu... mój umysł nie pracował normalnie. Odwróciłam się tylko na chwilę i dalej brnęłam do przodu - Fakt, w Dystryktach wszyscy jesteśmy tacy sami... - wypsnęło mi się i zaraz chciałam ugryźć się w język, ale było za późno. - Znaczy.. Przepraszam. Chyba nie potrzebnie zadawałeś sobie trud. Zapewne nie interesują Cię jajka ani ręcznie wyrabiane serwetki. Mam dużo pracy - odpowiedziałam monotonnym głosem, ciągle idąc przed siebie. Ten samochód napawał mnie coraz większym strachem.
Merlin: Zrobił głupią minę, jakby zbity z tropu, ale zaraz odzyskał rezon, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Chodziło mi o to, że tak nagle uciekłaś i... hej, może przystaniesz choć na chwilę? - Chcę tylko pogadać, słowo. I zapewniam cię, że dokogokolwiek niesiesz te prześcieradła po nocy, może poczekać pięć minut. Co ty na to? - położył jej dłoń na ramieniu, żeby przystanęła, a przez jej skórę przetoczyło się ogniste wrażenie.
Jasmine: Stanęłam jak wryta. Odczekałam moment, czując, jak coś magicznego przetacza się przed moje ciało. Grać na zwłokę. "Uciekłam nie bez powodu." pomyślałam i postawiłam wszelkie bariery w gotowość bojową. Tym samym pozwoliłam wewnętrznym trybikom powoli przetwarzać dotyk Merlina. Walczył we mnie pociąg do tych wrodzonych zdolności, a wstręt do obywateli Kapitolu. Przełknęłam ślinę i delikatnie odwróciłam głowę. - Tak? Mama nie pozwala mi rozmawiać z nieznajomymi - palnęłam pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Merlin: - Słuchaj, chciałem tylko spytać cię o tą klamrę, bo myślę, że... hej, dobrze się czujesz? Wyglądasz strasznie blado - musiało minąć dopiero pół minuty od momentu, gdy jej dotknął, a Jasmine już miała zawroty głowy. Jej dar wariował, starając się skopiować obcy wzorzec, czuła mrowienie w całym ciele. Jej umysł i żołądek wypełniały płomienie, oddychała ogniem, a żar rozlewał się po jej kończynach. Jednocześnie czuła się niesamowicie lekka, wypełniona energią, świat zaczął falować niczym w rozgrzanym powietrzu. A głos z oddali zdawał się dopytywać: - Wszystko w porządku? Dziewczyno, powiedz coś!
Jasmine: - Taak, chwileczkę, tylko kręci mi się w głowie - nie wiem czy sama, czy przez działanie magii, zachwiałam się delikatnie tak, aby mnie przypadkiem nie puścił, a przytrzymał. - Tak, broszka, mówiłeś? Nie, to od przyjaciela. Nawet nie wiem, gdzie takie robią. - uśmiechnęłam się teraz, jak pijana i lekko zachichotałam. To uzależniało jak narkotyk. Wiedziałam, że to złe. Co mi to da? Ochronę przed śmiercia w ostatecznej sytuacji? Ale teraz się tym nie przejmowałam. konsekwencje rozpłynęły się w ciągu pierwszych dziesięciu sekund. Jak zawsze. Potem jest tylko ten słodki posmak. Patrząc w głąb siebie mogłam zobaczyć miliony pracujących DNA, które zmieniają się na moje życzenie. Złapałam się za głowę, potarłam delikatnie skroń.
Merlin: Gdy się zatoczyła, Merlin podtrzymał ją przed upadkiem. A jej ciało, mimo postawionych barier, namiętnie spijało jego energię. Nie była zbyt zaawansowana w piciu, ani nawet w kopiowaniu darów innych, ale to uczucie było inne niż dotychczas. Nigdy dotąd nie było tak silne. Zupełnie jakby brała zawody w piciu na czas. Czuła się upojona, jeszcze tylko kilka sekund... - Cokolwiek robisz, lepiej żebyś przestała - przedarł się do jej świadomości głos Merlina, który trochę za późno zaczynał orientować się w sytuacji.
Jasmine: "Szlag" Skupiłam maksimum magonów w jednym punkcie i postarałam odgrodzić świadomość Merlina od mojej własnej. Jednocześnie innym ruchem zamazałam tunele magii, które zapewne wlewały się do mnie każdym miejscem kontaktu. kolejna porcja magii powędrowała do moich dłoni, tak, aby w razie potrzeby przywrzeć nimi do ciała Merlina. To był odwieczny głód. Bestia. Zwierzę. - To Ty do mnie przyszedłeś, moja broszka, po co ją chcesz? - napięłam w sobie wszystkie mięśnie, gotowa w każdej chwili doskoczyć za nim i przytłoczyć całą moją magiczną i fizyczną siłą. Gdyby starczyło czasu, otoczyłam nas cienką barierą, tak, aby w razie potrzeby móc ją wzmocnić i zapobiec ucieczce. Byłam zdolna do wszystkiego.
Merlin: - Broszka...? Klamra, to znaczy... - mruknął mężczyzna w odpowiedzi, trochę już nie w temacie. - Po prostu uważam, że to się źle...
Ale Replica skończyła już dzieło. Ciało Jasmine było wykonane z płynnej magmy. A przynajmniej takie miała wrażenie. A przy tym była lekka jak obłoczek. Widziała jak jej ręce świecą od wewnątrz, jak cała bije wewnetrznym blaskiem i było to bardzo zabawne. Świat drżał i wirował, co było jeszcze zabawniejsze. Próbowała nawet zachować powage, co już było prześmieszne. Jej pakunek buchnął płomieniami i spadł na ziemie zwęglony. Łowczyni poczuła straszne swędzenie w nosie i kichnęła, polewając piach podwórka płynnym ogniem. Nie mogła opanować chichotu.
Merlin: - Och, jej... - zdziwiony mężczyzna, wypuścił ją z rąk, pozwalajac jej się zatoczyć niczym zatankowanemu bombowcowi nad lotniskiem.
Jasmine: - Przepraszam. Poczekasz chwilkę? - wyciągnęłam telefon i postarałam się znaleźć funkcję, dzięki której mogłam zadzwonić do Strixa. Nie mogło to być trudniejsze od obsługi telewizora. Przy okazji zapytałam - To co w końcu z tą broszką? Możesz mi powiedzieć, czemu tak Cię interesuje? - kątem oka spojrzałam na pakunek i zmarszczyłam brwi. Byłam pewna, że jest tam co najmniej jedna rzecz, którą powinnam ratować.
Jasmine wyciągnęła komórkę, otworzyła klapkę i wpatrzyła się w klawisze. Znalezienie numeru Strixa, ba rozróznienie klawiszy nagle urosło do rangi epickiego wyczynu godnego poematów. Musiała być przy tym bardzo, bardzo ostrożna. Kawałek elektroniki wyglądał na zdolny do buchnięcia płomieniami w dowolnym momencie, gdy nie będzie na niego uważać. Zauważyła zabawne błyski pod nogami. To piasek zaczynał się szklić.
Merlin: - Uważam, że jest bardzo ładna i chciałem ją od ciebie kupić. Dobrze zapłacę. Jestem handlarzem biżuterią, pamiętasz? A teraz może sobie usiądziesz...? - Sword uniósł pojednawczo ręce.
Jasmine: - Wrrr - warknęłam i zacisnęłam wolną pięść. Zamknęłam oczy i skupiłam się na swoim wnętrzu. Po powierzchownym, szybkim przeglądzie, zaczęłam stawiać silniejszą barierę skóry, taką, którą nic nie przejdzie. Zaczęłam obudowywać magonami moje magiczne odpowiedniki żył, zaczęłam sama, za pomocą własnego skupienia porządkować je tak, aby nie tworzyły chaosu. Siłą woli ściągałam magony na właściwe miejsca, stawiałam kolejne bariery, budowałam miasto. Miasto, chatkę, która będzie wystarczająco uporządkowana. Która będzie odzwierciedleniem mojej magii. Autostrady i drogi szybkiego ruchu, przejścia dla pieszych i chodniki. Tak, jak uczy się dzieci pierwszych magicznych czynności. Nadmiar magii, której nie byłam w stanie kontrolować wydalałam na zewnątrz w możliwie najmniej aktywnej postaci. Spięłam swoje mięśnie i zaczęłam oddychać głęboko i spokojnie. Coraz mniej podobało mi się otoczenie dookoła mnie. Musiałam to wszystko uporządkować. Teraz.
Jasmine zebrała w sobie całą siłę woli jaką miała... siłę woli... gdzieś tu powinna być. Pamietała, że zostawiała ją właśnie tutaj. Ale nie mogłą jej znaleźć. Zbudowała wokół siebie silną barierę, by nic nie mogło wypłynąć z niej samowolnie na zewnątrz. Efekt był taki, że stanęła w płomieniach. Przez chwilę nie mogła zrozumieć co się z nią dzieje. Czuła tylko jak pełgają po niej płomienie, ale zimniejsze niż ona sama. Bo ona płonęła, była taka gorąca. Musiała mieć milion stopni gorączki. Co najmniej. A potem przyszło jej na myśl: Jeśli spłonie jej ubranie, zostanie naga. Było to głupie, ale nie mogła pozbyć się tej myśli z głowy, męczylo ją to niesamowicie. Wiedziała, ze powinna myśleć o mieście, ładnym, schludnym mieście, choć umykało jej czemu powinna o nim mysleć, ale przed oczami miała tylko siebie, nagą, w środku nocy przy obcym facecie. Żaden dar do tej pory nie znalazł jej, jej ciała i umysłu tak odsłoniętego i bezbronnego. A ona skupiała się, żeby nie spopielić swojego ubrania.
Merlin: - Spokojnie, spokojnie, wszystko jest dobrze... - powiedział, podchodząc do niej ostrożnie. - Już dobrze...
Nic jednak nie było dobrze, wszystko było nie tak jak być powinno. Powinno być miasto! A było, było to coś. I w ogóle chciało jej się wymiotować, ale nie chciała się zbłaźnić. Poza tym kto widział porządną dziewczynę wymiotującą lawą przy obcym facecie? Świat już nie tylko drżał, ale i ciemniał w zastraszającym tempie. No w sumie była noc, to normalne chyba... Jakaś część wewnątrz niej walczyła o zachowanie świadomości, darła się pod czaszką Jasmine i urządzała nieziemską awanturę, ale większa część łowczyni odpływała już w mrok nocy. Albo tylko jej się wydawało.
Jasmine: - MILCZ - ryknęłam w stronę chłopaka, skupiając się jedynie na tym, żeby nie wybuchnąć. -STRIX - wrzasnęłam wkładając w to całą moją moc, magię, czy coś, co jeszcze we mnie zostało. Zagryzałam wargi i wżynałam paznokcie w dłonie. Ból. Ból. To daje motywację, pozwala się utrzymać. Napinała wszelakie mięśnie do granic możliwości. Chwytałam się każdej niematerialnej rzeczy dookoła Wciskałam nogi w podłoże - czy to piasek, czy ziemię. Łokciami mocno przywarłam do ciała. Jeśli jeszcze mogłam. Mocno, ale to bardzo mocno zacisnęłam powieki. Chciałam, żeby czaszka mi eksplodowała. Nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy. Znowu zebrałam wszelkie siły, skumulowane w bólu, nabrałam ognistego, palącego powietrza do płuc i krzyknęłam znowu - STRIX - tak, jak tylko mogłam. Ciepła krew. Parująca krew. Ten zapach. Znała go zbyt dobrze. Zwierzyna.

Ostatnia jasna myśl, walczyła rozpaczliwie o kolejne chwile świadomości. Już nie było jej do śmiechu. Wszystko ją bolało. Dojmujący ból oparzeń, który tylko się wzmocnił, gdy zaczęła się wić na ziemi. Gwiazdy rozbłysły jej pod oczami, ale nie jakieś tam światełka na nocnym niebie. Jej gwiazdy były wielkie, ogniste i pełne nieposkromionego żaru gorejących cielsk materii. Gardło miała wyschnięte na wiór i myślała, że nie uda jej się wydobyć głosu z siebie. Jednak przez zasłonę ciemności usłyszała ryk swojego głosu, do złudzenia przypominający ryk ognia. Wykrzykujący imię Strixa. Ból był już wszystkim co czuła, uczucie wypalenia, przeszywajace jej nerwy w całym ciele. Łzy natychmiast parowały na jej policzkach. Jej ciało było wymęczone i chciało się poddać, chciało tylko, żeby to się już skończyło i jedynie upór, siłą woli i straszny ból utrzymywały umysł Jasmine w całości i świadomości. Czas rozmył się i rozciągnął do wieczności zatopionej w płomieniu, czuła się niczym owad zatopiony w bursztynowym żarze. A potem ktoś trzymał ją w ramionach i coś do niej mówił. Bała się, że to Merlin, ale przez zapach spalenizny przebił się inny: zapach starej skóry, zapach liści butwiejących w leśnym runie, zapach rosy ozdabiającej mech, zapach żywicy spływającej po koronach drzew. Znajomy zapach. Strix po nią przyszedł. Dłużej nie potrafiła się opierać, fala ulgi ją pokonała. Osunęła się w ciemność bez niczego Gdy się obudziła, wydawało jej się, że minęły minuty, ale słońce za oknem było już wysoko. Zaskakujące było to, że czuła się całkiem dobrze... może poza przeszywającym bólem głowy, jak po porządnym kacu. Na szczęście nie miała mdłości. Ubranie na niej też było całe, nigdzie też nie widziała sobie miejscu. Leżała na kamiennym łóżku porośniętym świeżą roślinnością. Pomieszczenie było większe niż jej dom razem wzięty i w całości wykonane było z wygładzonego kamienia, a także całkiem wysokie. Z góry wpadało światło, wprost na szklany żyrandol, który migotał ślicznie. No, może ładniej by to wyglądało, gdyby światło jej nie raziło. Dookoła zobaczyła też inne meble wykonane z tego samego, jednolitego kamienia, jakby starannie wyrzeźbione przez sam czas: kanapy pokryte świeżym mechem, stoliki, krzesła... ciarki ją przeszły gdy zobaczyła siedzących przy stoiku Merlina i Mab, a na drugiej kanapie siedzącego Strixa. Zdaje się, że o czymś rozmawiali, ale rozmowa ucichła, gdy zaczęła się budzić.
Merlin: - Patrzcie, zaczyna się budzić. Trochę szkoda, tak uroczo wyglądała śpiąc...
Mab: - Błagam, nie zaczynaj znowu. Nigdy nie zrozumiem czemu wariujesz przy wszystkim co ma predyspozycje do noszenia sukienki...
Strix: - Moglibyście oboje się uspokoić? Straszycie ją. Znowu - ofuknął ich i podszedł do kanapy Jas z troską w oczach. - Nic ci nie jest? Jak się czujesz?
Jasmine: Spojrzałam na nich, moje oczy urosły do wielkości pokaźnych śliwek, źrenice rozszerzyły się i zaczęły kurczyć. Chwyciłam się najbliższej rzeczy koło mnie, żeby nie upaść. Roli nie grało to, że nie mogłam upaść, siedząc. Tak, teraz najchętniej znowu chciałabym stracić przytomność. Ironia. - AAA! - wrzasnęłam i wytworzyłam wokół siebie najcięższą tarczę, jaką mogłam wytworzyć i cisnęłam najczystszą falą mocy, jaką mogłam przed siebie, nie patrzyłam w co celuję. Szybko rozejrzałam sie po pomieszczeniu i doskoczyłam do najbliższego okna, wypuszczając po drodze kilka oślepiających kul. Jeśli jednak okno byłoby zbyt daleko, uderzam w najbliższą ścianę, starając się zrobić w niej dziurę i wydostać się na zewnątrz. Jak najszybciej. Jak najszybciej.
Jasmine została w ręce garść mchu. Podniosła się szybko i wytworzyła wokół siebie najcięższą barierę magiczną do jakiejs była zdolna. Większość mchu rozpadła się od gęstości magonów, a kamień kanapy pokrył się pajęczyną pęknięć od naprężeń. Cisnęła falą energii na oślep i coś się roztrzaskało. Mab krzyknęła zaskoczona. Na szczęscie dla Jasmine, jedna ze ścian była w całości wykonana z wielkich płyt szkła, więc pobiegła sprintem rzucając za siebie kule pełne oślepiającego światła. Na wpół ślepa dopadła do szklanej tafli. Miała właśnie ja rozbić, gdy jej oszołomiony umysł coś sobie uświadomił. Sceneria nie była taka jaka być powinna. Za oknem widać było wąski, długi balkonik... i wielkie nic. Gdzieś tam w dole widać było strome, górskie stoki, a przed nią rozpościerała się kolorowa panorama Dystryktów i bezkres nieba. No i oczywiście Kapitol, biała plama na horyzoncie. Wyskoczenie stąd prawdopodobnie nie było dobrym pomysłem. Poza tym od tego nagłego wysiłku pogorszyła jej się migrena.
Strix: - A nie mówiłem? Nie mogę uwierzyć w waszą lekkomyślność!
Mab: - Naszą? Khe, khe! To twoja dziewczyna zniszczyła stolik w dzikiej furii...
Strix: - Nieważne... Jas, Jas, posłuchaj mnie. Jesteś bezpieczna. Nikt cię tu nie skrzywdzi. Nie pozwoliłbym na to. Oddychaj powli i spokojnie, dobrze? - poprosił ją, podchodząc powoli bliżej.
Merlin: - Strix ma rację, nie mamy złych zamiarów. Starałem ci się to powiedzieć jeszcze na podwórku, ale nie chciałaś słuchać. Widzisz? Siedzimy tu sobie spokojnie, nic się nie dzieje. Mamy świetną herbatkę.
Mab: - Doprawdy, nie wiem, czemu się obaj tak wysilacie dla tej dziewuchy... - syknęła dziewczynka, otrzepując się z kamiennego pyłu. - Czy ja chowali w stodole? Czy u niej w domy oznaką gościnności jest strzelanie do ludzi i błyskanie im po oczach?
Strix: - Jest po prostu zdezorientowana! - warknął do dziewczynki. - Okaż trochę zrozumienia.
Jasmine: Zacisnęłam kurczowo pięści, a potem odruchowo sięgnęłam po łuk na plecach. Miałam olbrzymią nadzieję, że tam jest. Ale przecież to graniczyło z cudem. Skóra zaczęła mnie mieżwić. Zagryzłam zęby i jeszcze bardziej wytężyłam umysł, żeby wzmocnić barierę - Zabierz mnie stąd, słyszysz? - przecedziłam przez zęby. Nadal stała odwrócona i wpatrywałam się z wściekłością w mapę przede mną. W moim umyśle przebiegło wrażenie nocnego kwiata i lśniących ostrzy przecinających Chiroptery. Miałam swoją teorię. Warknęłam raz jeszcze. Spróbowałam sobie przypomnieć lekcje geografii, gdzie była nasza wioska... Naprężyłam mięśnie i jednym susem wparowałam w mapę dotykając ją palcem w miejscu, gdzie według mnie powinno znajdować się Denwheel. Magony zaszumiały dookoła tego palca i czekały cud.
Łuku oczywiście nie było. Jasmine wpatrzyła się w roztaczający się przed nią widok, ale z powodzi zieleni, beżu i żółci nie mogła wyłuskać, gdzie mógłby znajdować się jej dom. Albo nawet Dystrykt.
Merlin: - Chyba zostałem całkowicie zignorowany, prawda?
Mab: - Na to wygląda, w sumie to pierwszyzna. Może naleje ci to trochę rozumu do głowy?
Merlin: - Nie mądrz się, mała.
Strix: - Dobrze, zabiorę cię stąd, tylko się nie denerwuj. Byłaś w ciężkim stanie, nie wolno ci się przemęczać...
Piękna, szklana tafla eksplodowała pod naporem mocy Jasmine i wyleciała za okno. Dziewczyna wyszła na balkon. Porywisty wiatr uderzył w nią z mocą. Pod sobą miała baaaaardzo dużo przestrzeni. Musiałaby długo lecieć, żeby się zabić od upadku. Białe bałwanki gromadziły się w górskich rozpadlinach pod nimi.
Merlin: - Teraz już czuję się trochę urażony. Napracowałem się nad tym oknem. Dobra, może zrobimy tak... jak usiądziesz tu z nami i chwilę pogawędzisz, odstawimy cię do domu i nikt się o niczym nie dowie? Oczywiście, możesz też wzgardzić naszą gościnnością i do końca życia uciekać po lasach przed oddziałami Armii...
Strix: - Co ty wygadujesz... - wyglądał na autentycznie wstrząśniętego.
Merlin: - Zawsze byłeś za miękki. A to dopiero początek. To jak? Zależy ci na twojej rodzinie, Jasmine? Masz ochotę chować tego uroczego chłopaczka w chaszczach?
Jasmine tworzy pod stopami magiczny dysk kinetyczny i unosi się na nim, wypływając poza krawędź balkonu.
Jasmine: - Nie będziesz mi rozkazywać - ponownie przecedziłam przez zęby - Myślisz, że jak masz pieniądze i moc to możesz rządzić? Mylisz się. Jesteś tak zepsuty jak oni.. - zacisnęłam mocno brwi i ruszyłam powoli do przodu.
Merlin: Szkło zatrzeszczało mu pod nogami, gdy wyszedł na balkon. Dzieliło ich już dobre kilkanaście metrów.
Merlin: - Może się mylę. Może jestem zepsuty. Za to ty świetnie pasowałabyś między kapitolińczyków, których tak nienawidzisz. Wolisz swoje ego i dumę ponad własną rodzinę? Czuję się głęboko rozczarowany.
I w czym to niby jesteś lepsza, atakujac nas bez powodu i obrażając? Straciliśmy chyba czas... a teraz jeszcze będę się źle czuł, bo przez twoją głupotę będę zmuszony wymordować całą mase ludzi.
Strix: - Nie możesz mówić poważnie...
Merlin: - Mab, idziemy, nic tu po nas, skoro nas tu nie chcą.
Mab: - Ale...
Merlin: - Żadnego ale, idziemy...
Jasmine: - Nie znasz Dystryktów. Nas nie pokazują codziennie w telewizji. Nie chodzimy na przyjęcia. Nie bawimy się całe życie. - zamknęłam oczy - I nie masz pojęcia, co to rodzina. Miałeś wszystko, Zawsze. I to Ty do mnie przyszedłeś. Nawet nie wiem, gdzie jestem. Tak, Ty za to myślisz, że jesteś lepszy od pierwszego lepszego porywacza? I... - odwróciłam się gwałtownie i wyciągnęłam z rozmachem rękę przed siebie kierując magony przed siebie - nikogo nie zabijesz z mojego powodu. - Jak chciałam, żeby teraz mój łuk był przy mnie. Co ja wyprawiałam? Obejrzałam pomieszczenie, czy nie zajdę tam czegoś znajomego. Moje oczy błysnęły, zrobiły się złote i znowu powróciły do swojego koloru. - Człowiek sam wybiera, kogo zabija. - warknęłam i przejechałam palcem, chcąc na odległość rozciąć mu skórę w okolicy czoła.
Wiązka magonów uderzyła i przejechała po czole Merlina krzesząc iskry niczym piła tarczowa po kawałku blachy. Nie pozostawiło to śladu na skórze tamtego, za to brew mu wyraźnie zadrgała.
Merlin: Powiedział coś pod nosem zniekształconym głosem. Choć Jasmine nie wiedziała co, na pewno nie było to nic miłego.
- Jeśli już chcesz mnie uszkodzić, powinnaś raczej zrobić coś takiego... - uniósł rękę, wskazując ją palcem, gdy Strix złapał go za nadgarstek.
Strix: - Dość tego!
Merlin: - Puszczaj! - warknął wyszarpując rękę z uścisku. - To wszystko przez ciebie, bo nie umiesz poradzić sobie z własną kobietą. Spojrzał na Jasmine wyraźnie poirytowany.
Merlin: - O, umiesz gadać jak najęta, przyznaję. Ale gówno wiesz o mnie, a właściwie o nas. A że nie masz ochoty słuchać, to chyba już tak zostanie - parsknął pod nosem.
- Chciałem być dla ciebie miły, naprawdę. Myślałem o tobie jako o przyszłej szwagierce. Ale nie. No dobrze. Wyskoczył przez barierkę i stanął na dyskach kinetycznych. Zaczął iść w jej stronę, a dyski pojawiały się pod jego stopami i znikały, gdy z nich zszedł. - Skoro nic co mówię cię nie przekona, to pogadamy inaczej. - Zagwizdał a z jednej z górskich rozpadlin wyleciał złoty pocisk, który przy bliższym obejrzeniu okazał się pojazdem z wczoraj.
Jasmine: - No, pokaż, jaki jesteś. Nie zabijesz mnie? Zniszczyłam Twoją szybę? Szkoda, że ja nie mam domku w górach, do którego mogłabym Cię wywieść. W tym leży Twoja moc? Tak? Oczywiście, że Ty znasz mnie doskonale... Oczywiście, tak. Nigdy nie umierałeś z głodu. Nigdy nie poczujesz tego, co czułam, tego, co czuła moja rodzina! - prychnęłam - Możesz mnie zabić. Po mnie przyjdą tysiące i Cię zniszczą. Przyszedłeś specjalnie. I co, myślisz, że teraz Ci podziękuję, że o mało nie umarałam? Że wywiozłeś mnie w jakieś góry, sto mil od niewiadomokąd i jeszcze chcesz, żebym Ci była wdzięczna? Chyba wyraziłam się dobitnie za pierwszym razem, że sobie tego nie życzę. Po co przyjeżdżałeś po tą broszkę? Po co mnie w ogóle dotykałeś! A jeśli znasz go, to przecież powinieneś wiedzieć! - wskazałam oskarżycielsko na Strixa, a potem, gdy łza spłynęła mi po policzku doszło do mnie znaczenie słów Merlina. Zamrugałam oszołomiona.
Merlin: - Przestałabyś się może w końcu unosić jak rasowa arystokratka?! - warknął do niej, gdy stanęli niemal nos w nos. - Zabrałem cię tu, bo byłaś umierająca i uznałem, że lepiej, żebyś doszła do siebie tu niż w tej wiosce wśród kto wie jak wielu gapiów! A ten dom zrobiliśmy ze Strixem dla ciebie, żebyś nie musiała odmrażać sobie tyłka na kamieniach! - Wzniósł ręce i oczy do nieba. - Słowo daję, nie wiem co on w tobie widzi...
A przyjechałem, bo chciałem cię ostrzec. I nie dotykałbym cię, gdybym wiedział, ze jesteś Replikantem! Skąd mógłbym to wiedzieć? Nie zajmuję się legendami, wyobraź sobie! - oklapł trochę i dyszał z wściekłości przed jej twarzą
Strix: - Przestańcie, oboje zachowujecie się jak dzieci... - Strix wyglądał teraz na zażenowanego cała sprawą. Odwracał wzrok od jej spojrzenia, jakby zawstydzony samą swoją osobą.
Jasmine: - Mogłeś pomyśleć o tym, zamin byłam umierająca.. I wiesz. Jakoś doskonale mi się bez ciebie żyło. Ciekawe dlaczego... - burknęłam i skrzyżowałam ramiona. - I lepiej by mi się odpoczywało pod opieką Jenny, niż nadętego Czarodzieja. Może czasami warto przeczytać te legendy, Feniksie? Szczególnie, jeśli ma się do nich dostęp.. - prychnęłam i odwróciłam wzrok w bok.
Merlin: Wpatrywał się w nią przez chwilę nieco tępo, zanim nie zapytał. - Kto to Jenny?
Strix: - Jej siostra.
Merlin: - Jakaś znana uzdrowicielka?
Strix: - Właściwie to... zielarka - odpowiedział niechętnie.
Merlin: - Zielarka...? Poważnie? - wrócił spojrzeniem do Jasmine. - Byłaś umierająca. Myślisz, że twoja siostra dałaby radę cię uratować? Chciałabyś rozsypać się w proch na jej rękach?
Wyprostował się i spojrzał na nię spod zmarszczonych brwi. - Swoją drogą, jakoś specjalnie się nie wyrywałaś, gdy cię dotknąłem, o ile mnie pamięć nie myli. - dodał dobitnie.
Jasmine: - Jest wystarczająco dobra. - zmrużyłam oczy - Wystarczy, że wyrwałam się pierwszy raz. To powinno dać Ci do myślenia. Jak mnie tak doskonale znasz, to dlaczego nie masz pojęcia, jak się czuję przy dotykaniu osób z darem? Hę? - podniosłam jedną brew do góry.
Merlin: - Nigdy nie twierdziłem, że cię znam, po prostu oceniałem cię po tym jak się zachowywałaś...
Mab: - Dobra, dość tego! - przerwała bratu. Stanęła na balkonie i rozejrzała się dookoła. Następnie wspięła się ostrożnie na balustradę. Przed nią zamajaczyła ścieżka, wiodąca do Jas i Merlina, na którą ostrożnie weszła i poczęła iść w ich kierunku. - W ten sposób nigdy do niczego nie dojdziemy. Tak, jesteśmy z Kapitolu. Nie, nie jesteśmy twoimi wrogami. Przynajmniej nie w tej chwili - dodała zupełnie szczerze. - Za to mamy ci do przekazania kilka rzeczy. Dotyczących ciebie, twojej rodziny. Twojego ojca. Nie jestem w stanie tego powiedzieć w dwóch słowach. Możesz wiec wrócić do mieszkania, pogadamy, napijemy się herbatki, a potem cię odstawimy do domu. Nikomu włos z głowy nie spadnie. Możesz też próbować wrócić do domu, ale w twoim stanie to co najmniej głupie. Cokolwiek jednak postanowisz, nie stójcie jak idioci trzy kilometry nad ziemią, co? - dziewczynka spojrzała w dół, zachwiała się i odzyskała równowagę. Odetchnęła, głęboko jakby opanowując strach. - W każdym razie, mężczyźni niech przestaną się rzucać i posprzątają ten bałagan, a ty chodź ze mną do łazienki. - Rozmazałaś się, musisz upudrować nosek - rzuciła, choć przecież Jas nie nosiła makijażu. Mab wyglądała jednak na zdeterminowaną. Chwyciła łowczynię za rękę i pociągnęła z powrotem do mieszkania powłasnej ścieżce. Dotyk dwóch osób z barierami postawionymi w stan gotowości nie przypominał dotyku drugiej osoby, raczej uścisk dwóch szklanych posągów. Dziewczynka nie miała też dość siły, żeby pociągnąć za sobą wyższą dziewczynę, ale gdy opadła pierwsza fala adrenaliny, Hide zalała fala mdłości. Wróciła migrena. Być może takie nagłe przeciążanie ciała i umysłu nie było zbyt dobrym pomysłemzaraz po przebudzeniu. Zapewne nie odzyskała jeszcze pełni sił po tamtym zajściu na podwórku.
Jasmine: nie jestesmy wrogami, ale jak mnie jeszcze raz dotkniesz, to tego pożałujesz". Zaczynałam zachowywać się jak Strix. Albo jak Mab. Ale przecież to ona pierwsza sama nie chciała być prowadzona. Czemu teraz ja mam jej tego użyczyć. Wypuściłam jeszcze powietrze nosem, prychając i mrużąc oczy ruszyłam przed siebie.
Mab: Obejrzała się za siebie, po czym wzruszyła ramionami i wywróciła oczami, jak ktoś nie majacy ochoty użerać się z krnąbrnym dzieckiem. Bez daleszego ociągania poszła przodem do środka, rozkładając przy tym ręce na boki, niczym linoskoczek, mimo że ścieżka była dość szeroka i wydawała się stabilna.
Dziewczyny po kolei zeszły na balkon i przeszły przez pokój, mijajac stolik roztrzaskany w drobny mak. W głębi pomieszczenia, po przeciwnej stronie niż okna, znajdował się niewielki korytarzyk. Pomieszczenie po prawej przypominało spichlerz, czy inną kuchnię, ale Mab skierowała się na lewo. Spore drzwi z nieprzezroczystego, chropowatego szkła, były osadzone wprost w skale, w specjalnych rowkach. Nie wygladało na to, żeby dziecko było w stanie je przesunąć, ale dziewczyna nie miała z tym problemów. Gdy szklane odrzwia chowały się w ścianie, Jasmine zauważyła, ze rowki posmarowano jakimś smarem, czy żelem, ciężko było ocenić. Środek wyłożono nie zwykłym kamieniem, ale malachitem. Ustawiono tu też toaletę i umywalkę z nefrytu, obie z bieżącą wodą. Niemal całą boczną ścianę zajmowało lustro z polerowanego srebra, podzielonego tak, że między pęknięciami płynęła woda do umywalki. Na suficie umieszczono kolejny świetlik, który choć słaby, sprawiał, że wszystko błyszczało i mieniło się naturalnym blaskiem. Widok w lustrze nie prezentował się korzystnie. Jas była strasznie blada, niemal niczym śmierć na nogach. Wciąż też czuła się fatalnie, ale przystopowanie z wydzielaniem mocy zdawało się pomagać.
Mab: - Znaleźliśmy trochę żył w tym miejscu, to skorzystaliśmy. Pożyczyliśmy sobie też źródełko... - powiedziała zasuwając drzwi za nimi. - Ładnie tu, nie? - zagaiła, choć czas na uprzejmą konwersację już dawno minął.
Jasmine: - Taaak? I serio uważasz, że to wszystko - machnęłam ręką przed siebie wskazując na wystrój łazienki - jest potrzebne? Może właśnie to jest powód, dla którego nigdy was nie zrozumiem.. – westchnęłam i poszukałam jakiegoś kosza, stołka i oparcia, po czym usiadłam na nim i westchnęłam.
Jas znalazła dwa stołki, jakby wyrzeźbione wprost w drewnie, a nie zbudowane, porośnięte tym samym, świeżym mchem co kanapy i opadła na jeden. Mab wdrapała się na coś, co w lepszym życiu mogłoby być komódką na ubrania jej matki. Tyle, że tak ładnych mebli nie było w Dystrykcie Roli, a nawet jakby były, nikt nie mógłby sobie na nie pozwolić.
Mab: - Nie wiem, czy potrzebne, ale ładne. Mnie się tam podoba. Bije na głowe poprzednie miejsca, gdzie mieszkaliśmy. - Dziewczynka zaczęła machać nóżkami. - Poza tym, to głównie chłopcy robili. Na początku chcieliśmy tylko mieć gdzie cię położyć i pogadać bez wścibskich oczu. Strix nalegał na coś skromnego, ale potem zaczęła się jakaś głupia rywalizacja... - pokręciła głową w stylu "kto zrozumie mężczyzn?". - W każdym razie... nie planujesz nic wobec mojego brata, prawda?
Jasmine: - Ładne, ładne... zepsute. - spuściłam głowę i zaczęłam wiercić stopą w podłodze - A niby co mam zrobić? Otruć go, kiedy nikt nie będzie widział? Daruj sobie... - znowu parsknęłam.
Mab: - Nie, nie, chodziło mi... to znaczy... czy będziecie się calować i inne obrzydlistwa - sprostowała nie patrząc na łowczynię.
Jasmine: Parsknęłam słabym śmiechem, a potem pokręciłam głową - Chodzi Ci o Strixa, tak? - zagłębiłam się w swój umysł i nie zobaczyłam nic. To nie była dobra chwila. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. - Nie wiem. Może jego powinnaś zapytać? - wzruszyłam ramionami.
Mab: - Nie, nie, Strix nie jest moim bratem - dziewczynka pokręciła głową. - Mówiłam o Merlinie. Od kiedy jesteśmy w drodze widzę jak zaczyna głupieć przy kobietach... jak one głupieją przy nim. Zastanawiałam się, czy na ciebie też padło, czy możemy to... odłożyć i mieć za sobą - Mab wydawała się skrępowana rozmawiając o swoim bracie w ten sposób.
Jasmine: - To o co chodziło z tym... - potarłam skroń i stęknęłam - To w takim razie nie wiem, skąd Ci to przyszło do głowy. Ale w takim razie... o co chodziło Merlinowi ze szwagierką?
Mab: - To nie takie proste do wytłumaczenia. Poza tym było to jeszcze przed moim czasem, więc wiem tyle ile powiedział mi Merlin. Myślę, że oni będą w stanie lepiej to wyjaśnić. W każdym razie Strix nie jest prawdziwym bratem Merlina, ale wychowali się razem. Byli bardzo blisko, z tego co zrozumiałam. Więc mimo, że nie mają tej samej krwi, od zawsze uważali się za braci. – dziewczynka westchnęła z ulgą. - Ale cieszę się, że nie jesteś taka... no, to skoro mamy to za sobą... - zeskoczyła z komódki. - Lepiej się czujesz? Wracamy? Czy masz jakieś inne pytania póki jesteśmy tylko we dwie?
Jasmine: - Strix w ogóle mi nic nie mówi. Przynajmniej o sobie. I nie chcę wracać. Serio. Nie pasuję do tego. - powiedziałam, nadal trzymając wzrok utkwiony w podłodze.
Mab: - No nie powiem, żeby mnie to specjalnie dziwiło. Nie chce, żebyś uznała go za dziwoląga. Potwora. A wnioskując po twoim nastawieniu do Kapitolu znalazło by się jeszcze kilka powodów - westchnęła. - To już nie moje miejsce, żeby się nad tym rozwodzić. Ja nie mam nic przeciwko, ale Merlin zgodził się nie wgłębiać w nasze korzenie, więc przypuszczam, że skupi się na tym, o czym przyszliśmy ci powiedzieć, zanim okazało się, że jest tu Strix. O twoim ojcu i brzemieniu jakie ci zostawił. Reszty będziesz musiała się dowiedzieć od Strixa, chyba, że przemówisz mu do rozsądku. - Zamyśliła się na chwile. - Choć z drugiej strony, nie wiem, czy naprawdę chciałabyś znać prawdę. To nic pięknego.
Jasmine: - Wy do mnie? Mój ojciec nie żyje. I nie chcę do tego wracać. Mam już wystarczająco zmartwień, czy nie możecie po prostu zostawić mnie w spokoju? - podniosłam wzrok na Mab i zmarszczyłam czoło w zmęczonym spojrzeniu.
Mab: - Owszem, nie żyje. Ale to co ci zostawił w spadku może być niebezpieczne. Moglibyśmy zostawić cię w spokoju, ale to nie zmienia faktu, że nosisz ze sobą technomagiczny odpwiednik bomby, prawda? Możesz żyć w nieświadomości, ale ten przedmiot będzie kontynuował oddziaływanie na twoje otoczenie. Twoją rodzinę. Co już pewnie robi od dłuższego czasu. Uznaliśmy, że powinnaś wiedzieć co nosisz, zanim coś się stanie tobie, albo twoim bliskim. Powiedz jeśli się mylę, ale nigdy nie dziwiło cię, że ty, córka praktycznie Podgrzewaczy, posiadasz potencjał magiczny równy komuś z 12stki? Niskiemu rangą, niedoświadczonemu czlonkowi, ale zawsze. Nigdy cię to nie zastanowiło?
Jasmine: Zmarszczyłam brwi. - Niee, chyba faktycznie mnie z kimś pomyliliście. Przecież Dwunastka jest odpowiednio selekcjonowana grupa. Poza tym, gdyby było tak jak mówisz, dawno wylądowałabym w Armii.. - pokręciłam raz jeszcze głową.
Mab: - O tak, magiczny chów wsobny. Ale niekoniecznie byś wylądowała w Armii. Nie jest specjalną tajemnicą dla nas, że Dzicy ukrywają dzieciaki z potencjałem jak tylko mogą. Szczególnie na prowincji, z daleka od Kapitolu, gdzie łatwiej im działać. Zresztą jestem pewna, że twój ojciec wiedział jak o to zadbać... chociaż... - dziewczynka nagle się zamyśliła. - Twój ojciec mógł kryć ciebie, zresztą przypuszczam, że twój potencjał rozwinął do obecnego poziomu dopiero po otrzymaniu artefaktu. Ale to nie wyjaśnia twojego brata... hmm, najwidoczniej Dzicy wciąż wam pomagają. Zastanów się nad tym w wolnej chwili, jak już sobie uporządkujesz to wszystko. I może wciąż mi nie ufasz, ale radzę ci skorzystać z szansy, póki ją masz. To może być jedyny raz, kiedy możemy swobodnie pogadać, coś ci wyjaśnić. Żyjemy na całkiem krótkiej smyczy, jeden raz, jeden dzień jeszcze uda się jakoś zatuszować, ale następne spotkanie... po prostu ci radzę: stłum na razie swoje uczucia do nas, zamknij je w klatce póki nie odstawimy cię do domu. Druga taka okazja może ci się już nie nadążyć, a to co ci powiemy może kiedyś uratować ci życie. - Albo Jeremiemu. Albo Jenny. Albo temu twojemu drugiemu bratu. Uznaj, że nas wykorzystujesz, jeśli ci to pomoże - dodała.
Jasmine: - Dobrze. Ale musisz mi odpowiedzieć na dwa pytania. Jaki interes macie Wy, że pomagacie mi. I czy Strix jest z Kapitolu. - ściągnęłam brwi i wbiłam wzrok w Mab.
Mab: - Nie wszyscy kapitolińczycy pałają miłością do Imperium - zaczęła, ale rozmyśliła się w połowie zdania, najwyraźniej uznając, że taki argument nie wystarczy. - Powiedzmy, że bardzo wielu ludzi chciałoby położyć łapska na tym artefakcie. Bardzo wielu złych ludzi. Ludzi, którzy, gdyby im się udało, uczyniliby z tego miejsca koszmar, przy jakim Imperium wyda ci się przyjemnym snem. Możesz w to nie wierzyć, ale nie zależy nam na tym. A Strix... tak, jest z Kapitolu. Tak jak ty jesteś z Dystryktów. Żadne z nas nie wybierało, gdzie się urodziło. - dziewczynka wzruszyła ramionami. Jasmine: - Świat jest bardziej skomplikowany, niż się wydaje, Mab. Mimo, że jesteś bardzo mądra na swój wiek to wierz mi, ja też co nie co wiem. A czemu mam wierzyć, że to wy nie chcecie wykorzystać tego artefaktu? Przekonaj mnie - podniosłam jedną brew i zamknęłam oczy, żeby równie szybko je otworzyć.
Mab: - Sam fakt, że wciąż masz go na sobie musi ci wystarczyć. Mamy za zadanie go odzyskać. Musimy to polecenie wykonać. To, że rozmawiamy sobie spokojnie i nikt cię nie okradł to zasługa jedynie szczegółów. Wiemy, że masz go na sobie, ale nie wiemy jak to wygląda. Na tej podstawie operujemy. Więc jeśli wiesz, to niech cię wszyscy świeci bronią przed mówieniem nam. Nie ukrywam, że jesteś ode mnie silniejsza i mimo, że jestem lepiej wyszkolona mogłabym nie dać ci rady, ale Merlin zamiecie tobą podłogę. Miej to na uwadze, nie mamy wyboru w tej kwestii. - Odetchnęła głęboko.
Jasmine: Wybuchłam wariackim śmiechem - Czyli przyszliście mi zabrać ten artefakt, a jeszcze tylko żyję, bo nie wiecie jak wygląda? Szczegóły.. I myślicie, że jak mnie wywieźliście na drugi koniec kraju, to powiem wam o co chodzi, bo zechcę chronić swoją rodzinę? Ich też zabraliście? - zmarszczyłam brwi, mój wzrok błysną nutką wściekłości.
Mab: Westchnęła ciężko. - Myślałam, że przez to już przechodziliśmy. Tak, naszą misją jest odzyskanie tego artefaktu. Tak, wiemy, że masz go przy sobie. Nie, nie wiemy jak wygląda. Ale nie potrzebujemy od wiedzy o nim. Gdyby Merlin cię przeszukał, znalazłby to o co nam chodzi. A wtedy musielibyśmy cię zabić i ci to zabrać. Myślisz, że tego chcemy? Że ja tego chce? Że mi się to podoba? Myślisz, że po co zastrzegam, żebyś nam "nie mówiła", nawet jeśli wiesz co to jest. Chyba, że masz skłonności samobójcze. A twojej rodziny nie widzieliśmy wtedy, wiec albo zostali w domu, albo uciekli.
Jasmine: - To co po tu przyszliście? Będziecie udawać świętych i grać na dwa fornty? I o co chodzi z tym ... chowem wsobnym?
Mab: - Gramy na zwłokę, ile możemy. Nie możemy się sprzeciwić, wiec używamy wszystkich sztuczek jakich możemy - Mab wzruszyła ramionami. - Nie jestem święta, ale nie jestem głupia, ani nie chcę się poddawać bez walki. A... no tak. Chów wsobny - pokiwała głową. - Czyli to co praktykują wielkie rody. Oczywiście zdarzają się dobrzy czarodzieje ni z tego ni z owego, ale najłatwiej i najpewniej „hodować" czarodziei przez krzyżowanie już istniejących. Plus trochę technomagii, oczywiście, ale to w ten sposób wielkie rody gwarantują sobie miejsce w Dwunastce - i Radzie. Nie zawsze działa, ale lepsze dla nich to niż polowanie na odpowiednią osobę wśród populacji. No i oczywiście taka krzyżówka ma właściwą krew i pochodzenie, co nie jest bez znaczenia dla rozgrywek politycznych… Przypuszczam, że nie mówi się o tym zbyt szeroko - wzruszyła ramionami.
Jasmine: - Czyli kim jestem? Krzyżówką stworzoną za pomocą technomagii? W jakim celu, chcesz mi powiedzieć, że jacyś Dzicy mną kierują?
Mab: - Tego nie wiem, ale nie przypuszczam. Twoi rodzice nie byli czarodziejami, wiec to mało prawdopodobne. I nie wiem, czy ktoś tobą kieruje... możliwe, że Dzikim wystarcza, że Kapitol dostał o jednego czarodzieja mniej, a może coś planują nie mam pojęcia, nie zajmowałam się tym tematem.
Jasmine: - Czyli ona miała rację? - zapytałam bardziej siebie, niż Mab, po czym potrząsnęłam głową - Dlaczego zawsze wszystko musi sie psuć. - mruknęłam - Mam dość. Poddaję się. Jestem już zmęczona – oparłam głowę o nadgarstek i napięłam mięśnie.
Mab: - No... może to trochę za dużo jak na jeden raz. Pójdę przygotować jakieś przekąski, zjemy i zabierzemy cię do domu, dobrze? - spytała, po czym skierowała się do wyjścia z łazienki.
Jasmine: - Tak, tak chyba będzie dobrze. - potarłam raz jeszcze skroń i podniosłam wzrok na Mab, wahając się przez chwilę - Dziękuję. - szepnęłam.
Mab skinęła krótko głową, po czym wyszła, zasuwając grube szkło za sobą. Jasmine słyszała jej przytłumiony głos i ktoś do niej dołączył, zapewne Merlin. Dwie sylwetki przesunęły się za szkłem i zniknęły po drugiej stronie, wchodząc zapewne do spiżarni/kuchni przygotować obiecane kanapki. Łowczyni została sama z własnymi myślami.
Jasmine: Przeczesałam jeszcze raz włosy i w pewnym momencie jedynie zanurzyłam w nich palce i oparłam się na nich, trzymając się za głowę. Zamknęłam oczy i zajrzałam do środka siebie. Kiedyś trzeba było to zrobić. Zwolniłam oddech, starałam się zsynchronizować swoje ciało, uspokoić.
Chwila odpoczynku z pewnością była pomocna. Kilka minut medytacji pozwoliło dziewczynie na odzyskanie kontroli nad sobą, stłumiło też mdłości i migrenę. Nawet poczuła się autentycznie głodna, w końcu ostatni posiłek jadła grube godziny temu. Drzwi rozsunęły się i dziewczynka zajrzała do środka.
Mab: - Chodź, wszystko gotowe - powiedziała, idąc pierwsza do pokoju.
Gdy Jasmine zajrzała z powrotem do mieszkanka, nie było śladu po zniszczeniach. Stoik został naprawiony, tak samo jak okna. Na stoiku postawiono talerze i szklanki - oczywiście szklane. Kanapki były bardzo proste, ot pajda chleba z kawałkiem szynki i sałatą. Niektóre posolono inne popieprzono, parę było czystych. Ze szklanek unosił się parujący aromat herbaty. Pr
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sob Wrz 08, 2012 7:37 pm

Jasmine: - To w takim razie powiedz mi coś, czego jeszcze nie wiem - odłożyłam kanapkę na bok i oparłam się rękami na stoliku, po czym na moich ustach pojawił się złowieszczy uśmiech.
Merlin: Odwzajemnił się przesłodzonym uśmiechem i uniósł rękę do góry, odliczając na palcach. - Będę zgadywał, więc uzupełnij sobie luki we własnym zakresie. Czarodzieje pojawiający się w twoim życiu - uniósł jeden palec - jak choćby my. Może jakieś niezwykłe przedmioty w twoim posiadaniu. Chociażby sama Sfera - uniósł drugi - niezwykłe wydarzenia, może obudzone bardzo stare dary, kto wie - uniósł trzeci - Jesteś Replikantem? Kiedy ostatnio słyszano o jakimś? W legendach sprzed dwóch tysięcy lat o dopplegangerach i innych szkaradztwach? Poza tym to nie dotyczy tylko ciebie, ale całego twojego otoczenia, ludzi z którymi przebywasz, twojej rodziny... szczerze mówiąc nie mamy pojęcia jaki to ma zasięg, czy konsekwencje, nikt nam nie zostawił instrukcji obsługi - wzruszył ramionami. - Problem w tym, że nie ma żadnego sposobu by to powstrzymać. Musisz być więc bardzo uważna i ostrożna. Taka ilość magii w jednym miejscu, nawet uśpiona, z pewnością jest dość potężna by naginać prawa świata. Niezłe kanapki, nie? Mab robiła - pochwalił, biorąc kolejną.
Jasmine: - Świetnie. A gdzie w tym cudownym planie powstrzymania zagłady leży moja rola? Bo rozumiem, że niedopuszczenie innych do... jak to nazwałeś?.. sfery? nie leży w moich kompetencjach? – chwilowo zignorowałam próbę zmiany tematu i uwagę dotyczącą kanapek.
Merlin: - Właściwie to leży tylko i wyłącznie w twoich kompetencjach. Mab ci mówiła, że nie możesz nam jej oddać? Świetnie. - Popukał się w czoło. - Zostaliśmy uwarunkowani. Nie mamy wyboru. Ty masz. Oczywiście wyrzucenie tego byle gdzie, czy zakopanie jest dość kiepskim pomysłem. Sfera przetrwała zagładę Europy, więc nie sądzę, że parę grud ziemi będzie miało jakiś wpływ. To tylko teoria, ale myślę, że ona przyciąga do siebie ludzi. Ktoś ją wcześniej czy później znajdzie. Jak znam życie, ktoś mniej kompetentny niż ty. Jak więc widzisz, nie mamy gotowej odpowiedzi, możemy ci tylko powiedzieć jak jest. Co z tym zrobisz... to już twoje. Ale jeśli już miałbym coś osądzać, to sądzę, że Sfera trafiła do ciebie z jakiegoś powodu. Może więc w rzeczywistości, tylko ty możesz coś z tym zrobić? - rozłożył ręce.
Jasmine: - A was ściągnęła tu pośrednio, czy bezpośrednio? Dzięki za ostrzeżenie, ale nie mając recepty, prawdę mówiąc nie wiele mi pomogłeś. - prychnęłam i wróciłam do konsumowania posiłku.
Zapadła chwilowa cisza przerywana jedynie gryzieniem, popijaniem i połykaniem.
Gdy już wszystkie kanapki zawędrowały do żołądków, a cała herbata została wypita, przyszedł czas pożegnania.
Mab: - A więc... zgodnie z obietnicą. - Wstała i podeszła do okna. Teraz się rozsuwało jak drzwi łazienki. - Verne! - zawołała.
Przed balkonem zawisł ten sam, złoty pojazd który widziała u siebie przed domem. Wielkością przypominał niewielki samochód, przodem połączenie motocykla z odrzutowcem, chociaż tył był bardziej rozbudowany, by pomieścić dwójkę ludzi, a może dodatkowy bagaż. Całość miała opływowe kształty, a u dołu widoczny był błękitny poblask.
Merlin: - Zapraszamy do karocy - powiedział wstając razem ze Strixem. - Verne, przywitaj się grzecznie.
Verne: [Dzień dobry, panienko Jasmine] odezwał się męski głos z pojazdu.
Jasmine: - Witaj.. - powiedziałam lekko zdziwiona i zmarszczyłam brwi. Na pewno to coś nie było podobne do samochodu Oaka. Jednak ostrożnie, badając wszystko do drodze i chcąc zapamiętać jak najwięcej informacji usadowiłam się na wskazanym siedzeniu.
Verne: [Proszę się odprężyć i zrelaksować, podróż będzie komfortowa] zapewnił głos, gdy się wsadowiała z tyłu.
Fotele były obite skórą i naprawdę wygodne. Zdało jej się nawet, że dostosowują się do jej anatomii. Obok usiadł Strix, ale nie spoglądał na nią, a za okno. Pojazd nie miał dachu, ale ścianki z tyłu były wyżej niż ich głowy. Merlin usiadł za kierownicą a Mab za nim, obejmując go w pasie. Z swojego miejsca Jas widziała panel sterowniczy, który bardziej przypominał pulpit sterowniczy niż kierownicę czy drążek. Merlin wsadził ręce w dwa zagłębienia po bokach panelu.
Merlin: - Gotowi? No to lecimy!
Pojazd zaczął się wznosić, odkręcił się od ściany góry, a następnie pomknął przed siebie. Przyśpieszenie było odczuwane minimalnie, ale za oknem łowczyni mogła dostrzec jak świat rozmywa się od prędkości. Za sobą, za oknem, widziała potężny łańcuch górski, przed chwilą jeszcze niemal nieskończony w swojej masywności, szybko zmniejszający się w oddali.
Merlin: - Powinniśmy być na miejscu za jakieś pół godziny - rzucił przez ramię. - Gdy będziemy się zbliżać, wlecimy do góry, żeby nie alarmować ludzi - dodał.
Jasmine: Miałam olbrzymią ochotę porozmawiać ze Strixem na osobności. Miałam go po dziurki w nosie. Blisko tak bardzo, jak Merlina. - Gdzie są moje rzeczy? - rzuciłam do niego, dalej patrząc tępo przed siebie.
Strix: - Twoje rzeczy...? - spytał odwracając się do niej na chwilę bez błysku zrozumienia w oczach. - Wszystko masz na sobie...
Jasmine: Pogrzebałam przez chwilę w kieszeni w poszukiwaniu telefonu. Potem sprawdziłam, czy mam przy sobie łuk. Chyba aż tak dużego niedopatrzenia nie spodziewałabym się po sobie.
Telefon faktycznie tkwił wciśnięty głęboko do kieszeni kurtki, choć nie pamiętała jak się tam znalazł. Łuku oczywiście nie było, zauważyłaby go dawno temu.
Jasmine: - Ale paczka, dla Magde.. - westchnęłam i spojrzałam w dół - gdzie ona teraz jest?
Strix: - Paczka? Jaka paczka? - zdziwił się - Gdy do ciebie dotarłem, nie miałaś żadnej...
Merlin: - Spaliła się! - rzucił odwracając głowę - Pamiętasz? Spopieliłaś ją. Puf.
Jasmine: - Nie prawda. Nie mogłam. - gwałtownie wstałam i zaczęłam ciężko oddychać - Rozumiesz, to niemożliwe. Gdzie ona jest? - z trudem powstrzymywałam się od wrzasku.
Merlin: - No, przykro mi, ale wątpię, żeby coś z niej zostało. Promieniowałaś kilkoma tysiącami stopni Celsjusza... wszystko dookoła się zwęgliło. Resztki pewnie gdzieś tam leżą, jak chcesz poszukać...
Strix: - Hej, spokojnie, cokolwiek tam jej niosłaś, z pewnością możesz odkupić...
Jasmine: Nie wiem, czy Strix znał to spojrzenie, ale gdy moje oczy powędrowały w jego kierunku, musiało być w nich coś bardziej przerażającego niż jego najgorszy koszmar. Moja twarz promieniowała bólem, gniewem, rozczarowaniem i determinacją w jednym momencie. Bezmyślni. Skupiłam się na przestrzeni dookoła. - Strix, znasz jakiegoś dobrego telepatę? Albo findera? Nie wiem. Gdzieś. Blisko. Tutaj. Szybko. – mój wzrok nagle zaczął tętnić paniką i strachem, zmarszczyłam brwi w bezsilności.
Strix: Zmarszczył brwi, a potem wybauszył oczy, najwyraźniej zaskoczony nagłą zmianą w zachowaniu dziewczyny. Położył jej ręce na ramionach i posadził na fotelu, tym razem spoglądając w oczy.
Strix: - Co tam było takiego? Jeśli mi nie powiesz, nie mogę ci pomóc. Muszę wiedzieć kogo i do czego szukać - dodał dobitnie, starannie wymawiając każde słowo.
Jasmine: Moje usta niemo i powoli wymówiły słowo "łuk", a oczy pewnie niemal się zaszkliły. Zacisnęłam mocno żeby i przetarłam noc. Postanowiłam się nie rozklejać. Ale tego było stanowczo za dużo.
Strix: W jego oczach pojawiło się zrozumienie. Pojął o co jej chodzi. W końcu. O dziwo uśmiechnął się pocieszająco. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Nic się nie martw. - Wstał ze swojego siedzenia. Wspiął się na schodek oddzielający kokpit od przestrzeni pasażerskiej/bagażowej... i przeskoczył przez barierkę Vernea. Przeleciał za oknem i zniknął w mlecznobiałym paśmie zasłaniającym obecnie półowę widoku. Musieli lecieć już kilka kilometrów nad powierzchnią ziemi, skoro pojawiły się chmury.
Merlin: - Ech, popisuje się... - parsknął. - Mab, przeskocz no do tyłu, co?
Mab: - No dobra - powiedziała przełażąc do tylu i siadając na miejscu Strixa.
Jasmine: - Co... co on zrobił? - byłam jeszcze bardziej zszokowana niż wcześniej. I jeszcze zostawił mnie z tą dwójką. Nie, żebym teraz miała do niego mniej pretensji, bo mógł mnie chociaż uprzedzić, ale jednak. - Możesz przyspieszyć? Chcę jednak zobaczyć te szczątki - mruknęłam po chwili.
Mab: - Spokojnie - Mab pochyliła się w jej stronę. - Pamiętasz co mówiłam o potworach? Ci dwaj nie umrą, nawet jak ich zabijesz.
Merlin: - Słyszałem to! No dobra, Verne, jeśli wejdziemy na dwadzieścia tysięcy metrów to jakie przyśpieszenie możesz zrekompensować?
Verne: [Od 5 do 8 zależnie od kompozycji powietrza, paniczu Merlinie]
Merlin: - No i świetnie, tak zróbmy. Trzymajcie się tam, co? - Verne poderwał nos w pomknął w górę, ewidentnie przyśpieszając.
Wpadli w szarą powłokę chmur. Powinno ich zalać, ale coś musiało sprawiając, że woda nie dostawała się do środka, możliwe że to samo coś co rekompensowało przyśpieszenie i wysokość pojazdu.
Merlin: - Nie no, to jest zupełnie nieodpowiednia sceneria... wyżej, wyżej!
Kontynuowali wspinaczkę, coraz szybciej i szybciej, aż chmury rozstąpiły się nagle i zalało ich światło słońca. Morze chmur zostało tuż pod nimi, uciekając z taką szybkością, że wydawało się jednolitym krajobrazem. Lecieli w ciepłych promieniach słońca na jakiejś niewyobrażalnej wysokości i nie mniej zatrważającej prędkości, nad morzem powietrznych baranków. Gdyby w rzadkich prześwitach Jasmine nie widziała bardzo odległej ziemi, być może nawet nie wierzyłaby w to co się dzieje.
Merlin: - Ładnie tu, no nie? Dzięki temu ludzie na ziemi nas nie usłyszą, a my będziemy na miejscu za... za ile, Verne?
Verne: [3 minuty 43 sekundy, paniczu Merlinie]
Jasmine: - Jasne. Od początku wiedziałam, że wywiezienie mnie to nie był dobry pomysł. Niech się tylko coś stanie... - mruknęłam jakby pod siebie i tępo wpatrywałam się przed siebie, jeśli takowe istniało. Co jakiś czas zagłębiałam się w środek siebie i próbowałam uporządkować sprawy wewnątrz, przygotować organizm do kolejnego wysiłku. Oby nie było za późno. - Ile spałam? - zapytałam, puszczając pytanie niemal w próżnię.
Merlin: - Hmm... przyszliśmy do ciebie koło jedenastej w nocy, a obudziłaś się trochę po jedenastej w dzień, więc jakoś koło 12h. No dobrze, teraz będziemy hamować... - Pojazd zaczął wyraźnie zwalniać, aż w końcu się zatrzymał w powietrzu. - No dobra, jesteśmy na miejscu, jeszcze tylko zejście za ziemię... schodzimy...
Ponownie wpadli w chmury, ale był to kontrolowany spadek, nie lecenie jak kamień. Opadali przez jakąś minutę zanim biały puch wypuścił ich z objęć. W dole pojawiło się bardzo wiele ziemi. Panorama Dystryktu Roli widziana z góry.
Opadli za ich domkiem, od mało widocznej publicznie strony, od strony wzgórza, pól i lasu. Zanim jeszcze byli w pełni na ziemi, Jasmine już wyskoczyła i zaczęła biec w stronę własnego podwórka. Obiegła dom i prawie wpadła na Strixa, idącego w stronę Vernea.
Strix: - Widzisz, mówiłem, że wszystko w porządku. Proszę - powiedział, podając jej jej łuk. Nienaruszony. Choć jeśli bliżej się przyjrzeć, można było dostrzec kilka ciemniejszych smug, których tam wcześniej nie było.
Merlin: Verne zawrócił, obleciał dom i pochylił się bokiem ku nim. - Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się w lepszych okolicznościach. Ale, że w to wątpię, to mam nadzieję, że prędko się nie spotkamy. Więc bywajcie. Jasmine. Braciszku.
Verne zaczął się wznosić i Jas widziała jeszcze Mab stojącą przy barierce i machająca im, a potem byli już tylko złotym odbłyskiem na niebie.
Jasmine: Delikatnie wzięłam łuk w ręce i przejechałam palcami po łęczysku. Uśmiechnęłam się i podniosłam rękę w kierunku odjeżdżających. Poczułam jakąś ulgę. - Idę go sprawdzić. Chcesz? - spojrzałam na Strixa i kiwnęłam głową w stronę lasu.
Strix: Widziała jak się przez chwile waha, ale skinął głową. - Pewnie.
Obeszli dom, pagórek z drzewem i ruszyli przez pola w kierunku strumienia i lasu.
Jasmine: Zanim udałam się w stronę lasu, weszłam jeszcze do domu, mówiąc Joshowi albo Jenny, że wyjaśnię wszystko później. Gdyby nikogo nie było - zostawiam odpowiednią karteczkę na stole w kuchni. Następnie szukam kilku zapasowych strzał, które być może gdzieś zostawiłam w domu i udaję się do lasu. Broń oczywiście odpowiednio owijam jakąś starą narzutą. Gdy dojdziemy na skraj lasu, wspinam się na dąb i przez moment obserwuję teren. Kto wie, czy kłusownicy nadal nie buszują w tych stronach.
W domu nikogo nie było, więc Jas zostawiła stosowną karteczkę. Strzały, które zabrała ze sobą wieczorem się spaliły, ale wzięła resztę ze schowka pod podłogą. Po dotarciu do znanego sobie dębu, dziewczyna wspięła się na niego i obejrzała okolicę, tym razem jednak nikogo nie wypatrzyła. Ziemia i las były mokre, świeże jak po nocnym deszczu, musiało więc padać. Był to jeden z tych momentów, kiedy wydawało się, że poza nimi nie ma nikogo na świecie, co zdarzało się dość rzadko.
Jasmine: Zeskoczyłam zręcznie z drzewa i stanęłam przy Strixie. Nałożyłam jedną strzałę i wycelowałam w pola obok. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? - słowa wypłynęły z moich ust kiedy mierzyłam w dal.
Część pół była już zaorana, większość leżała odłogiem, a wszystkie dawały świetne pole widzenia. Miała przed sobą, przed czubkiem strzały większość widocznego Denwheel po obu stronach jej domu.
Strix: - Nie chciałem, żebyś mnie znienawidziła. Chciałem móc być przy tobie. Bałem się. Wciąż się boję. - powiedział niechętnie, jakby słowa były wyciągane z jego krtani wraz z pękiem haczyków rybackich.
Jasmine: - Najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa. Nawet białego. - ściągnęłam strzałę z cięciwy - Wiedziałeś, że przyjdą. Ja ich nie doceniłam. - pchnęłam w łuk wiązkę mocy i poczekałam na reakcję.
Strix: - Nie mówiłabyś tak, gdybyś ją znała - przełknął ślinę - Merlin to tylko cząstka, fragment... i nie miałem pojęcia, że przyjdą, choć pewnie powinienem się tego spodziewać. Ale odsuwałem to od siebie. Pewnie miałem nadzieje, że jak nie będę o tym myślał, to to wszysko zniknie. Ale byłem naiwny, nie można uciec od swojej przeszłości... - westchnął.
Łuk zareagował tak samo żywo jak zawsze, jego kolor się zmienił, pociemniał, nabrał metalicznego blasku. Zmieniła się także faktura pod palcami łowczyni. Żłobienia nabrały delikatnego, błękitnego poblasku.
Jasmine: Podniosłam z ziemi kamień wielkości pół pięści i rzuciłam przed siebie, następnie pociągnęłam pustą cięciwę i za chwilę w miejscu strzały pojawiła się złoto-niebieska strużka, która zasyczała. Momentalnie wycelowałam w wyrzonony cel i puściłam cięciwę. - Od dzisiaj zamierzam regularnie trenować. Nie pozwolę się drugi raz zaskoczyć. Jak chcesz, możesz mi pomóc - uśmiechnęłam się radośnie, chociaż wewnątrz mnie panował mrok bliski duszy Strixa.
Kamień poszybował po łuku, a złoto-błękitna pręga pofrunęła za nim. Spotkały się z sykiem, zostawiajac w powietrzu chmurkę pyłu i drobnych odłamków.
Strix: - W strzelaniu z łuku? Niby jak? Jesteś w tym lepsza ode mnie, nie mam wątpliwości co do tego.
Jasmine: - Ale nie umiem wielu innych rzeczy. Eksperymentowałeś z magią? Spójrz.. - opuściłam łuk na wysokość biodra i zamknęłam oczy. Skupiłam się na swojej wewnętrznej mocy i pozwoliłam jej płynąć w równych odstępach, strużkami po ziemi, aż do pewnego miejsca lekko oddalonego od nas. Następnie gwałtownie otworzyłam oczy, nowa magia spłynęła z boku i utworzyła schodek tarczy. Odbiłam się jedną nogą od ziemi, drugą od schodka. W tym momencie rozkazałam magii, która na początku we mnie wypłynęła, aby uderzyła równymi pierścieniami go góry, jednak jedynie o części mocy. Starałam się wszystko odpowiednio zsynchronizować. Tak, abym znalazła się nad pierścieniami, kiedy pierwszy dotrze do mojego ciała. Widząc przed sobą wiązkę energii, oplatam magiczną energią swoją pięść i tworzę pewnego rodzaju tarczę, w której magony mają moment spinowy zwrócony w tą samą stronę, następnie naginam swoją wolę, zamykam oczy i uderzam pięścią w nadlatujące pierścienie. Mam nadzieję, że moje dziania zmienią kierunek magii w pierścieniach i z dodatkową siłą zdołam je scentralizować w samym środku okręgu. Po całej akcji ląduje po drugiej stronie i obserwuję efekty.
Jasmine wybiła się wprost na unoszące się ku niej kręgi magii. Zacisnęła pięść i uderzyła w nie ręką przyobleczoną w warstwę magonów. Kręgi uderzyły w jej pięść, zafalowały, zlały się ze sobą i pomknęły przed siebie z nową siłą. Całość uderzyła w taflę strumienia niczym pocisk ciężkiego kalibru, wybijając fontannę wody. Jej krople zrosiły pola w promieniu kilkudziesięciu metrów. Dziewczyna opadła na ziemię i podniosła się na nogi.
Strix: - Nieźle, jesteś lepsza niż zapamiętałem z ostatniego razu - pochwalił. - Tylko uważaj, w ten sposób możesz sobie złamać rękę - ostrzegł zaraz.
Jasmine: - Dzięki. Polowania robią swoje, ale mi nie wystarczą. Uczyłeś się kiedyś sztuk walki? - spojrzałam na niego.
Strix: - Uczono mnie - przyznał niechętnie. - Tak jak teorii i praktyki magii, historii, podstaw medycyny... uczono mnie wielu rzeczy.
Jasmine: - To może pokażesz mi parę kopnięć? - uśmiechnęłam się i wysunęłam jedno kopnięcie proste z boku. Poczułam jak magia przeszywa moje ciało, ciepły strumień przepływa przez żyły, aby na koniuszkach palców uwolnić się w postaci magicznego ognia. - Sekwencje byłyby o wiele lepsze... - mruknęłam z przekąsem.
Strix: - Tu i teraz? - roześmiał się. - Przede wszystkim, lepiej zrobisz, jeśli użyjesz swojej magii, żeby chronić własne ciało niż zadawać dodatkowe obrażenia. To co zaprezentowałaś, to kopnięcie boczne, najsilniejsze kopnięcie do jakiego zdolny jest człowiek. Z podstawowych mamy jeszcze proste i skrętne - pokazał jej, żeby przy prostym, nogę wyrzucała do przodu, a przy skrętnym stawiała się pod kątem. - Ważniejsze od samego kopania jest zachowanie umiejętnej postawy i utrzymanie równowagi. Stopy równolegle do siebie, nie za blisko, ale nie za daleko. Kolana lekko ugięte, dobrze jeśli ugniesz je trochę do środka - mówił wciaż demonstrując. Widocznie się rozluźnił. - Na początku może być ci trudno zachować taką postawę, ale ułatwia ona zachowanie równowagi. Dodatkowo kopiąc masz trzy strefy uderzenia: nogi, korpus i głowę. Oczywiście trafienie w głowę jest najgorsze dla przeciwnika, ale też najtrudniejszym, bo cel jest mniejszy, a jak przeciwnik ma trochę doświadczenia, może przechwycić twoją nogę i cię przewrócić... - mówił dalej.
Jasmine: - Ale chroniąc swoje ciało zużyję więcej magii, niż gdybym wykorzystała ją na niszczenie tarczy wroga. - zauważyłam, a następnie postarałam się powtórzyć kopnięcia przedstawione przez Strixa. Ciągle uważnie słuchałam jego słów, raz po raz powtarzając pokazane wcześniej techniki. Często starałam się zgrać swoją magię z ciałem i naturalnie uwalniać ją z ciała wraz z ciosami. To powinno pomóc zaoszczędzić mi siły woli do dalszych ataków. Jeśli ciało płynnie działa, zużycie magii powinno być mniejsze. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Strix: - Z twoim potencjałem nie musisz się obawiać wyczerpania zapasów przed większością wrogów, a jak sobie coś złamiesz z pewnością ci to nie pomoże - zauważył - a gdybyś spotkała kogoś silniejszego to rozsądniej byłoby uciekać niż w ogóle z nim walczyć, prawda? A wracając do kopnięć, dobrze ci idzie, masz ładny przepływ magii. Z technicznego punktu widzenia samo uderzeni nie jest najważniejsze, najważniejsze jest płynne uniesienie i wyrzucenie nogi w pożądanym kierunku. A potem powrót do pozycji wyjściowej. Są jeszcze podcięcia, kopnięcia z obrotu i różne inne, ale to wszystko efektownie wygląda na filmach, a w praktyce nie jest wcale lepsze od podstawowych ruchów, za to trudniejsze do opanowania. Jeśli będziesz ćwiczyć podstawy, na pewno więcej na tym skorzystasz niż wgłębiając się w niewiadomo co. Twoje ciało musi się przyzwyczaić, no i przede wszystkim nabrać odpowiedniej kondycji. Żadna technika ci nie pomoże, jeśli będziesz wyraźnie słabsza od przeciwnika. Myślę, że to tyle i ile można się nauczyć na jeden raz. Powinnaś też zająć się rękami, myślę, że dużo bardziej się przydają, jeśli ktoś chce cię zajść od tyłu, niż kopnięcia. Dla przykładu oczywiście - spojrzał na nią i chyba nagle zdał sobie sprawę, że nawija jak idiota o sztukach walki od dobrych dziesięciu minut, pomagając jej się ustawiać w sposób w jaki zwykle jej w ogóle nie dotykał.
Jasmine: - Ale mnie chodzi właśnie o to, żeby móc zmierzyć się z silniejszym przeciwnikiem. Wygrać nie siłą, a techniką i sprytem. Poza tym, wtedy można sobie też poradzić z większą liczbą przeciwników. Merlin chlusnął na mnie wiadro zimnej wody. Jeśli mam obronić rodzinę, muszę być przygotowana. Nawet na to, że będę walczyć z kimś z Dwunastki - zamilkłam na chwilę i zastanowiłam się. Byłam tak zdeterminowana , że mogłabym z chcęcia zmieść połowę Armii Kapitolu. Czemu Strix chciał uciekać? Ucieczka nic nie dała. Znalazł mnie. Teraz nie mogę uciekać. Muszę walczyć. - Nie, jeszcze trochę. Nie jestem zmęczona - dodałam i kontynuowałam wyprowadzanie kopnięć.
Strix: - Och, daj spokój, Merlin nie jest nawet... nie jest twoim przeciętnym przeciwnikiem. Nie możesz ustawiać go sobie za poprzeczkę, bo oszalejesz, albo się rozchorujesz z przemęczenia - pokręcił głową. - Jasne, technika i spryt składają się na twoją ogólną siłę i są jej częścią tak samo jak siła fizyczna - przyznał po chwili, obserwując jej starania i co jakiś czas coś poprawiając. - Ale musisz spojrzeć prawdzie w oczy. Są na tym świecie ludzie... czy istoty... i jeśli staniesz im na drodze, może cię to kosztować życie. Przykro mi to mówić, ale taka jest prawda - dodał.
Jasmine: - Zawsze byłeś takim pesymistą? Niech tylko spotkają mnie, to skopię im tyłki. - uśmiechnęłam się łobuzersko - Poza tym muszę pilnować tej Sfery. Intuicja mi podpowiada, że muszę się przygotować na wszystko. Merlin mówił, że będę wiedziała, co robię. Więc to robię. Wygórowane ambicje jeszcze nigdy mi nie zaszkodziły - powiedziałam w lekceważący sposób, znowu się uśmiechnęłam. - Magia kryje tyle tajemnic. Pamiętasz te legendy, o których opowiadał mi ojciec? Albo chociaż tą o kielichu Ra'zah? - spojrzałam na niego i zatoczyłam rękami dookoła - Jeśli już widzę magię, to muszę to wykorzystać. Nie ma rzeczy niemożliwych. Inaczej nadal siedzielibyśmy w jaskiniach. - powiedziałam i prychnęłam.
Strix: - Dopiero od kiedy przeszłość zaczęła mnie gryźć po piętach i świat zaczął mi się walić na głowę - parsknął. - O tak, pamiętam. Ale to nie legenda. Kielich istnieje. Przeklęta rzecz, możesz mi wierzyć - dodał już jakby do siebie. - Nie zrozum mnie źle - dodał po chwili - ufam, że wiesz co robisz. Wiem i rozumiem, że chcesz chronić swoją rodzinę. Po prostu nie podoba mi się myśl, że będziesz się narażać... Poza tym nikt nie jest w stanie sam stawić czoła światu, nawet Merlin, czy ja. Świat jest za duży, za... - pokręcił głową i rozłożył ręce.
Jasmine: - Skromniś.. A ja wierzę, że dopóki iskra dobra płonie w ludziach, wszystko jest możliwe. Nie zdołasz mnie przez wszystkim ochronić. Tak jak przed Merlinem. Nie koniecznie ja muszę się narażać. To świat może narazić mnie. I stracę życie, kiedy będę nieprzygotowana. W sumie... czy od treningów ktoś umarł? Czy to Ty boisz się, że będę od Ciebie lepsza? - spojrzałam na niego krytycznie i roześmiałam się radośnie.

Strix: - Możliwe, że nie zdołam. Co nie znaczy, że bym nie chciał... - westchnął. - Umrzeć może nie, ale nabawić się kontuzji można. Jutro też jest dzień, chyba, że się przetrenujesz i będziesz musiała
Strix: leczyć kontuzję - pogroził jej palcem. - I nie mam tak wielkiego ego, żeby się obawiać, że będziesz lepsza. Przyjąłbym to z ulgą, wreszcie to ty musiałabyś się martwić o mnie, a ja mógłbym urządzać
Strix: sobie przechadzki po lesie - pokazał jej język.
Jasmine: - Patrzcie, jaki mądrala. Jeszcze mnie śledzi.. - powiedziałam do powietrza, zatrzymałam się na chwilę, po czym rzuciłam na niego w ręką magonów w rękach, którymi chciałam dotknąć jedo brzucha i
Jasmine: wywołać magiczne łaskotanie w jego ciele.
Strix: Parsknął, złapał się za brzuch i zaczął śmiać. - Hej, przestań... ha, ha, no już... nie zasłużyłem sobie... Jas, no! - jęknął, nie przestając się śmiać.
Jasmine: - Zasłużyłeś! - powiedziałam śmiejąc się. - Ach, gdyby taka magia mogła rozwinąć wszystkie problemy. - przestałam, ale wzrokiem dałam Strixowi do zrozumienia, że zaraz mogę zacząć ponownie.
Strix: - Magia nie może rozwiązać problemów - powiedział, ocierając łzy. - Bo magia to tylko narzędzie. Problemy tworzą ludzie i tylko ludzie mogą je rozwiązać. Znowu zabrzmiało jakbym się wymądrzał, prawda?
Strix: Znowu się roześmiał, tym razem już bez jej pomocy. - Powinniśmy to częściej robić, wiesz?
Jasmine: - Już dawno zapomniałam, jak to się robi. Jejć, nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio męczyłam łaskotkami Jenny... to musiało być przed śmiercią ojca - westchnęłam, ale po chwili znów się uśmiechnęłam –
Jasmine: Zachowujesz się jak filozof. Kurczę, musisz mieć w domu dużo książek..
Strix: - Nie, właściwie to prawie wcale nie mam... nigdy u mnie nie byłaś, prawda? No tak, głupio pytam. Nigdy cię nie zapraszałem - opadł do tyłu na trawę. - Jak chcesz to mogę cię kiedyś zaprowadzić i
Strix: oprowadzić. Żadna ekstrawagancja, ale żebracy nie mogą być wybredni. Miejsce jest... ustronne, na czym mi zależało najbardziej - przyznał. - Nie po to uciekałem z Kapitolu, żeby od razu dać się złapać
Jasmine: - Przecież zawsze mogłeś mnie o coś poprosić. Może wyglądam na biedną, ale chyba nie na wychudzoną. I pieniędzy też nam wystarcza. Na pewno nie uszczupliłbyś naszego budżetu - uśmiechnęłam się i
Jasmine: usiadłam koło niego - Uważasz, że Merlin wrócił do Kapitolu? I wiesz, czym jest Sfera? - spojrzałam na niego znacząco, nagle zmieniajac temat.
Strix: - Zwykle nie mam wiele czasu na czytanie... - odpowiedział wymijająco, po czym skinął głowa. - Myślę, że będą to rozwlekać ile zdołają, ale skoro już zlokalizowali Sferę, to będą musieli wrócić.
Strix: - Albo do ciebie albo do Kapitolu. Prędzej czy później.
Strix: - Wiem tyle ile musiałem wiedzieć, żeby efektywnie działać. Sfera Słońca jest artefaktem technomagicznym, stworzonym jeszcze przed wojną, jednym z niewielu które przetrwały. Ma też inne nazwy, jak
Strix: Sfera Ognia, Sfera Feniks, czy Ra'elei. Mówi ci to coś?
Jasmine: - Feniks kojarzy mi się tylko z Merlinem.. no i słowami medium, że ktoś.. ja? Zostałam naznaczona? Merlin interesował się tym.. - sięgnęłam po złotą spinkę i obejrzałam ją dokładnie - prezent od Matta
Jasmine: myślisz, że może mieć z tym coś wspólnego? - zmarszczyłam brwi i posłałam trochę swobonych magonów, żeby wirowały wokół broszki, potem odbijały się od niej. - Nie wiem..
Jasmine: - Feniks kojarzy mi się tylko z Merlinem.. no i słowami medium, że ktoś.. ja? Zostałam naznaczona? Merlin interesował się tym.. - sięgnęłam po złotą spinkę i obejrzałam ją dokładnie –
Jasmine: yślisz, że może mieć z tym coś wspólnego? - zmarszczyłam brwi i posłałam trochę swobonych magonów, żeby wirowały wokół broszki, potem odbijały się od niej. - Nie wiem..
Jasmine: sięgnęłam po złotą klamrę i obejrzałam ją dokładnie
Strix: - Nie mam pojęcia, słyszałem, że Sfera jest metamorficzna, wiec twój ojciec mógł zmienić ją w cokolwiek. Równie dobrze w każdy kamień na tym czy tamtym polu. Ale jeśli Merlin mówi, że masz ją na sobie
Strix: - To masz ją na sobie. Słusznie ci się z nim kojarzy. Widzisz, to czym jest Sfera, to co o niej wiem... no cóż, myślę, że to ma wiele wspólnego z samą istotą ludzkości. To dość długa historia. Chcesz
Strix: jej słuchać? Czy masz dość po dzisiejszych atrakcjach? Przypuszczam, że możesz mieć dość ludzi próbujących ci wyłożyć "najprawszą prawdę" - przyznał.
Jasmine: Odpięłam również swoją spinkę z dystryktem - Nie wiem nawet, z jakiego jest kamienia. Istotą ludzkości... jest dusza. - uśmiechnęłam się - wątpię, żeby to był znaczek Dystryktu Roli. Poza tym mam go
Jasmine: od Matta. A wiadomo, co robi ta Sfera? - zaczęłam unosić w powietrzu to klarmę, to spinkę, bawiąc się nimi i poróbując je jakoś połączyć.
Strix: - Ach, Matt. Pamiętam go. Byli wielkimi przyjaciółmi z twoim ojcem, przynajmniej do tamtego dnia... - westchnął. - Sfera jest częścią, połówką zestawu. O ile dobrze pamiętam pasywnie zbiera energię,
Strix: ale aktywnie ma inną funkcję. Coś jak... urządzenie sterownicze można powiedzieć. Albo zabezpieczenie jeśli wolisz. Bez niej nie można efektywnie używać drugiego, silniejszego artefaktu.
Strix: - Myślę... myślę, że być może mógłbym ci wskazać, czy któraś z tych to Sfera. Może żadna. O ile chcesz to wiedzieć. Myślę, że czasami lepiej nie wiedzieć - dodał jakby mimochodem.
-: Jasmine patrzyła i porównywała oba kawałki biużuterii ale nie widziała w nich nic niezwykłego. Wyglądały tak samo jak zawsze. Pozwoliłą im zderzyć się lekko w powietrzu, ale bez rezultatu. Jeśli
-: faktycznie były artefaktami technomagicznymi - znaczy się jedno z nich - to nie reagowały tak jak jej łuk.
Jasmine: - Nie, sama się dowiem. Zobaczysz, że nie jestem taka bezużyteczna magicznie - uśmiechnęłam się raz jeszcze. - Ale jeśli wiesz coś ciekawego, to możesz mi opowiedzieć. - Położyłam się na plecach i
Jasmine: spojrzałam na słońcę. Sfera. Podniosłam następnie to jeden, to drugi przedmiot i patrzyłam na niego w promieniach słońca, leżąc na plecach. Obracałam je w rękach i co jakiś czas marszczyłam brwi.
Strix: - Nigdy nie twierdziłem, że jesteś bezużyteczna. Wręcz przeciwnie, na palcach jednej ręki możnaby policzć wolnych czarodzieji o twoich zdolnościach. Nie wspominajac o darze. - Zamilkł na chwilę.
Strix: - Coś ciekawego? No cóż, jest pewna historia. Historia o chłopcu. Widzisz, gdy chłopiec był mały, zabrano go z jego rodzinnego domu. Był tak mały, że nie pamietał nawet swoich rodziców. Zamknięto go w
Strix: pewnym miejscu i tam trzymano przez lata. Nie miał tam źle, karmiono go, ubierano, uczono, nikt go nie bił. Ale było mu tam bardzo źle. Zmuszano go do rzeczy jakich nie chciał robić i robiono mu
Strix: rzeczy, których nie chciał, żeby mu robiono. Chłopiec stał się bardzo zamknięty w sobie. Czuł się jak w więzieniu, nikt go nie kochał, nikt go nie lubił, nigdy nie czuł w życiu ciepła. Stał się bardzo
Strix: złym, nienawistnym chłopcem, żywiącym pretensje do całego świata o swój los. A potem... potem dostrzegł swoją szansę żeby się stamtąd wydostać, żeby być wolnym. I żeby to dostać zrobił coś strasznego,
Strix: coś czego potem nigdy nie mógł sobie darować. Bo widzisz, gdy go zabrano od matki, uczyniono go potworem, ale jego serce wciąż było ludzkie. Jednak tracąc wszelkie uczucia do ludzi poza nienawiścią,
Strix: traktując innych jak przedmioty, a wreszcie robiąc iście potworną rzecz, naprawde stał się potworem. Ale był za glupi, żeby to zrozumieć. Dopiero później, gdy poznał kogoś przeciwnego, zupełnie
Strix: odmiennego od niego, zrozumiał co zrobił. Spotkał osobę pełną życia i miłości do świata, która mimo trudów nigdy się nie poddawała i nie użalała nad sobą. Wtedy dopiero dotarło do niego co zrobił i
Strix: czym się stał, jak bardzo oddalił się od tego czym chciał być, a czym ostatecznie wzgardził. Zrozumiał, że nie będzie dla niego przebaczenia, bo choćby cały świat mu wybaczył, on sam sobie nigdy nie
Strix: daruje. Bo nie był już człowiekiem, a potworem. - zakończył. - Ciekawa historia? - spytał, wpatrując się w chmury.
-: Słuchając Strixa, Jasmine bawiła się oboma przedmiotami, podkładając je pod promienie słońca pod różnymi kątami, ale nic się nie działo. Jednak, gdy przesunęła broszą tuż pod złotą tarczą, wydało jej
-: sie, że coś zobaczyła. Jakby błysk podążający tuż za naturalnym błyskiem światła w półprzeźroczystym kamieniu. Gdyby intensywnie nie szukała, nigdy by tego nie zauważyła. Nawet teraz nie była pewna,
-: czy w ogóle cokolwiek zauważyła. Było to ledwie mgnienie, być może iluzja. Jednak coś w jej wnetrzu, może jej zmysł magiczny, a może zwykłą kobieca intuicja, podpowiadała jej, że się nie myli. Coś
-: widziała. Przesunęła broszą jeszcze kilkukrotnie wprost pod słońcem, ale zjawisko się nie powtórzyło.
Jasmine: - Na pewno smutna. I jeśli dostanie się szanse, to każdą winę można odkupić. Ktoś mi powiedział, że świat nie jest czarno-biały. I nie wszystko wydaje się tym, czym jest naprawdę. – zawiesiłam
Jasmine: przedmioty w powietrzu i spojrzałam w niebo - Łuk się znalazł, ale nie znasz kogoś, kto potrafi namierzać ludzi? Chętnie bym się dowiedziała, gdzie kilku się podziewa.. Myślisz, że byłabym w stanie
Jasmine: sama zmienić strukturę swojego ciała bez potrzeby cielesnego kontaktu? Mogłabym tworzyć dar?
Strix: - Może i tak, ale nawet jak większość rzeczy tkwi gdzieś w odcieniach szarości, to pewne rzeczy wciąż są czarne lub białe. Pewne zasady obowiązują. Nie da się cofnąć czasu. Nie da się wskrzesić
Strix: zmarłych. Tego co się stało nie da się już cofnąć.
Strix: - O tak, znam, aż za dobrze, ale niestety wątpię, żeby śledczy Kapitolu chcieli nam pomóc. - Spojrzał na nią dla odmiany przekornie. - Choć zawsze możesz użyć swojego czaru i ich przekonać. Wiesz,
Strix: rozwalić parę rzeczy, wybić kilka okien... - zaśmiał się.
Strix: - Nie wiem, to wykracza poza moją wiedzę. Przypuszczam, że tak, jeśli ćwiczyłabyś dostatecznie długo, ale nie jestem pewien. Nie wiem też czy byś chciała - powiedział z powątpiewaniem - Twój dar
Strix: polega na kopiowaniu darów innych ludzi, nie tworzeniu nowych. Trudno oczekiwać od kopiarki artystycznej twórczości, więc nawet jeśli by ci się udało, efekty mogłyby być dalekie od twoich oczekiwań.
Strix: - Mimo wszystko to chyba możliwe. Mój dar wywołano inwazyjnie i działa, ale... nie życzyłbym tego najgorszemu wrogowi. To nic przyjemnego - wzruszył ramionami.
Jasmine: - Kserokopiarka też się czasami buntuje. Prawdę mówiąc, gdyby jakiś trzon śledczy przebywał w Dystrykcie Roli, to nie wiem, ale może wypadałoby złożyć im wizytę. Zawsze pociągała mnie partyzantka.. –
Jasmine: zaśmiałam się - A z Tobą... to co jak z chowem wsobnym? Co oni tam robią? Czego chcą?
Strix: - Ale wtedy raczej się psuje niż rozpoczyna karierę artystyczną - zaśmiał się, ale potem zamilkł na chwilę, zastanawiając się.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sob Wrz 08, 2012 7:38 pm

Strix: - Powiedziałaś, że istotą ludzkości jest jej dusza. Jednak dusza, którą ja widziałem była całkiem zepsuta przez chciwość i żądzę władzy. Ja... - zabrakło mu słów. - Moi rodzice byli z jednego z
Strix: wielkich rodów - przyznał. - Byłem ich piątym dzieckiem, słabym, o niskim potencjale magicznym. Ledwo klasyfikowałem się na czarodzieja, co jest porażką dla kogoś o "czystej krwi" - parychnął.
Strix: - Ale są inne rzeczy do których można wykorzystać takie dziecko. Oddano mnie więc do ośrodka badawczego. Przetestowano mnie. Testy wyszły pozytywnie. Klasyfikowałem się do ich badań. A potem...
Strix: - urwał jakby nie wiedział co powiedzieć. Albo jak to powiedzieć.
Jasmine: - Nie musisz o tym myśleć. Nie mów. - powiedziałam i poszukałam jego ręki, po czym ją uścisnęłam. Przed chwilę nie odzywałam się, zbierając myśli. To cud, że Kapitolinki chcą rodzić dzieci. Pięcioro?
Jasmine: Ilu z nich to przyrodnie rodzeństwo? Wolałam się nad tym nie zastanawiać. - Co, myślisz, co się teraz stanie? Mówiłeś, że po przybyciu Merlina nigdy nie będzie tak, jak dawniej. Mam na coś uważać?
Strix: Uścisnął jej rękę, z wdzięcznością. - Dzięki.
Strix: - No cóż, są rzeczy i rzeczy - powiedział niejasno. - Zamaskowaliśmy nasze spotkanie jak się dało. Oficjalnie wczoraj była tu burza. On może się tłumaczyć naszym starciem, taktycznym odwrotem, co da
Strix: nam trochę czasu. A poza tym? Kto wie? Po prostu nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszystko zaczęło wpadać na swoje miejsca, że za naszymi plecami zaczęła działać jakaś machina, wiesz?
Strix: - Mogę się też mylić, ale... myślę, że dla nas wszystkich najlepiej będzie jak wrócimy do normalnego życia. Połączonego z małym szkoleniem. Oczywiście pomalutku, szczególnie teraz nie chciałabyś
Strix: zwracać na siebie uwagi. Pamiętasz co ci mówiłem o Pyle Feniksa? - spytał.
Jasmine: - No tak - westchnęłam - ale nie zamierzam pozostać przy małym szkoleniu. Las jest duży, przecież i tak nikt mnie nie zauważy. Połączę treningi z polowaniem, w nocy
Jasmine: mogę trenować kontrolę w piwnicy, którą uprzątnął Josh. Mam nadzieję, że Jenny mnie zrozumie i mi pomoże. - zamyśliłam się na chwilę, rozważając różny rozkład grafiku, przynajmniej wstępnie.
Jasmine: - Wiesz.. podejrzewam, że moje życie nigdy nie będzie takie, jak wcześniej. Ale postaram się stważać pozory wcześniejszego życia.
Strix: - Życie nigdy nie pozostaje takie same, ciągle idzie do przodu - przyznał, po czym pstryknął jej przed oczami. - Ale skup się, to ważne. Pył Feniksa. Pamiętasz co ci mówiłem? Tworzy się przy dużym
Strix: wykorzystaniu magii... taki rodzaj promieniowania twojego cienia. Coś jak pocenie się skóry, naturalny mechanizm zapobiegający uszkodzeniom z przeciążenia. Rozumiesz? Świetnie. Normalnie widać go
Strix: tylko podczas aktywności wymagających ogromnego wysiłku magicznego, ale u potężnych czarodziejów pojawia się też pasywnie. Przyjmuje różne formy, zależnie od człowieka, ale jestem pewien, że
Strix: rozpoznasz go, jeśli zobaczysz. No więc, jeśli zobaczysz kogoś z takim pyłem, chce, żebyś zaczęła uciekać, rozumiesz?
Strix: - Nie, nie rozumiesz - odpowiedział sam sobie. - Wydaje ci się, że rozumiesz, ale tak nie jest - powiedział jakby do siebie. - No dobrze, ostatnie ćwiczenie na dzisiaj - powiedział wstając.
Strix: Odszedł od niej na kilka kroków i zasygnalizował jej, żeby się podniosła. Stanął przodem do niej, jakieś dziesięć metrów dalej.
Strix: - Dobrze. A teraz weź łuk, naciągnij i strzel we mnie. Najlepiej tutaj - wskazał na swój brzuch. - W końcu najlepiej uczyć się przez doświadczenie.
Jasmine: Przez chwilę trawiłam słowa Strixa o Pyle, by chwilę potem moje oczy urosły do wielkości dojrzałem czereśni - Co? Chyba nie myślisz, że będę do Ciebie strzelać - powiedziałam, kiedy gwałtownie
Jasmine: podniosłam się do pozycji siedzącej. - To nie jest zwykła broń, sam dobrze wiesz, że jej do końca nie rozgryzłam. Nie zamierzam ryzykować.. - burknęłam.
Strix: - Oczywiście, że tak myślę. Jak nie spudłujesz to nic mi nie będzie. Chcesz się czegoś nauczyć, czy nie? Wiesz, że w razie czego będziesz musiała strzelać do ludzi? - upomniał ją.
Strix: - To nie to samo, co strzelanie do zwierząt. Więc chyba lepiej zacząć się przyzwyczajać już teraz, gdy wiesz, że nikomu postronnemu nic się nie stanie? No dalej, nic mi nie będzie - obiecał.
Jasmine: - Strzelanie do ludzi, a strzelanie do Ciebie to różnica! - niemal wykrzyknęłam z oburzenia. - Nie wiesz, czym jest łuk mojego ojca. Nie chcę uruchomić jakiegoś mechanizmu, z którym sobie nie
Jasmine: poradzisz. Nie wiesz, czego się spodziewać, a to jest najgorsze.
Strix: - Nie wydaje mi się, żebym miał czego się obawiać. Miałem styczność z technomagią odkąd pamiętam - wzruszył ramionami. Zdjął kurtkę i rzucił ją na trawę, zostając w samej koszuli.
Strix: - Chcesz to ci pomogę. Przypomnij sobie swoją dzisiejszą pobudkę, gdy zaciągnąłem cię w paszczę niebezpieczeństwa. Nie? To może przypomnij sobie ile razy znikałem, ile razy zostawałaś sama gdy mnie
Strix: potrzebowałaś, ile razy zbywałem twoje pytania. Ile razy myślałaś, że już nigdy mnie nie zobaczysz? - spytał. - Nadal nie przekonana?
Strix: - A co jeśli kiedyś zwrócę się przeciwko tobie? Ile tak naprawdę o mnie wiesz? Jak myślisz, kto jest twoim największym wrogiem? Merlin, który widział cię raz w życiu? A może premier, który nie wie, że
Strix: istniejesz? A może ja? Nigdy o tym nie pomyślałaś? Wiem o tobie wszystko. Wiem, gdzie chodzisz, z kim się zadajesz. Znam twój rozkład dnia, potencjalne kryjówki, ludzi którzy byliby skłonni ci pomóc.
Strix: - Tak samo jak twojego rodzeństwa... jestem z Kapitolu, prawda? Co jeśli kiedyś tam wrócę? Albo mnie zaciągną? Jeśli wykorzystają to wszystko przeciwko tobie? Jeśli ja to wykorzystam? Może to twoja
Strix: jedyna okazja, żeby tego wszystkiego uniknąć... - dodał, rozkładając ręce.
Jasmine: Myslisz, ze po tym jak mnie oklamales, to stzrele do Ciebie - unioslam brew starajac sie zachowac spokoj
Jasmine: - Powinienes wiedziec, ze nie lubie, kiedy sie mnie do czegos zmusza. Rozwiazmy to w inny sposob. - unioslam brwi
Strix: Roześmiał się i pokręcił głową.
Strix: - Wiem, wiem. Ale nie okłamałem cię, to wszystko prawda. Nie przeczę, że wolałbym umrzeć, niż cię zdradzić, ale... ludzie są pomysłowi - powiedział ogólnikowo. - Może mi nie być dane wybierać w tej
Strix: kwestii. Co prawda jeszcze czegoś takiego nie widziałem, ale nie jestem wszechwiedzący. Jeszcze - mrugnął do niej, podnosząc swoją kurtkę i zarzucając ją na plecy. - Znając Imperium nie zdziwiłbym się
Strix: jakby mieli w zanadrzu jakiś sposób kontroli umysłu. Albo kilka. A wtedy... puf! Mów do mnie per "proroku".
Strix: - To po prostu umówmy się, że nie będziesz ryzykować bez potrzeby. I znajdź sobie jakąś broń białą. Wiem, że to nie twój styl i kochasz swój łuk, ale nie na wiele ci się przyda, jeśli komuś uda się
Strix: skrócić dystans. W końcu nie bez powodu Armia wydaje masę pieniędzy na te wszystkie zabawki dla swoich Czarodziei. No cóż... powinniśmy się chyba umówić na nastepną lekcję, a ty powinnaś powiadomić
Strix: swoją rodzinę o przedwczesności pogłosek o twej śmierci, co ty na to? - podszedł do niej.
Jasmine: - Jesli beda kontrolowac Twoj umysl, to beda tez kontrolowac moj. Ale dosc, po prostu nie pozwole, aby taka sytuacja miala miejsce. - usmiechnelam sie i pokazalam zeby.
Jasmine: - Kapitol ma mase ciekawych urzadzen. Mozemy wlamac sie do magazynu. Nawet nie zauwaza, ze im cos ubylo. - powiedzialam sztucznie wzdychajac - a o dzieciaki sie nie martw, zostawilam im wiadomosc.
Strix: - O! Teraz mówisz, jak prawdziwa Rebeliantka! Ha! Oczywiście możemy okraść jakiś magazyn... ale co zrobisz z fantami? Pomijając już, że jakoś nie widzę cię z karabinem, ale co z nim zrobisz?
Strix: - Ukradzenie jednego nie wydaje się warte ryzyka, a ukradzenie całej skrzyni... coś trzeba z nią potem zrobić. Komu ją sprzedasz? Może ją oddasz? Jestem pewien, że Szary Lis musi myśleć o takich
Strix: sprawach, napadając na posterunki Armii. A może chcesz dołączyć do Rebelii? Albo do Dzikich? Jeśli uznamy, że się wzajemnie wykluczają, w co wątpię... pomyśl tylko, Jas... - podszedł do dziewczyny i
Strix: zatoczył ręką po niebie. - Jak ten świat się zmienia. Przed chwilą byłaś tylko wieśniaczką z prowincji, a teraz! Królowa Rebelii! - parsknął pod nosem, ale udawał powagę. - Któż stanąłby ci na drodze?
Jasmine: - Przestan sie nabijac, bo jeszcze zmienie zdanie i nie pozbierasz sie przez tydzien po moim strzale - staralam sie powiedziec groznie, a moja twarz byla jak najbardziej powazna. - Boisz sie, ze dziewczyna lepiej poradzi sobie z kradzieza karabinu niz Ty? - spojrzalam na niego wyzywajaco.
Jasmine: - Tu Cie gryzie, co? - usmiechnelam sie i klepnelam go po ramieniu - wierz mi, kiedys musialam jednej nocy nauczyc sie polowac i zdobywac jedzenie dla calej rodziny. Mysle, ze z karabinem nie pojdzie mi gorzej. A jesli nie warto - zawsze mozna czesc zakopac w lesie, nikt tego nie znajdzie, a moze kiedys sie przydac. Nadal sie boisz, ze zrobie to lepiej od Ciebie? - mrugnelam do Strixa, a na moich ustach caly czas goscil usmiech.
Strix: - To teraz taka z ciebie uzdolniona złodziejka? Myślałem, że jesteś uczciwą kłusowniczką - odmrugnął do niej. - I osobiście uważam, że kobiety są lepszymi złodziejkami. Ale po co ryzykować?
Strix: - Jeśli coś potrzebujesz, zawsze mogę ci to przynieść, mniejsza szansa, że ktoś połączy cię z kradzieżą. No, chyba, że odzywa się w tobie krew ryzykanta...
Strix: - Po prostu nie chcę, żeby ci się coś stało, dobrze? - spytał poprawiając jej jakiś niesforny kosmyk, zakładając go za ucho. Nagle ich twarze znalazły się zaskakująco blisko. Strix spojrzał na jej
Strix: twarz, w jej oczy. A potem pochylił się i pocałował ją. Krótko, słodko i o ile była w stanie ocenić, niewprawnie. Wyprostował się i zamrugał jakby dopiero do niego dotarło co zrobił. Widziała jak
Strix: rozszerzają się jego źrenice, a policzki czerwienieją. Spodziewała się, że ucieknie spanikowany, jak to on, ale zamiast tego uśmiechnął się i powiedział: - Zawsze chciałem.
Strix: Potem jednak dał krok do tyłu ze słowami: - Niestety, na mnie już naprawdę czas. Trzeba posprzątać po wczoraj zanim psy z Kapitolu coś zwęszą... mimo wszystko było naprawdę miło. Musimy to powtórzyć.
Jasmine: Przez chwile stalam oszolomina. Jakby ktos w lednej chwili owinal moje nagie cialo jedwabiem, ktory okazal sie klujacym drutem. Dwa sprzeczne uczucia powiazane ze soba - Umiem o siebie zadbac - powiedzialam slabym glosem. Chcialam stac i stac. Czekac, az odejdzie, zeby moc sobie wszystko przemyslec. Wrocic do domu, wziazc zimna jak zwykle kapiel i wsunac sie na materac.

22.04.2453
Jasmine wraca do domu, gdzie zastaje całą swoją rodzinkę, wraz z Oakiem. Okazuje się, że siedzieli cały czas u sąsiada, ale Josh co jakiś czas sprawdzał, czy Jas przypadkiem nie wróciła do domu i tym razem znalazł karteczkę. Przyciągnął więc wszystkich z powrotem. Wybuchom radości i jednoczesnym pytaniom nie ma końca. Jasmine dowiaduje się, że wczoraj wieczorem nad Denwheel i okolicami przetoczyła się niespodziewana, gwałtowna burza i zniknięcie Jas owiane jest tajemnicą (oczywiście w gronie najbliższych znajomych), szczególnie po tym jak piorun uderzył w ich podwórko, wypalając sporą połać ziemi.

Jak Jasmine wyjaśnia swoje zniknięcie i pojawienie się?

Na poczatku mowi, ze lepiej, dla ich bezpieczenstwa, zeby nie wiedzieli, gdzie byla. Moze kiedys im wytlumaczy, oficjalnie byla podczas burzy w lesie i musiala tam przeczekac, ale ze to tez nielegalne, niech mowia, ze robila pranie i zlapala ja burza, jak zwykle. Uspokoila Oaka, powiedziala, ze wszystko w porzadku, ale wzrokiem dalam mu do zrozumienia, zeby na siebie uwazal i ze sie martwie. Gdybym zostala sama z Jenny, mowie, ze bylam ze Strixem i cos sie wydarzylo. Zrozumie. Mialam nadzieje, ze nie bedzie wiecej pytac.

Jej rodzina oczywiście nie jest zadowolona z takiego wytłumaczenia, szczególnie Oak, ale przystają na nie. Oak wspomniał, że w najbliższym czasie będą mieli gościa. Gdy chłopcy poszli bawić się do swojego pokoju, Jas zwierzyła się Jenny ze spotkania ze Strixem, a ta tylko przytuliła ją ze zrozumieniem. Wszystko powoli wracalo do normy. Matka milczała jak zwykle na górze, chłopcy śmiali się u siebie, a Jenny podśpiewywała mieszając w garnkach.

6.05.2453

Zjawił się w końcu zapowiadany przez Oaka gość, "nauczyciel muzyki" pan Wing. Było oczywiste, że chuderlawy azjata, który chyba zestarzał się zaraz po urodzeniu, nie ma w ogóle słuchu muzycznego. Gdy więc udało im się porozmawiać nieco bardziej prywatnie, w sześć oczu, okazało się, że pan Wing jest czarodziejem. Dzikim. I w niejasnym układzie zgodził się udzielać Jasmine lekcji dwa razy w tygodniu. Jej samej, lub całej czwórce, bo jak się okazuje wynikła tu różnica zdań. Oak prosił go o pomoc tylko dla Jasmine, jednak gdy małomówny Wing dowiedział się, że reszta rodzeństwa wykazuje takie czy inne zdolności zaoferował swoje usługi wszystkim, twierdząc, że im wcześniej zaczną tym lepiej.

No to ok, niechetnie, ale zgadza sie, jednak dopoki nie dowie sie wiecej, nie dopuszcza go do rodzenstwa. Stara sie zachowac ostroznosc.

03_06_2453
Zajęcia z Wingiem odbywały się już od miesiąca i były dość... rozczarowujące. Ćwiczyli schematy oddychania. Oddechy krótkie, długie, nosem, ustami, wstrzymanie, oddychanie brzuchem, płucami. Zawsze od tego zaczynali, a potem przechodzili do wizualizacji. Wpierw Wing opowiadał Jasmine o jakimś przedmiocie, albo scenerii sypiąc szczegółami jakby tam był, do momentu w którym potrafiła sobie w pełni zobrazować przedmiot lub widok z opowieści. Potem była jej kolej, co wydawało się prostsze, ale okazało jeszcze trudniejsze niż słuchanie. Zwykle siedzieli w kuchni, czasem wychodzili na dwór pod drzewo. Wing przynosił wtedy fletnię, jedyny instrument na jakim potrafił jako tako grać i ją uczył. W zasadzie była to tylko inna wariacja na temat oddychania. Na koniec uczył jej Języka Magii. Opowiadał jej o różnych krajobrazach i obrazach, mówiąc bardzo powoli, żeby jej Cień mógł się przyzywczaić (co było wariacją na temat wizualizacji). Nie przypominało to nauki języka, bardziej wchłanianie go, zdawało się, że im dłużej go słucha tym więcej rozumie. Wing powiedział jej, że jest wyjątkowo chłonna, bo po miesiącu opanowała mniej więcej podstawy, co według niego powinno zająć jej trzy miesiące.

A potem nadeszła Czystka. W Dystrykcie Roli nie było żadnej od roku, w Denwheel od prawie trzech lat. Jednak z samego rana pojawiły się na niebie szperacze, nadając z głośników ciągłe komunikaty. "Wszyscy mieszkańcy mają pozostać w domach. Zostanie przeprowadzone przeszukanie. Kto zostanie znaleziony poza domem zostanie uznany za Rebelianta." I tak w kółko. Zwykle w ten sposób szukali Dzikich i zawsze na mieszkańców padał blady strach, bo Armia nie miała w zwyczaju patyczkować się z kimkolwiek kogo uznają za zdrajców. Czy nim są czy nie. Komunikaty były na tyle głośne, że obudziło nie tylko Jasmine, ale całą rodzinę. Ziemia drżała, gdy kolumny transportowców opancerzonych wjeżdżały do miejscowości. Białoarmiści będą chodzić dookoła, sprawdzając każdy dom, tak jak trzy lata temu. Żadne z rodzeństwa Jas nie widniało na liście Czarodziejów, jednak byli w spisie mieszkańców. Co prawda nie powinno być problemów, jeśli nie znajdą niczego podejrzanego, ale żołnierze byli najprawdopodobniej niewyspani i poddenerwowani. Spotkanie z Dzikim mogło się skończyć bardzo źle bardzo szybko.

Jas chowa łuk w pniu dębu i odpowiednio go zabezpiecza, tam nie powinni go znaleźć. Miałam nadzieję, że Wing sam zorientuje się, że nie powinien przychodzić, a jeśli mam jakąś okazję, żeby go uprzedzić o tym, że będzie Czystka - robię to

Nie jest łatwo, światła Szperaczy rozcinają poranny półmrok, a kroki wzmacnianych butów i chrzęst kół transporterów po żwirowej drodze stają się coraz głośniejsze, ale Jasmine udaje się dobiec do drzewa, schować łuk i wrócić niezauważenie, w sam raz zanim oddział dociera do ich domu. O dziwo trening z Wingiem pozwala jej na tyle opanować oddech by nie wyglądało na to, że biegała sprintem. Dobrze, że dzisiaj nie wypadał dzień szkolenia w azjaty.

Rozlega się łomot do drzwi, dzieciaki są już zebrane w kuchni. Jasmine otwiera drzwi, które inaczej zostałyby niechybnie wyważone. Białoarmiści, uzbrojeni po zęby, z odbezpieczonymi automatami w rękach wchodzą do środka i bez ceregieli wywalają rodzeństwo na podwórko, pod czuje oko swoich towarzyszy. Wywlekają też ich matkę i rzucają półprzytomną w piach. Rozpoczyna się przeszukanie domu, bynajmniej nie delikatne. Na niebie widać kilka patrolujących statków powietrznych i całą masę Szperaczy. Pokaz siły jest aż nadto widoczny.

Łatwo zauważyć, że to samo dzieje się na innych posesjach, choć domy w Denwheel nie są ściśle obok siebie i ciężko coś dostrzec przez liczne drzewa, krzaki i płoty. Dlatego Hideowie muszą zdawać się głównie na słuch, sporadyczne krzyki czy płacz dzieci. Pozostałe rodzeństwo znosi to dosć dzielnie, Josh ma zaciętą twarz, Jenny jest blada i nerwowa, ale się trzyma, a Jeremy przygląda się wszystkiemu z wielkimi oczami.

Padają pytania ile jest osób w domu, czy nie widzieli kogoś podejrzanego i tak dalej. Standard. Na drodze zatrzymuje się kolejny transporter. Wysiada z niego mężczyzna w długim białym płaszczu z wysokim kołnierzem i ciemnych okularach, wyglądający na oficera. Zamienia kilka słów z żołnierzami, po czym rozgląda się i kieruje na ich podwórko. Chłodnym spojrzeniem ocenia całą rodzinę, a następnie klęka przed Jeremym i zbliża się w sposób wyraźnie grożący. Rozpoczyna przyjazną pogawędkę, pytając w zasadzie o to samo co żołnierze, choć nie jest jasne, czy próbuje zdobyć zaufanie chłopca, czy go przestraszyć, wyraźnie naciskając na jego przestrzeń osobistą. Jeremy milczy i wydaje się nagle zażenowany.

Jas chwyta brata za rękę i pociąga za siebie, jednocześnie spoglądając z obojętnym wyrazem twarzy na strażnika - On nie ma z tym nic wspólnego. Pan oficer wybaczy, ale wątpię, żeby dziecko było w stanie zagrozić potędze Imperium i spiskować przeciw Kapitolowi.

Oficer podniósł się, podszedł o wiele za blisko, żeby mogło się to podobać Jas i spojrzał na nią z góry, zza okularów.
- Dziewczyno, jeśli kiedykolwiek będę potrzebował twojej opinii... - zaczął z nieprzyjemnym uśmiechem, sięgając przy okazji do pasa, gdy na północnym wschodzie rozbłysła flara sygnałowa.
Oficer i białoarmiści odwrócili się jak na komendę. Mężczyzna w płaszczu posłał jej ostatnie spojrzenie, po czym widać uznał, że nie jej warta dodatkowego czasu i zakomenderował wsparcie drużyny, która zetknęła się z przeciwnikiem.

Jakąś godzinę później zobaczyli jak prowadzili Dzikiego. Skuto go kajdanami technomagicznymi i prowadzono na łańcuchu za transporterem jak psa. Na pojeździe siedział herald, nadając przez system nagłaśniający winy prowadzonego, pochwałę dla sprawnej akcji żołnierzy i ostrzeżenie dla mieszkańców. Jasmine nigdy nie widziała schwytanego, ale znała rodzinę Greenów, prowadzonych za nim. Nie byli skuci, ale pilnowani przez srogich żołnierzy. Rodzice byli bladzi jak śmierć, a ich synek płakał tak bardzo, że nawet matka nie potrafiła go pocieszyć i uspokoić. Jak się później okazało z plotek, Greenowie wspierali Rebelię i dostarczali im różnych rzeczy. Dziki przyszedł po odbiór dóbr, ale ktoś doniósł i zaalarmował Armię.

Odjazd Armii trwał do południa, ale porządkowanie pozostawionego przez nią burdelu potrwa jeszcze kilka dni. Tym razem, znowu, rodzinie Jasmine, ani ich przyjaciołom nic się nie stało. Jednak pokaz siły wywarł odpowiednie wrażenie, okolica przycichła przez następne kilka dni, ludzie byli bardziej skryci i nerwowi. Choć nie zobaczyli potem okropnego oficera, Jeremy pytał się kilkukrotnie, czy zły pan jeszcze wróci.

15.07.2453

Niespodziewana wizyta Strixa. Choć obiecał ją uczyć, nie pojawił się ponownie po tamtym spotkaniu. Jas udało się wymknąć do lasu na spotkanie. Chłopak wyglądał na wymęczonego i zaniedbanego, co zwykle się nie zdarzało pomimo jego wątpliwie zdrowego trybu życia. Opowiedział, że wpierw trochę się snuł, a potem poszedł sprawdzić tą kobietę o której opowiadała mu Jas, Elizę. Nie zastał jej. Okazało się, że Eliza wyprowadziła się z dnia na dzień, zapłaciła grubą sumkę sąsiadce by zaopiekowała się jej córką, nie zostawiła nowego adresu ani telefonu, nic nie powiedziała i znikła.

Strix chciał ją odszukać, ale kobieta okazała się bardziej ulotna od obłoku mgły. Gdziekolwiek by nie trafił, ona już się wyniosła, zawsze była dwa kroki przed nim. Zupełnie jakby dokładnie wiedziała, że ją ściga. Nagle zaczął wpadać na patrole Armii, wchodzić niemal wprost patroli Szperaczy. Coś co mu się wcześniej nie zdarzało. Ganiali się tak po całym kraju, a on był coraz bardziej wkurzony i zdenerwowany, bo tak jak kluczyła i błądziła w tą czy we wtą, jej kierunek pozostawał stały. Północ. Robił co mógł, ale gdy w końcu trafiła do Kapitolu, dalsze śledzenie jej okazało się niemożliwe, pokręcił się więc wokoło, a potem wrócił tutaj niczym zbity pies.

Czy to nie podejrzane, bo skąd miałby mieć pieniądze? Kapitol mógł jednak się czegoś dowiedzieć. Radzę mu, żeby w miarę możliwości miał oko na jej córkę. Pytam się też, czy jestem w stanie mu pomóc w tej sprawie - chociaż pewnie wycieczka do Kapitolu nie byłaby rozsądnym pomysłem.

Potwierdza, że też go to zdziwiło, bo mieszkali w dość obskurnym pokoiku, nie wyglądało na to, żeby im się aż tak powodziło. Rozpytał jednak trochę - i co prawda nie miał czasu sprawdzić tego osobiście - ale słowo na ulicy głosiło, że dzień wcześniej jakaś kobieta miała niesamowitą passę w jednym z podziemnych kasyn. Stawiała pieniądze zupełnie jakby wiedziała jaki będzie wynik.
Obiecał przy tym, że postara się mieć oko na córeczkę Elizy, choć wygladało na to, że sąsiadka to wyjątkowo porzadna kobieta. Niestety, Strix nie miał w tej chwili pomysłow co można zrobić, ani jak ona mogłaby mu pomóc. Wejście tam byłoby niemal samobójstwem dla niego, a tak czy siak miejsce jest ogromne. Szanse, że znajdą kogoś kto nie chce być znaleziony, zanim ktoś ich przyuważy, nie były powalające. Strix przytaknął przy tym, że kobieta faktycznie mogła być tą całą Wyrocznia, choć nie miał pojęcia jak to się wszystko wiązało i spytał, czy nie pamięta może jakichś innych szczegółów o niej.

Bolała ją głowa... i zaczęła mówić, że zawiodłam. Mętlik w głowie. Starałam się sobie przypomnieć i przekazać Strixowi jak najwięcej szczegółów o kobiecie. Kiedy jednak by to nie wystarczyło, oferuję, że mogę spróbować przesłać mu mentalny obraz dzięki magii.

Pokiwał głową, stwierdzając, że przydałby się każdy detal, nie jest jednak pewien, czy to dobry pomysł. On nigdy się z nikim tak nie łączył, nie slyszał o tym, żeby ona tak robiła (co nie znaczy, ze wie o wszystkim). Więc pyta czy na pewno chce sprbowac, bo nie jest pewny czy się w ogóle uda, ani co się właściwie stanie.

Rzucam mu, że po ostatnim chyba nic nie może mnie zaskoczyć, więc czemu nie spróbować?

Łapią się za ręce, zamykają ręce, skupiając. Jasmine stara się przesłać Strixowi to co zapamietała z tamtego dnia, ze spotkania z Eliza. O dziwo bardzo przydatne okazują się lekcje wizualizacji, obraz jest pełen szczegółów, wyrazisty.
Gdy jednak przesyła obraz do niego, coś przedostaje się z powrotem, jakby otworzył przed nią drzwi by coś odebrać, a ona zajrzała przez szparę do środka. Zobaczyła dużo bieli. Białe posadzki, białe ściany, białe łóżka. Biały strój. Ludzie w białych kitlach. Nawet płyny w kroplówkach skapujących do wenflonu były przezroczyste. Miała wrażenie, że jej - a właściwie nie jej - ręce również stają się białe i przezroczyste. Na ścianie wisiała tablica interaktywna, obok leżały ksiażki i oprzyrządowanie, którego nie poznawała, ale które on znał aż za dobrze...
Kontakt się urwał. Strix cofnął się o krok, ale nie wyglądało na to, żeby coś zauważył. Obiecał spróbować się czegoś dowiedzieć, ogarnąć się i spytał, czy nadal chce się od niego uczyć.

Jasmine zaśmiała się i powiedziała, że nie wyobraża sobie, żeby uczyła się od kogoś innego. Musi być w dobrej formie. Jeśli nie pyta, nic nie mówi mu o tym, co zobaczyła. Widocznie jego umysł jest albo bardzo przejęty, albo w jakiś sposób zablokowany przez te wspomnienia.

23.08.2453

Strix zdawał się niczego nie dostrzegać tamtego dnia, odszedł jakiś taki rozkojarzony. Zanim jednak nadeszła okazja do kolejnego treningu minął prawie tydzień. Spotkali się nad rzeką koło dębu. Ćwiczyli szermierkę zwykłymi patykami. Strix wbijał jej do głowy, że o wiele lepiej jest użyć czegokolwiek niż własnego ciała, chociaż szybko okazało się, że bez wzmocnienia ciała Cieniem się nie obejdzie, gdyż rykoszet od nawet lekkich uderzeń zdawał się wyrywać stawy i nadwyrężać mięśnie i kości. Mimo nalegań Jas, szybko skończyli. A w końcu coś się działo! Walka w zwarciu zupełnie nie przypominała nudnych treningów oddychania. Poza tym szło jej teraz o wiele lepiej. Strix jednak miał jakieś wątpliwości i nie dał się przekonać. Ostatecznie powiedział, że następnym razem spotkają się u niego, tylko wpierw musi przygotować parę rzeczy i nie wie ile mu to zajmie. Powinna jednak zarezerwować sobie kilka godzin.

Lipiec zmienił się w sierpień, a Strix zamilkł i się nie pojawiał. Sprawy jednak zaczęły się piętrzyć jak to w życiu bywa i Jasmine nie miała nawet wiele czasu myśleć o straconych okazjach. Na początku sierpnia zjawił się jak zwykle pan Rasov, przyprawiając łowczynię o nerwicę i duszności. Zaczęło się to ponad pół roku temu, gdy Jenny postanowiła dorobić trochę grosza w Umieralni. Oczywiście była to tylko popularna nazwa, w rzeczywistości był to Dom Spokojnej Starości „Złote Pola”. W rzeczywistości jednak ludzie którzy tam trafili czekali na śmierć, często w okropnych warunkach. Personel placówki był niewystarczający, a tym, którzy tam pracowali nie bardzo chciało się zajmować pacjentami poza niezbędnym minimum. Jenny pierwszy raz tam trafiła, gdy rodzina jej przyjaciółki Cindy wysłała tam jej babcię. Cindy strasznie się bała o babcię i poprosiła Jenny, jako całkiem znaną w swoim środowisku zielarkę/aspirującą lekarkę o sprawdzenie, czy dobrze tam traktują ludzi. Stan tego miejsca tak zdruzgotał Jen, że po powrocie nie mogła się w ogóle pozbierać. Ludzie z bólem kręgosłupa, albo odlezynami leżacy cały dzień w łóżku. Jedzenie o wyznaczonej porze przez wyznaczony czas albo wcale. Pobieżne mycie raz dziennie i sprzątanie nieczystości dwa razy dziennie, więc smród był niesamowity.

Następnego dnia jednak Jenny zebrała się w sobie i wróciła tam z mocnym postanowieniem poprawy czegokolwiek. Spoglądano na nią niechetnie, ale w końcu zgodzono się ją zatrudnic jako pomoc pielęgniarską na jedną czwartą etatu za psie pieniądze. Okazało się, że choć częśc pacjentów była zgorzkniała, opryskliwa czy otępiała, wielu było naprawdę miłymi ludźmi, którzy okazywali wdzięczność za opiekę dzieląc się opowieściami z długiego życia. Jenny czasem dzieliła się nimi z rodziną, gdy choć zmęczona po ciężkim dyżurze i niemal padająca na nos, opowiadała z uśmiechem o dawnych romansach, zmianach jakim podlegała okolica, sposobach leczenia chorób o jakich nigdy nie słyszała. Prawdopodobnie taka praca była zbyt dużym obciążeniem dla takiego dziecka, ale gdy przychodziło do rannych stworzeń, Jen traciła cały rozsądek i niemal niemożliwym było przemówic jej do rozumu.

Umieralnia znajdowała się na należacych do państwa terenach zielonych, przy drodze na północ, w odległości jakichś siedmiu kilometrów od domu Hideów. Trasę tą jednak można było sobie skrócić przez okoliczne lasy. Co prawda pozwalano tam wchodzić tylko pracownikom nadleśnictwa, ale Jenny się nie przejmowała, potrafiła się schować w razie czego. I tu pojawia się sprawa pana Rasova. Pewnego dnia, wracając z dyżuru, Jenny natknęła się na zemdlonego mężczyznę, rzeczonego pana Rasova. Pan ten okazał się leśnikiem, pracującym przy wycince i znakowaniu drzew, przerpowadzając też szereg innych prac już po tym jak inni poszli do domów. Żeby zrozumieć sytuację, trzeba o panu Rasovie wiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze miał posturę dzikiego niedźwiedzia i aparycję rasowego mordercy. Po drugie był strasznym gburem, mrukiem, a upór miał iście szatański. Miał też rodzinę na którą ciężko pracował. Zbyt ciężko. Jak się okazało, przemęczenie nakładało duży stres na serce pana Rasova, które nie nadążało za jego wielkim ciałem. Brakowało tlenu, pojawiała się zadyszka, a w końcu omdlenie. Jak Jenny udalo się wywnioskowac z pomruków, coraz częstsze. Póki co były niegroźne, ale sytuacja szybko się pogarszała. Rodzina nic nie wiedziała, bo Gerard Rosov zawsze długo siedział w pracy, wiec jeśli z powodu utraty przytomności leżał gdzieś godzinę, automatycznie zrzucano to na karb pracy. Nie ufał też żadnym lekarzom, wykazując w stosunku do nich wręcz pierwotną wrogość i pogardę.

Jenny udało się go dobudzić, a po kategoryczne odmowie leczenia u lekarza, jakoś nakłonić do przyjścia do niej. I wtedy się zaczęło. Gdy mężczyzna zjawił się u nich, Jenny próbowała nakłonić go do wzięcia ziół na serce. Odmówił. Nalegała. Zbył sprawę ręką. Nalegała dalej. Wywiązała się kłótnia. Reszta rodziny chciała interweniować, ale Jen była jak w amoku. Wyprowadziła leśnika na zewnątrz i stali tam tak, krzycząc na siebie, aż oboje nie opadli z sił. Jas cały czas miała nieodparte wrażenie, że kolos uderzy jej siostrę w gniewie. Gdyby tak się stało, długo by nie pożył. Jednak nie ważne jak źli byli oboje, nigdy nie doszło do rękoczynów. W końcu mężczyzna skapitulował, zgodził się przyjmować leki, wydawał się skruszony i wyszedł. Jen wyglądała jak wymięta szmata, ale zadowolona wymięta szmata. Pan Rosov przychodził co miesiąc po nową dawkę ziół i wizyta nieodmiennie przemieniała się w kłótnie, którą najczęściej brali ze sobą na dwór. A choć Jas wydawalo się, że z biegiem czasu jakby mniej się kłócą, to nigdy nie czuła się pewnie, gdy tamten przychodził. Mimo, że Jenny zapewniała ją, że Gerard ma złote serce, budzący grozę wygląd i gniewne, atawistyczne zachowanie sprawiało, że nie mogła się powstrzymać przed wizjami mordu na młodszej siostrze. Szczególnie teraz jak trenowała swoją wyobraźnię.

Ale to było wtedy, teraz siedziała na szczycie schodów po powrocie ze szkoły i słuchała jak jej matka nuci. Siedziała w fotelu, trzymając na kolanach Jeremiego. Były to jedyne chwile, gdy wychylała się nieco z własnego, zamknietego świata. Nawet jeśli wciąż próbowała go karmić piersią. Mały też potrzebował matki, co prawda nie w takim stanie, ale też nie bardzo mogła mu tego zabronić.
Jasmine wspominała przy tym wydarzenie sprzed dwóch lat. I tak bardzo jak na co dzień nienawidziła i pogardzała własną matka, tak za tamto czuła do niej wiele wdzięczności. Jeden wspaniały czyn za wszystkie te lata znoju i zawodu.
Po zniknięciu ojca nikt się nimi nie interesował. Matka popadła w depresję, a później zapewne w szaleństwo. Plotki o tym się rozeszły, ale nawet jak ktoś o tym wiedział, to się nie przejmował. Tylko ich najbliżsi znajomi coś radzili, czasem pomagali. Mimo to, Hideowie jako rodzina, funkcjonowali w miarę normalnie dzięki wysiłkowi Jasmine i pozostałej trójki. Jednak dwa lata temu…
Łowczyni do dzisiaj nie miała pojęcia czemu się nimi zainteresowali. Ktoś na nich doniósł? Biurokracja w końcu do nich dotarła? W każdym razie na jej progu stanęła Opieka Społeczna. Wydawało jej się wtedy, że umarła, że jej serce stanęło. „Słyszeliśmy, że twój ojciec nie żyje, a matka nie nadaje się do sprawowania opieki rodzicielskiej ze względu na stan psychiczny, czy to prawda?” Były pierwszymi ich słowami po przedstawieniu się. Wiedziała, że musi coś wymyślić, zaraz, teraz, natychmiast. Coś sprytnego i wiarygodnego. Ale nic nie przychodziło jej do głowy. Pod czaszką miała wielką pustke, wypełnioną wizjami rozbitego domu, rodzeństwa rozkradzionego i rozwiezionego po kraju do róznych domów dziecka. Mieli co prawda jeszcze wujostwo, ale równie dobrze mogli od razu się powiesić.

W tym czasie jej matka przypominała już bardziej warzywo, niż człowieka, kiedy więc usłyszała kroki na schodach, nie wiedziała co o tym sądzić. Jej matka zeszła po schodach, odgarniając włosy z twarzy. Spytała, kto przyszedł. Panowie się przedstawili. Spytała po co. Powiedziali. Powiedziała, że to chyba normalne, że była przygnębiona po stracie męża, ale sobie radzą, dziękuję bardzo. Jeśli to wszystko…
Coś tam mamrotali, coś tam kręcili, ale zamknęła im drzwi przed nosem. Na całe szczęści więcej nie wrócili.

Jej matka spojrzała na nią z uśmiechem, gładząc po głowie, jakby ją za coś nagradzała, po czym wróciła na górę z pustym wyrazem twarzy za którym nic się nie kryło. Zupełnie jakby ktoś pozbierał rozbite lustro i skleił je w całość, jednak klej nie utrzymał się i szkło rozprysło się na miliony kawałeczków. Drugi raz taki cud się nie zdarzył, a Jasmine fałszowała podpis matki wszędzie gdzie było to potrzebne. Zawsze była uważna, by nie przesadzić i nikt jakoś nigdy tego nie zakwestionował.

Zadzwonił telefon na dole, przedzierając się przez nucenie. Zeszła na dół i odebrała. Sekretarka z gimnazjum. Josh się pobił z kolegą. Znowu. Czy może przyjść go odebrać? Czekają wraz z dyrektorem. A niech to szlag.
Jasmine oczywiście wiedziała, że dzieciaki są okrutne, a w szkole odbywa się dyskryminacja na wielu płaszczyznach i poziomach. Szczególnie gdy biedne dzieciaki chodzą razem z dziećmi oficjeli. Choć sama tego nigdy jakoś nie doświadczyła, problem wynikł, gdy Jenny poszła do gimnazjum. Josh był wtedy w trzeciej klasie, a ona w pierwszej. Chodziła razem z młodszym synem burmistrza dystryktu, prawdziwym wrzodem na tylej części ciała społeczeństwa. Co gorsza bardzo mu się spodobała, jednak bynajmniej nie odwzajemniała jego ulotnych uczuć. Miłość szybko się wypaliła, a zamiast niej pojawiła się podłość. Chłopak zwał się Terry Glide i robił wszystko by uprzykrzyć Jen życie. Ona to znosiła i nikomu nie mówiła, nie chcąc dać się zastraszyć byle komu, ale zlośliwości eskalowały, aż w końcu wyszły na jaw.

Była przerwa. Jasmine słyszała z relacji, że Jenny siedziała i czytała jakąś ksiażkę z biblioteki. Terry niósł gorącą zupę z stołówki. „Potknął się” i „przypadkiem” wylał całą zawartość na Jen, niszcząc jej sukienkę i powodując trochę zaczerwienienień, ale nic poważnego. Na jego nieszczęści widział to Josh i wpadł w furię. Zanim zdążono ich rozdzielić Glide miał już obitą buźkę i złamane dwa zęby. Dyrektor oczywiście stało po stronie syna burmistrza. Josh dostał naganę i zawieszenie na tydzień. Pouczono ich, że następnym razem nie skończy się to tak polubownie. Pierwotnie i tak chciano zastosować o wiele wyższe sankcje, ale chłopak Glideów nie wniósł oskarżenia. Oczywiście mógł być wrzodem, ale nie był głupi, nie chciał by obiekty jego przyszłej zemsty usunięto ze szkoły, gdzieś poza zasięg jego łapek.
A teraz znowu stało się to samo.

No Jas jest widocznie zdenerwowana, stara się bronić brata, ale oczywiście nie w bezsensowny sposób, jeśli jego wina jest bardzo widoczna. No i stara się sprawę wyjaśnić, załagodzić, żeby przez przypadek nie wyleciał ze szkoły. Szczególnie, że status jest tak różny majątkowy

17.09.2453

Sierpień przeszedł niepostrzeżenie we wrzesień. Strix obiecał, że następną lekcję przeprowadzą u niego, ale przedtem musiał się upewnić, że przestroił odpowiednio wszystkie pułapki jakie pozastawiał przeciwko obcym, jako ochrona przed Kapitolem. Problem w tym, że zastawiał je od lat i nie przewidywał gości, przestrajanie było czasochłonne i chłopak bał się, że coś pominie. Poza tym na początku września nagle okazało się, że musi wyjechać na dwa tygodnie. Powinien już wrócić, ale sprawa widać się przeciągała, czymkolwiek była.

Sprawa z Joshem, też nie wyglądała różowo. Dyrektor nie był im zbyt przychylny, choć pochodził z niewielkiej wioski, teraz lizał tyłki oficjelom. Groził im przeniesieniem do innej szkoły. Jakiej? Najbliższa była kilkadziesiąt kilometrów dalej. Ostatecznie Jas udało się go ugłaskać, ale ostrzegał ją, że to ostatni raz gdy na coś takiego pozwala, a Josh i tak będzie zawieszony na tydzień.
Jenny oczywiście nie chciała robić problemów nikomu i zdawała się sobie radzić, ale chłopakiem targały emocje. Ile razy by temat nie wypływał, nawet jeśli oboje mieli dobre chęci, całość kończyła się kłótnią. Jej relacje z bratem, które dopiero co zaczęły się poprawiać, jakby znowu spadły w przepaść. Nastolatek łaził coraz częściej poza domem, spędzając godziny włócząc się na polach i lasach. Czasem wracał dopiero późno w nocy, ale wszystkie rozmowy o rozlicznych niebezpieczeństwach kończyły się stwierdzeniem „a ty to sobie chodzisz jak chcesz”.

Tym bardziej, że ostatnio zdawało się, że nieszczęście zawisło nad Denwheel. Tydzień temu, 10 września na wspólnym polu znaleziono rozszarpane ciało młodej kobiety. Cóż bywa, takie rzeczy też się zdarzają. Jednak dwa dni później znaleziono kolejne ciało, tym razem chłopca. Następnego dnia zginął bez śladu jeden z drwali. Dwa dni temu przepadła para, która najwyraźniej szukała chwili samotności, a być może znalazła coś więcej. Wczoraj znaleziono ciało staruszka, a przynajmniej jego rękę. Rozpoznano go po wyblakłym tatuażu.
Całe miasteczko huczało od plotek i przypuszczeń. Jedni twierdzili, że widzieli na skraju lasu lupus dai, ogromne bydle, z pewnością sprawcę morderstw. Inni twierdzili, że wprost przeciwnie, bo wyraźnie nocą widać blask światełek Shiv przemykających wśród lasu. Tamci musieli bez wątpienia w jakiś sposób rozgniewać te starożytne stworzenia. Wtedy zabierali głos jeszcze inni, kręcąc głową. Oni znają prawdę. To demony. Znalazł się nie jeden i nie dwóch, którzy przysięgali, że widzieli jakąś nieludzką sylwetkę przemykającą to tu to tam, a to cień pośród mrocznych konarów i złudnych sylwetek drzew, a to odbicie w kącie oka. Plotki się mnożyły i powielały i krążyły podsycane strachem.
Armia, początkowo zbywając całą sprawę, po zaginięciu młodej pary, w końcu zorganizowała poszukiwania zaginionych. Te jednak niczego nie przyniosły, a Białogwardziści póki co nie wykazywali więcej inicjatywy.

Z drugiej strony natomiast działy się istne cuda, jakby Karma albo Los popisywały się swoim przewrotnym poczuciem humoru. Otóż dziś rano zawitała do nich Cindy McGarden, przyjaciółka Jenny. Niezwykłe było to, że Cindy urodziła się z wrodzoną chorobą kośćca. Zbytni rozróst kości, szczególnie w kręgosłupie powodował wiele dolegliwości, z których najpoważniejszą był większościowy paraliż ciała, gdy kręgi zaczęły naciskać na nerwy. Jedynym powodem dla którego dziewczyna wciąż żyła, było to, że przy narodzinach oszacowano u niej bardzo wysoki potencjał magiczny, rzędu kilkudziesięcu tysięcy jednostek magicznych, co oczywiście natychmiast zainteresowało Armię. Opłacono jej leki i zapisano na okresową terapię, która nawet jeśli nie leczyła, to łagodziła objawy. Oczywsiście tylko tymczasowo aż opracują odpowiednią metodę leczenia lub operację. Nie wiadomo, czy sprawa Cindy zaginęła gdzieś w odmętach biurokracji Imperium, czy po prostu nikt nie wiedział jak jej leczyć, być może było to za drogie? Faktem jednak pozostaje, że z miesiąca zastępczej terapi zrobiły się dwa, potem pół roku, rok, dwa. A w końcu dwanaście.

Nikt już nie wierzył w jej wyleczenie, aż tu nagle zjawiła się dziś pod ich drzwiami: cała zdrowa, niemal w podskokach zawieszając się na szyi swojej przyjaciółki. W tej chwili Cindy i Jenny zaszyły się w pokoju dziewczynek, a Jas w kuchni słyszała ich podekscytowane głosy. Zbliżało się południe, Josh gdzieś już zniknął, a Jeremy zażywał wczesnej drzemki. Dobrze, że dzisiaj nie było szkoły.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Sob Wrz 22, 2012 4:53 pm

Zajęłam się suszeniem kolejnej partii mięsa. Nie wiadomo, co przyniesie zima, a Kapitol nie przejmował się zbytnio ludźmi z dystryktów. Fakt, powinni dostać jakieś zapasy, ale wystarczyłyby one jedynie na to, aby nie umrzeć z głosu. A może i na to nie. Miałam też nadzieję, że małe przydomowe poletko także przyniesie korzyści. Dzięki temu można by zaoszczędzić trochę pieniędzy na remont domku. Gdybym tylko mogła, pewnie postawiłabym na miejscu tej drewnianej chałupki porządniejszy domek, ale zajęłoby mi to zbyt dużo czasu. Poza tym - nie miałam żadnych wiadomości o budownictwie, nie licząc łatania kapiącego dachu czy pękających ścian. "Może Strix mógłby pomóc? Przecież... wtedy... zbudowali tą głupią rezydencję. Może magię można wykorzystać też w taki sposób?" Nabiłam ostatni skrawek mięsa, wytarłam rękę w ręcznik i przywiązałam sznurek nad kuchenką. Westchnęłam, ale jednocześnie zmrużyłam oczy, zastanawiając się. Jenny z Cindy były teraz w pokoju, więc pozostawał mi tylko pokój chłopców. Jeśli nie mogłam dostać się do swoich książek, musiałam użyć Josha. Przeszłam cicho do pomieszczenia, gdzie spał Jeremy, tak, aby go nie zbudzić. Następnie rozejrzałam się i postarałam się znaleźć książkę techniczną, którą kiedyś używałam, a teraz powinien uczyć się z niej Josh. Najpierw zajrzałam do plecaka, jeśli stał gdzieś w pobliżu, potem przeszłam przez szuflady, półki i inne.

Czułam się dziwnie. Nie powinnam przeglądać rzeczy brata, ale jednak potrzebowałam tej książki, a nie chciałam przeszkadzać Jenny i jej przyjaciółce. Oczywiście, gdybym nie mogła znaleźć dokładnie tej książki, biorę także taką, która zawiera opis jakiś urządzeń albo przyrządów - czy to rolniczych, czy innych. Potem wracam do kuchni, otwieram stronę na dość interesującej pozycji, dotyczącej uprawy roli, po czym czytam dokładnie opis. Nie obchodzi mnie to zbytnio czy jest to motyka, czy glebogryzarka - ważne, żeby dokładnie opisano jej budowę, a ona sama była w miarę prosta. Potem biorę kilka wdechów i wydechów, tak jak uczył mnie Wing, zamykam na chwilę oczy, neguję dźwięki, czucie substancji pode mną czy wrażenia jakiegokolwiek zapachu. Skupiam się całkowicie na swoim wnętrzu, a potem wypuszczam moje magiczne zmysły delikatnie poza skórę, delikatnie zagarniam coraz większą przestrzeń, aż obejmę cały kuchenny stół i powietrze dookoła siebie "kulą" magicznego odczuwania. Nie skupiam się co jest poza tym - nie interesuje mnie to. Przypominam sobie tylko opis urządzenia i przystępuję do pracy.

Tworzę pierwszą linię magonów, łączę je w większe grupy - to one będą stanowić szkielet urządzenia czy narzędzia. Skupiam się wtedy na budowie metalu - żelaza czy drewna, aby wykonań szkielet. Z lekcji chemii pamiętam ilość elektronów, protonów, neutronów, formę cząsteczki, wiązania - część wiadomości czerpię także z magicznej percepcji - tej magicznej struktury materiału, jak magony krążą wokół niego, jak go omijają, czy w jaki sposób z nim reagują. Buduję kolejne łańcuchy celulozy, lipidów czy krystalicznych struktur. Kiedy skończę już to, nakładam kolejne warstwy - metalowe, aluminiowe, węglowe, kewlarowe warstwy, nieznane substancje staram się zamieniać znanymi mi substytutami. Nie wiem, czy to mi się uda, ale próbuję. Polegam na swojej, bądź co bądź znikomej wiedzy, i magicznym postrzeganiu. kolejne magony, jeden po drugim, zmieniam w atomy, cząsteczki, substancje. Dookoła każdego zmienionego magonu układam kilka innych, które wnikają w jego strukturę, scalają się z nim. Dzięki temu łatwiej mi będzie kontrolować urządzenie. Na końcu okrywam całość barwnikami - związkami organicznymi, których łańcuchy buduję z równie olbrzymią dokładnością, co atomy wcześniej. Wbudowuję też w wolne miejsca aktywowane magony, które mogłyby w razie potrzeby np. zacząć świecić lub wspomóc lewitację.

Dopiero, gdy wszystko ukończę, otwieram oczy. Oczywiście otwieram je też wtedy, kiedy coś by wybuchło, albo poszło nie tak - w ten sposób, że bez oczu nie mogłabym sobie z tym poradzić.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Czw Wrz 27, 2012 10:57 pm

Jenny zakończyła prace w kuchni i przeszła do pokoju chłopców. Jeremy mruknął coś i przekręcił się we śnie, ale się nie obudził. Przeszukała plecak Josha, nie ksiażki technicznej w nim nie znalazła. Dwa zeszyty, trzy długopisy, książkę od matematyki, stary nóż od rzeźbienia i kilka drewnianych monet. Nie mogła się nie uśmiechnąć, nie oglądając tych cudeniek.

Josh wpadł na to nieco ponad miesiąc temu po przypadkowej rozmowie z kolegą. Teraz brał klocek dobrego drewna, ciął go na grube koła, a następnie strugał z nich coś na kształt monet, o wielkości niewiele mniejszej niż wnętrze dłoni. Coś co wyglądało jak moneta w rzeczywistości bardziej przypominało herb. Wewnątrz rzeźbił co chciał kupujący: a to wilka szczerzącego kły, a to ryczącego niedźwiedzia, czasem mądrą sowę, czy jastrzębia. Monety na początku wywołały szał wśród okolicznych chłopców, którzy zwykle chcieli mieć jakąś groźną bestię, ale ostatnio wspominał, że zamówienia złożyło też kilka dziewczyn, z czego jedna chciała różane kłącza oplatające serce, a inna nocne niebo.

Josh chętnie przyjmował i takie zamówienia bo lubił rzeźbić różne rzeczy, a do tego miał wyjątkowy talent do detali i spoglądając na jego dzieła trudno było uwierzyć, że nie jest profesjonalnym drzeworytnikiem. Ostatnio coś przebąkiwał, że mógłby zabierać się z Oakiem raz w tygodniu do jednego lakiernika, który zgodził się lakierować krążki, jeśli dostanie od razu większą ilość. Chłopak już teraz pobierał symboliczną opłatę, a w ten sposób może mógłby iść z tym do jakiegoś sklepu i zarobić prawdziwe pieniądze.
O swojej rodzinie też nie zapomniał. Matce wyrzeźbił widok leśnego jeziora, z którego wydawała się zadowolona na swój sposób. Jenny dostała wyrzeźbionego kadyceusza, którego Josh znalazł gdzieś w książce od historii, a Jeremiemu wyrzeźbił postać maga z laską i w szacie z kapturem jak czasem przedstawiano Tyriona, który ostatnio stawał się bohaterem malca. Tylko Jas jeszcze nic nie dostała. Josh twierdził, że nie może znaleźć odopowieniego motywu do rzeźby, ale dziewczyna nie wiedziała ile w tym prawdy a ile codziennej obrazy.

W każdym razie zostawia plecak i przeszła do komody przeszukać szuflady. Książkę znalazła w drugiej i już miała ją zamknąć, gdy coś z głębi przykuło jej uwagę. Sięgnęła i wyciągnęła wydanie bibli. Było to o tyle dziwne, że była to ta sama książka, która została im jeszcze po dziadkach jej mamy na strychu i miała iść do wyrzucenia, bo przemokła i zapleśniała do tego stopnia, że nie dało się jej już czytać. Jas mgliście kojarzyła, że dała ją Joshowi, żeby wyrzucił i była pewna, że ten to zrobił. Jednak ta którą trzymała w rękach została prowizorycznie odrestaurowana, okładka została ułożona na delikatnych listewkach, wygładzona. Reszta wysuszona i oczyszczona. Można by nawet przypuszczać, że to inna książka, ale zajrzała za okładkę: był tam rozmazany wpis, w którym rozpoznała dedykację od pradziadka dla prababki. Ciekawe, Josh nigdy nie sprawiał wrażenia przesadnie religijnego, raczej przejawiał typową dla rodziny Hideów przyziemność i rozsądek. Może więc nie chciał wyrzucać rodzinnej pamiątki?
Do tego ksiażka wydawała się dziwnie lekka jak na takie tomiszcze… Jeremy poruszył się we śnie, więc postanowiła zostawić to na kiedy indziej, może spytać brata jak wróci. Odłożyła biblię, zabrała książkę od techniki i wróciła do kuchni.

Usiadła za stołem, otworzyła książkę i zaczęła ją kartkować w poszukiwaniu jakiegoś prostego, rolniczego narzędzia z porządnym opisem. No i proszę, trudno o coś prostszego.
„Sierp” głosiła notka pod schematem i zdjęciem „podstawowe narzędzie rolnicze do ręcznego koszenia traw i zbóż. Zbudowany jest z metalowego rdzenia o kształcie zbliżonym do pytajnika, z ostrzem w kształcie półksiężyca i drewnianej rękojeści nakładanej na okrągły bolec. W zależności…”
Schemat oczywiście nie zakładał magicznego wyrobnictwa, ale to akurat nie stanowiło problemu: części składowe były proste, a sposób złożenia i wymiary pokazano. Grunt to już tylko dobrze to wykonać.

Zamknęła oczy i zaczęła oddychać. Schematy, które ćwiczyła z Wingiem do znużenia weszły jej głęboko w krew. Schemat pierwszy by się uspokoić, potem piąty, bardzo wolny, pomagał skupić się na magii. Świat powoli się kurczył, aż nie widziała swoim magicznym zmysłem niczego poza stołem i najbliższym otoczeniem. Gdy świat zewnetrzny nie tylko zgasł, ale i się wyciszył, przeszła w regularny i szybszy trzeci schemat, który pomagał w skupieniu.

Przed sobą widziała wyobrażenie stołu, który normalnie niemal nie istniał na płaszczyźnie magicznej, ale przywołała go tu dla potrzeb wyobrażenia. Wszystko było schematyczne, lekko lśniące perłowym błękitem, ale poza tym pozbawionym koloru o ile go świadomie nie nadała. Dotychczasz gdy coś robiła wypuszczała bezkształtne macki swojej mocy z ciała, tym razem jednak poszła za radą Winga, rzuconą niemal mimochodem. Choć jej cielesne ręce pozostały opuszczone, uniosła ich magiczny odpowiednik nad stół. W tej chwili czuła je bardziej niż swoje „prawdziwe” ręce. Wing twierdził, ze umysł łatwiej sobie radzi z tym co zna, więc tworzenie przy pomocy rąk ma więcej sensu niż operowanie bezkształtną masą. Efekt jest zwyczajnie lepszy.

Przystąpiła do intensywnej pracy. Nawet nie przypuszczała, jak trening wyobraźni pomaga w czymś takim. Jej magiczny wzrok był ostrzejszy niż zwykle, wszystko prezentowało się bardzo szczegółowo, realistycznie. Zawiesiła ręce nad stołem i choć magony płynęły podług jej woli nie ruchów dłoni, to ruszała odruchowo palcami, nadzorując ich przepływ, a one płynęły żwawiej i precyzyjniej niż zwykle. Zaczęła od metalowego trzpienia i ostrza, kładąc pierwszą warstwę i urzeczywistniając ją w atomy, łącząc, szeregując, grupując i stapiając. Nakładała kolejne warstwy, pozostawiając środek bolca pusty. Tam zmagazynuje później aktywne magony. Straciła poczucie czasu.

Gdy metalowa część została skończona, zajęła się drewnianą rękojeścią, powtarzając cały proces. Potem wykończyła mocowania, żeby drewno się trzymało, a na koniec zajęła się barwieniem całości. Gdy sierp był już gotowy, przelała ostrożnie część swojej mocy do wolnego miejsca w rękojeści. Nie było to być może zgodne z pierwotnym zamysłem, ale ostatecznie stworzyła tak gęstą strukturę, że nie bardzo miała tam gdzie włożyć kolejne magony.

Otworzyła oczy i przez chwilę jej zwykły wzrok się budził, choć nadal światło się nie zgadzało. Spojrzała kątem oka za okno. Słońce minęło już zenit i chyliło się ku dołowi, musiało być więc koło 16 może 17. Siedziała tak kilka godzin. Nic dziwnego więc, że była cała zesztywniała. Poruszyła kontrolnie mięśniami, ale poza zwykłym zastaniem nic jej nie było. Spojrzała więc na swoje dzieło.

Leżące na stole narzędzie było imponujące. Kształtem przypominał sierp ze zdjęcia, mimo że wyszedł jej troszkę większy niż normalnie, ale poza tym zdjęcie i jej produkt dzieliły lata świetlne. Podniosła go by obejrzeć w lepszym świetle. Był troszkę cięższy niż podano w książce, ale niewiele. Poza tym idealnie leżał w jej dłoni, co nie powinno dziwić, wszak stworzyła go dla siebie. Drewno było ciemne i pokryte siecią rys. Wyglądało na wiekowe i szlachetne. Tępa część metalu była ciemna, kolor przenikającej się szarości i granatu, natomiast ostra część przechodziła od szarości w biel. Wyglądał na piekielnie ostry.
Oczywiście przed jej magicznym wzrokiem pulsował blaskiem magii, ale i w jej ludzkich oczach miał w sobie coś… jakby pewną aurę szlachetności. Gdy wspomniała swój poprzedni „stół”, który stworzyła na targ nie mogła nie czuć pewnego zażenowania: cienkie, jednolite coś. Imponujące jak na samouka, ale bez nakrycia ledwo mogłoby udawać stół. Być może miała do tego talent…?

Wstała, ale krew natychmiast uderzyła jej do głowy. Wzrok zaćmiły czarne płatki, a nogi rozmiękły, szum krwi zagłuszył sierp wypadający jej z ręki i wbijający się, a raczej przebijający stół na wylot. Opadła na krzesło jak szmaciana lalka. Odruchowo zaczęła oddychać czwartym schematem pozwalającym przegnać zmęczenie, ale to trzymało się wyjątkowo mocno. Czyżby stworzenie najprostszego narzędzia aż tak ją wyczerpało? Poczuła się nagle senna, nabrała przekonania, że gdyby tylko zdrzemnęła się pół godzinki, wróciłaby do formy… zamknęła oczy tylko na moment…

Wokoło panowała śmiertelna cisza. Dosłownie. Wszędzie walały się ciała ludzi i Chiropter, ściętych tajemniczą siłą łączącą się jakoś z tamtą księżycową poświatą. Odwróciła się. Za nią, kilka kroków dalej stała Eliza Hawthorne.
- Good afternoon, Bearer of the Crest. How do you do? – zagadnęła, a Jasmine zdziwiło, że wszystko rozumie. Ostatnio ćwiczyli nieco Język Magii, a Jas była pojętną uczennicą i wiele już rozumiała i trochę umiała mówić, ale tym razem przekaz był doskonale czysty i przejrzysty. Zupełnie jak wtedy, podczas ataku, gdy Eliza dostała ataku.
- I have been wanting to talk to you for some time now – dodała Eliza… czy raczej ktoś. Bo choć ciało było „jasnowidzki”, a jej oczy pozostawały zwyczajnie, ten charakterystyczny głos i ton zapamiętała akurat bardzo dobrze.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Pią Wrz 28, 2012 4:04 pm

Pomacałam swoje ciało, chcąc sprawdzić, czy jestem w jednym kawałku. Nie, tego już za wiele. Najpierw mówi do mnie jakaś postać, której nie widzi nikt inna, a teraz to.. Nie mogąc wyczuć w pobliżu siebie łuku, bo niby skąd miałby się tu wziąć, odruchowo postarałam się wyczuć magię i na niej skupić moje zmysły, a szczególnie na wzmocnieniu mojej ochrony. Nigdy jeszcze nie słyszała o walkach we śnie, ale kto wie, kto lub co siedzi teraz koło mojego ciała. A w ten sposób może przynajmniej ochronię się w realnym świecie. Było to głupie posunięcie, jeśli zemdlałam z powodu utraty magii, ale nic lepszego nie wpadło mi do głowy. Ktoś mógł mnie chcieć otruć, a to mogą być omamy. Albo ktoś próbuje wtargnąć do mojego umysłu.
- Dobrze wiesz, że nie mogłam tam... tutaj zostać. Mam rodzeństwo, nimi nikt się nie zajmie. Zginęłabym jak Ci. - wystrzeliłam wskazując ręką, zamaszystym kołem, dookoła. Wing uczył mnie języka magii, ale jakoś mnie to nie przekonywało. Głównie polegało to na intuicji. Ściągnęłam brwi i zmrużyłam oczy.
- Say what you want or bring me back. If you only try to hurt my family... - skrzyżowałam ręce na piersiach i zacisnęłam wargi.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Pią Wrz 28, 2012 11:03 pm

Ciało, przynajmniej o ile mogła to stwierdzić, było całe i w porządku. Zdecydowanie w jednym kawałku. Z drugiej jednak strony nie widziała, ani nie czuła wokół siebie żadnej magii, nawet własnej. Oczywiście nie miała przy sobie ani łuku, ani nawet uprzednio przygotowanego sierpa. Jednak stojąca przed nią kobieta nie wydawała się szczególnie groźna pomimo scenerii, zdawała się raczej lekko zdziwiona.
- Oh? Why so defensive? Did I miscalculate? - rozejrzała się wokoło i jakby coś zaczęło jej świtać. - Ohhh... no, no. You don't have to worry about that. Of course Keira still don't exactly like you because of this, but this was a unfortunnate, minor event. However, this is now in the past, I'm not here now because of this. I just thought that the place where we first met might refresh your memory - przesunęła ręką wokoło i ciała rozpłynęły się w powietrzu. Too much details perhaps.

Przeszła się kilka kroków po placu targowiska, strzepała jakieś niewidoczne pyłki z sukienki. Odwróciła się do dziewczyny z nową powagą na twarzy.
- Now, Jasmine, I believe some introductions are in order, since our previous meeting didn't allow such basic display of manners. I am the Gift inside Eliza Hawthorn, the Oracle. This place is neither a dream nor an astral projection. This is my power: the Prophecy. Simply put, my message must be heard, regardless of obstacles. You can think about it as an interactive movie, if you like.
Eliza, czy też Wyrocznia, zaczekała chwilę, wyraźnie oczekując odwzajemnienia uprzejmości przez Jas. Po czym podjęła.
- I think it is too soon for us to be having this conversation. I would prefere you to grow up and mature in peace. But there is little time left. Not me, not you, nor the world have much left, not on the course we are on. Would you like to hear what I have to say? I will understand if you don't want to hear all of this. I am somewhat grateful: if not for you, I wouldn't be able to act in this day and age. That is why it is not my intention to harm you. But we are all part of this and the gears of Fate will turn, with or without you. Therefore you might equally regret hearing me out as well as turning a blind eye on my words. Do you want to talk or do you want to return to the waking world? Decide. Leave or ask, I don't mind any questions - Wyrocznia przesunęła dłoń, wnętrzem do góry, jakby coś jej podawała. Możliwość wyboru?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Pią Wrz 28, 2012 11:56 pm

Ten dar mi się nie podobał. Czy to dlatego na początku nie wyczułam go jednoznacznie? To tak, jakby ktoś żył w kimś. Ciekawe czy dobrze ją zrozumiałam. Mogłabym pobrać od niej dar? Zawsze trzymałam się na uboczu. Ale to, co stało się z Merlinem.. i ze mną. Bałam się samej siebie, nie mogłam sobie ufać. A jeśli nie, to komu? Miałam rodzeństwo, ale Jenny była zbyt wrażliwa, żeby zrozumieć moje dylematy, Josh znowu brał wszystko zbyt poważnie i reagował gwałtownie. O Jeremim już nawet nie wspominając. Poczułam się samotna. Szczególnie w tej eterycznej pustce, magicznej pustce. To tak, jakbym stała tu naga.

Westchnęłam, ale tylko delikatnie i ostrożnie uniosłam głowę. Nie chciałam się do tego mieszać, ale coś najwidoczniej mnie do tego ciągnęło. Przerzuciłam w głowie parę fraz, szukając odpowiednich słów.
- Are you sure that you're looking for me? I am only one of the millions, an ordinary woman. So if everything could go without us... me, why should I risk? I'm a tiny being, who can't change anything. Maybe I want to, but... it's impossible. - przerwałam na chwilę, aby zaczerpnąć trochę powietrza. Może go nie potrzebowałam, szczególnie w takim miejscu, ale umysł przyzwyczaił się do tej czynności.
- However, only my stupidity could let me waste a chance. You can say what you want, but I'll decide whether it's true or not. Can I ask you about everything? Am I right? So tell me, what can I do to help Strix overcome his fear of past? And to protect him against this, what can change him, against his dark side. - poczekałam na odpowiedź Wyroczni. Mój język magii nie był zbyt zaawansowany, więc starałam się mówić powoli, wydzielając dokładnie każde słowo. Słychać dało się też z pewnością mój akcent zalatujący Dystryktem Roli. Nadal byłam nieufna wobec postaci naprzeciwko, jednak starałam się zachowywać neutralnie.
- Do you know what Dust of Phoenix is? And should I be afraid of this fire bird? - nie zamierzałam kończyć, gdyż po chwili pojawiła się kolejna wątpliwość -And what can I do to protect my family? Has magic some limits, which can be exceeded? Who is the most dangerous person, who I should dread. - spojrzałam na Wyrocznię i jednocześnie słuchając jej słów, starałam się myśleć nad kolejnymi kwestiami.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sob Wrz 29, 2012 8:55 pm

THEME

Wyrocznia zdawała się nie dostrzegać wewnętrznych rozterek Jas. Może więc jakkolwiek wszechwiedząca, czy potężna się wydawała, nie wiedziała wszystkiego. Jej spojrzenie było poważne i lekko zaintrygowane, ale bynajmniej nie wrogie.
- You certainly are one of the millions, but by no means an ordinary existence. Let me illustrate this - uniosła ręce do góry.
Sceneria rozpadła się, zastąpiona nowym widokiem. Stały na szerokim pomoście technicznym, biegnącym między ścianami niebotycznej wieży. Budynek ciągnął się tak daleko jak wzrok sięgał powyżej i poniżej kładki. Była to monstrualna wieża zegarowa, albo coś na jej podobieństwo. Ściany pomiędzy czterema gargantuicznymi wspornikami wypełnione były wszelakimi mechanizmami, małymi i dużymi. Wahadła kołysały się na boki, przekładnie obracały, walce przesuwały, korby kręciły a niezliczone trybiki biegły wokół własnej osi popychając i będąc popychanymi przez inne.

- Small or big, everyone flows with the great flow of Fate. Everyone is part of this wonderful mechanism that is the world we live in. Everyone is important. When one gear stops, a whole part of the mechanism stops and the flow changes its course. But strain of many is too much for only one gear. If left alone, it would break, and nothing would change.
Okręciła się wokół własnej osi i spojrzała na Jasmine poważnie.
- Nothing is impossible. Very hard or painful maybe, but definetly not impossible. And I'm going to prove it. - Jej oczy zapłonęły zdeterminowanym blaskiem. - I was trying to advice humans in Delphi, I tried in Saint-Rémy-de-Provence, but they never listen. Why do you never learn, always repeating the same mistakes? I just want to help you and you drug me, use me, trick me, kill me... - Zrobiła krok w stronę Jasmine, wyciągając do niej rekę w niemal błagalnym geście. - Why is that? Humans are capable of so much more, so why do you succumb to your worst part? - opuściła rękę.
- But this time is different, I will act on my own and show you: future is not carved in stone. It can be changed. If all that Fate has to offer us is chaos and destruction, I will wipe that smirk off her face! - zacisnęła zęby i pięści. Zamknęła jednak oczy i zmusiła się do rozluźnienia. Potrząsnęła głową i odetchnęła. - But about that later.

- You are right, you can ask about anything. If it is in my power to answer, I shall do so. - Skinęła potwierdzajaco głową. Wysłuchała pierwszego pytania.
- Ah, yes. Jake Hive, test sample 7, codename: "Strix" - Wyrocznia odwróciła się bokiem do dziewczyny i spojrzała na ogrom mechanizmu. - Human heart is simultaneously strong and weak. It's quite complicated thing. Nonetheless, I'll try to answer that. - spojrzała Jas w oczy. - First of all, it's not his fear of past that you should be concerned about. From my point of view, he was chosen because of purity of his heart, and that cannot be conquered by the likes of hardships he went through. At the same time, that purity causes him to suffer more than normal. What more, his feelings for you seem to be very pure. In your futures I can see loyalty, devotion, love and sacrifice. And that is the main problem here.
Zbliżyła się na odległość kroku od łowczyni.
- Strix is deeply convinced that he made a grave mistake. That he sinned against you. A dark lump of negative emotions is growing inside of him and is eating away his soul, mind and sanity. Poor child, lost in the darkness. He fears you will unravel his sin, and hate him for it. He wants nothing more than to beg for forgiveness, but at the same time believes from the bottom of his heart that he is unworthy of being forgiven. His childhood, style of living and his deeds made him think that he is a monster. A filthy, terrible being. You know the conclusion to what I am saying, don't you? Even without my powers of seeing you should realize where this is going, right?

Być może Wyrocznie uznała, że podeszła zbyt blisko, bo cofnęła się o krok.
- If you want to save him, if you really do, it might be possible. It won't be easy. It might be even harder that what he goes through at the moment, but you are the only one who can save him from the darkness that dwells inside of him. My advice is this: speak to him. Make him confess his sin. Forgive him. Make him repent or whatever seems right in your judgment.

Kobieta wysłuchała kolejnego pytania, kiwając głową.
- Dust of a Phoenix? Of course, it's a common name for a residue remaining on body and clothes of magic users using large quantities of magic particles. When magons are realized into existence some of them crystallize on the casters body and clothes, because they originate from his shadow. In case of magic users with abundant power, Phoenix Dust is generated subconsciously by their shadow the same as humans produce CO2 while breathing. Some use extra precautions to hide it, but it requires a certain level of skill and constant concentration. - Popukała się w brodę, jakby zastanawiając się, czy nie przesadza ze skomplikowaniem wywodu. - Simply put: it's a sign of a powerful mage or manifestation of powerful magic. - Dodała, po czym machnęła reką, jakby dając znak, że idą z wywodem dalej, bo nie ma sensu tracić na to czasu.
- If by "fire bird" you mean current Incarnation of Phoenix, Merlin Sword, then only indirectly. But that's not the one who you should be afraid of. Seek higher, to the one pulling the strings behind Phoenix. The one who they call the Prime Minister and who is in fact the absolute ruler of this country - twarz Wyroczni przybrała taki wyraz, że Jasmine odruchowo się cofnęła. - Martin Stone - wypluła te słowa. - A selfish, spoiled child, who should be taught some common sense. - Potrząsnęła z niesmakiem głową. - But that's also in the future.

- As for magic. Magic is a primal force of this world, and as such know no bounds. But the same cannot be said of the second part of this equation: magic users, humans. There are two factors limiting humans in use of magic. First is inborn, that is the quality of gates through which magic particles can be realized into existence. The other is the cost of using magic. The same way as your body burns calories to move your muscles, analogical process occurs when your mind realizes magons into existence. In both cases there exist natural inhibitors, which protects you from using too much physical force or magical abilities. Both can be lifted in some circumstances. The same way adrenaline allows you to overexert your muscles in critical situations the same way your feelings, mental state and willingness to sacrifice allows you to break limits of your magic abilities. But there is always a price and not nearly as limited as ripped muscles. Your senses, memories, abilities, ability to move or speak, cognitive abilities, family, friends, luck, humanity, sanity, life... the greater the power, the greater the cost. Weak will perish, strong will fall. Let me give you an example...
Uniosła rękę i dotknęła swojej głowy, przymykając oczy.

- My power, the Prophecy, lets me trace magical flow of the world. Humans, animals, plants, earth, sky and from those movements it can calculate the probable future. Well, it sounds easier than it is, just like with reaching beyond the limits of magic, but it should do as an explanation. Anyway, a human brain, despite its wonderful structure, cannot manage such strain. Therefore, despite that I'm using part of my powers to heal myself, the strain on my brain from continuous use of the Prophecy degenerates my mind. In two years time effects of degeneration will show and before the third year passes I will be rendered mentally incapable of even breathing. In other words, the price of my foresight is death in short three years. That's why my time is running out.

Wyrocznia odetchnęła i przeciągnęła się w tym śnie.
- Oh my, it seems that all I talk about is grim stuff. And it doesn't end here, unfortunately. You asked me how can you protect your family. And you probably won't like the answer. As you are now, you can't protect them. They will be taken from you one by one. That is partly because of the Crest. The fate of your family changed in the moment your father stole it from the Capitol. Maybe even long before it. You might better understand what is happening around you if you imagine a world like a table. A very big table. Events and people are moving on this table according to various laws of the universe. And know imagine a great power, a power like gravity. This tremendous force twists usual laws, pulls events and people towards it. Makes impossible possible and unreal real. It's neither good nor evil, but things that you would normally deem improbable tend to happen often. And the artifact that was entrusted to you by your father has tremendous powers. You and your family were exposed to its influence for a long time and because of it your lives and destiny changed. Events have been set in motion... Jasmine. Your family has unseen potential to change the Flow of fate. Think about it, you want to protect your family. I consider human race as my family. Our desire is the same and I could really use your help. To change Fate. To change the world. For a brighter future.

- I know it may be too sudden, so think about it carefully. Do you want to ask about something else?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Nie Wrz 30, 2012 3:11 pm

Trawiłam przez chwilę wszystkie odpowiedzi. Coraz bardziej miałam wrażenie, że ktoś jest w czyimś umyśle. Tylko nie miałam pojęcia jak to dokładnie działa. Te wszystkie obrazy, zmiany scenerii, akcesoria. Co się ze mną działo? Zrobiłam krok w bok.
- You're wrong. You only see that, what is possible to happen. You would never say me all this things if you'd known that it'll not change me. Don't say anything, I'll find my way to protect everybody I... love. - zaczęłam dość gwałtownie i zdziwiłam się sprzeciwem w swoim głosem. Potem mój głos stawał się coraz słabszy, aż ostatnie słowo odbiło się jedynie lekkim echem w moich strunach głosowych. Wzięłam jeden głęboki oddech starając się odsunąć emocje na bok.
- The rest of course makes some sense. - odczekałam jeszcze chwilę namyślając się - But I would know, why did you take Eliza to Capitol? Why did you run away from Strix? - poczekałam spokojnie i przyklęknęłam, po czym postarałam dotknąć powierzchni, na której stoję. Potem pokręciłam głową i znowu zaczerpnęłam powietrza. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- I shouldn't say this.. I don't believe I say this.. but I do everything to make the world a better place to live. I know, I'm only the one of many. However that doesn't mean I can't change something for my family, my town. So if we have the same aim, what would you like to do? - spojrzałam na nią i uniosłam jedną brew.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Pon Paź 01, 2012 7:41 pm

- Yes, my predictions aren't absolute. I don't pretend to be a god. But it's still around 99% accurate. Despite that, I don't believe that future is set in stone. That destiny can't be changed. What's more, you are right, I'm telling you all this in hope that it would change your mind, and in effect, that what will happen next. I too want to protect everyone I love, you know? - Wyrocznia zacisnęła dłoń na sukni nad piersiami. Spuściła wzrok.

Poniosła jednak ponownie oczy na Jasmine.
- There are two reasons why I took that journey and elude your friend. - Powiedziała poważnie. - For the first one, you must consider who our main enemy is. Martin Stone holds this whole country in an iron grasp. People of this country, and even members of the Army, may not be the ones who we must fight, but they create a considerable power and obey the so called Prime Minister. He also have the 12, the Phoenix and his sister and many more aces up his sleeve. If I would take him lightly or challenge him head-on, I would be killed on the spot. To counter that, I need an equal power, an organization associating countless people, independent. A force to put me on equal footing with the Prime Minister. And there is only one such force in this country.

W umyśle Jas musiała się formować odpowiedź zanim poznała odpowiedź, co chyba widać było w jej oczach, gdyż Wyrocznia się uśmiechnęła i skinęła głową.
- Yes. The Church of Ra-Zah. The very organization built around the Crest's counterpart: the Chalice of Ra-Zah. Right now, I'm at the base of the Spire, at the Cathedral of Saint Chalice.
- As for why I eluded Strix, that's quite simple. I might be able to predict his movements, but that doesn't mean I could compete with him in a contest of power. And since he doesn't take well anything that might have endanger you or your family and my actions will probably put you on the front lines in this fight... let's say that the conclusion I reached wasn't favorable for me. I'm sorry if my actions will ever put you or your family in danger or cause you pain or sadness. If that's the case, that will mean that other course of action would cause more people to suffer, or would have even worse consequences for you.
- Do you understand, what I'm saying? - spytała, choć jej twarz wyrażała wątpliwości. - Even if you could sacrifice others for your close ones, I can't. There are so many people like you in this country. Children without parents. Parents who lost children. Separated loved ones. When you see them all, it's so much harder to say "no, just not them, anybody else but not them". As much as I'd like to be your friend it would be not only cruel, but also unjust to put you above all others.

- Well, that being said, if you somehow still don't hate me, hear me out. - Uniosła w górę palec, jakby zaznaczając ważność swoich słów. Pochyliła się w stronę łowczyni. - It is not enough to topple Martin. Even if you remove the head of this Hydra, another will appear. Of course, we still can't leave him be, he is after all extremely dangerous man, but there is more important goal. Even if one gear stops or is removed, the general flow of Fate won't change. There is only one way to change this country and it is to change its people. Both powerful and powerless, strong and weak, good and bad, seeing and blind, gifted and normal, rich and poor.

Wyrocznia wyprostowała się.
- You don't have to worry about it yet. It's not in the least a simple task and will take time. What you should do now is protect your family. I'll try to give you some advice. You're no good to me dead, right? - kobieta mrugnęła do niej w mało zabawnym żarcie.
- Well, our perspectives are different, so that might be a little difficult. Hmm. Let's do this: I can give you a small gift. A glimpse of the future. As I said, your paths have been bent in an extraordinary manner. Turning back is near impossible now. But that's still just the beginning of the road and I believe that the outcome can still be decided. I could show you the outcomes I saw and then you could decide what to do. Who is better prepared to decide for your family than you? Would you like to? See the possible, bittersweet futures of your siblings?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Pią Paź 19, 2012 8:06 pm

Zmrużyłam oczy i pokiwałam głową. Można powiedzieć, że byłam niemal w stanie kipiącej we mnie złości. Oczywiście byłyby to stan niebezpieczny i widoczny, gdybym nie była sobą. Mój oddech był spokojny i miarowy, mogłam się nie zgadzać z tym co mówi Wyrocznia, ale teraz i tak nie mogłam jej nic zrobić. W sumie po co bym miała? Irytowała mnie już wystarczająco cała sytuacja. A wyżycie się na kobiecie, którą niemal opętał jej dar nie było dobrym pomysłem. Bezsilność zawsze jest nie do zniesienia.
- I know. Everybody have ones aims. I can't demand that you'll protect my family - it's my task. I understand you more then you think, I'll always have to choose between bad and worse. - zrobiłam pauzę i starałam się ponownie zebrać myśli.
- I don't know what you're planning, I can only guess. I have no knowledge about Chalice of Ra-Zah, I heard legends, but nothing more. It's some idea to turn Church against Prime Minister - but it'll be hard. All I can say you it's "goog luck". - starałam przypomnieć sobie wydarzenia z targowiska. Mało brakowało, gdybyśmy tylko znaleźli się na drodze Chiropter. Ilu ludzi tam zginęło? Ile istnień nie zdążyło uciec?
- But I still don't understand where is my role to play? Why are you telling me everything about... that? - przerwałam na chwilę, poczekałam na odpowiedź, po czym nie wytrzymałam i wypaliłam.
- Could you say a little about my ancestors? About people who have had my gift in the past? Who were they? What could have they do? Do you know their histories? - poczekałam jeszcze moment i dopiero kiedy Wyrocznie skończyła mówić, moja twarz przyjęła kamienny wyraz.
- Some information should remain uncovered. I can't say what you have to show me. I think it's your decision whether you want to reveal me future of my siblings or not. Only you are able to predict how this news influence me. - wyciągnęłam rękę do przodu i spojrzałam kobiecie w oczy, oczekując decyzji.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sro Paź 31, 2012 10:38 pm

- Why do I tell you all this? - zdziwiła się Wyrocznia. - Isn't it obvious? Oh, well, maybe it isn't, but it's quite simple. You might think that this world is full of people, but in fact it's full of monsters. People who can crush mountains or boil seas dry. People with minds more destructive than nuclear warhead and those who can kill you with a wave of their hand. And I'm just a little woman in a world full of monsters. I'm just a freak who can guess some things, that's all. You on the other hand, you are a monster. A fledgling maybe, but a real deal nonetheless. And this little woman needs allies to stand a chance in this monstrous clash... so a Bearer of the Crest seems like a logical option, no?
Kobieta uśmiechnęła się zachęcająco. Założyła ręce za plecami i cofnęła się dwa kroki.

- Ahh, past Replicants? That's quite the subject. Energetic, rowdy bunch, all of them. Most of them didn't even know what was it that they were doing, though. In ancient times they were considered Gods or Demons, depending on who you ask.
Kobieta przyłożyła palec do linii ust, zastanawiając się.
- Some detested them, because of their unstable behavior and short temper. Some envied the power they could amass. Some even thought of them as saviors of the magical world. I was one of this last group. Did you know that Replicants had other name? Well, besides the curse words. Some called them the Skeleton Keys. That's because of the nature of their ability to acquire powers of others, but that's only half of the truth. The other half are the Lost Magics - uśmiechnęła się.

- You may realize it or not, but magical power existed in this world since the dawn of time. It form and character changed over time, like the form of this very world. Magic was old long before humans even came to be, not to mention those short few hundred years after the Awakening Virus when magic came into human perception. And as time passed, magic evolved and some forms of it were lost. Special people and other beings died, ending their bloodlines. Unique places crumbled to dust. All of it forms a Lost Magics. And Replica is one of the few powers in this world that could revive those gifts. Well, what you think of it, or your reckless ancestors is up to you. Going back to your family's future... -Wyrocznia wyciągnęła rękę w jej stronę, jakby chciała ją złapać, ale zamiast tego zacisnęła ją w pięść i opuściła. Roześmiała się.

- Well, maybe I'll give it a rest. They would be good, respectable people. You could be proud of them. Now that their destinies have been amplified... I'm sure you'll do something about it. Our time is up it seems. Maybe we'll talk later, now I'll return you to your home. Oh, before that, a piece of advice - dodała nagle. Uniosła w górę palec, jakby zaznaczając istotę tego co mówi.
- Beware of a beast in human form. Soon it will come to take part of your heart from you. That's all.
Uśmiechnęła się.
- I wish you all the good luck. Goodbye, Jasmine.

Wyrocznia odwróciła się i zaczęła odchodzić. Wszystkie koła, zębatki i przekładnie nagle zatrzymały się. Cały mechanizm zaskrzypiał przeraźliwie. Metal spękał i powietrze wybuchło częściami wieży. Kładka rozpadła się, a Jas runęła w dół wprost... na krzesło.

Jenny spojrzała jej w oczy i uśmiechnęła się. W rękach miała koc, którym najwyraźniej ją przykrywała.
- Och, wybacz, nie chciałam cię obudzić. Ale dobrze się składa, zrobię kolację.
Wyprostowała się i zaczęła krzątać po kuchni.
- Josh jeszcze nie wrócił, Jer siedzi z matką. Ach, Cindy wyszła jak spałaś - dodała, najwyraźniej nie nadając żadnego szczególnego znaczenia drzemce siostry. Wstawiła wodę na ogień. Potarła twarz, wyglądała na zmęczoną. Zbyt wiele zajęć, zbyt wiele pracy, za mało odpoczynku. Jak cała rodzina. - Przy okazji, możesz mi powiedzieć, co to jest? - wskazała na sierp, wciąż wbity w stół. - Z czego to jest, z ołowiu? Nie dałam rady wyciągnąć go ze stołu...
Co było dziwne, bo Jas nie wydawał się cięższy niż kilogram, może dwa. Góra trzy.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Czw Lis 01, 2012 12:11 am

Przymknęłam oczy. "To było naprawdę?". Potrząsnęłam głową z kpiącym uśmieszkiem.
- Zmęczyłam się i... zasnęłam. To dziwne. - jeszcze przez chwilę tępo przypatrywałam się działaniom siostry, rozmyślając o tym, co zdarzyło się, albo nie zdarzyło przed chwilą. - Ale nic nie szkodzi. Nie powinnam spać. Teraz. Tutaj. - po chwili dotarło do mnie, że to coś, co zostało wbite w stół, to sierp. I to nie byle jaki. - Ach, tak. To... sierp? No wiesz. Jest z metalu. Przynajmniej tak mi się wydawało. - moje brwi przysunęły się ku sobie. Chwyciłam rękojeść narzędzia i spróbowałam delikatnie wyciągnąć ostrze ze stołu. Sierp mógł w sumie stanowić przedłużenie mojego ciała, ale czemu Jenny nie mogła go wyciągnąć? Coś zrobiłam nie tak? Stopiłam go z drewnem w stole? Gdyby ostrze nie chciało wyjść, zostawiam je na chwilę i wstaję.
- Pomóc Ci w czymś? Ostatnio chyba faktycznie jest ze mną coś nie tak. - podrapałam się w skroń - Czekaj, jaki jest dzisiaj dzień tygodnia? - spojrzałam z dziwną miną na siostrę i starałam się przeniknąć przez jej oczy w wnętrza.
Byłam zmęczona z powodu rozmowy, czy tworzenia? To Wyrocznia mnie otumaniła, czy sama dałam jej okazję do spotkania? Zajęłam się przygotowywaniem kolacji.
- Ach, i co tam u Cindy? I czy wiadomo coś nowego w sprawie tych dziwnych zniknięć? - spojrzałam na siostrę wyjmując metalowe widelce i łyżki z szuflady.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sro Lis 07, 2012 9:25 pm

- A co w tym dziwnego? Przemęczona jesteś, powinnaś więcej odpoczywać - skomentowała siostra-hipokrytka. - Mówię to jako twój lekarz - dodała z lekkim uśmiechem. Sięgnęła po deskę i nóż, żeby posiekać warzywa na sałatkę.
- Tak, widzę, że to sierp. Bardzo sierpowaty. Ale skąd go masz? Nie przypominam sobie, żebyśmy taki mieli, a wygląda na dość stary. I drogi. Nie stać nas na coś takiego - westchnęła.

Jas chwyciła rękojeść sierpu. Wydawała się dość normalna. Spróbowała go wyciągnąć. Ostrze bez problemu poradziło sobie z drewnem i wyszło bez oporów. Wyglądało wręcz na to, że trzymało się siłą przyzwyczajenia. Łowczyni obejrzała narzędzie na wszystkie strony, ale nie dostrzegła na nim żadnej skazy. Było równie piękne jak po stworzeniu. I rzeczywiście może lekko ciężkawe jak na sierp, ale bez przesady. Jenny zmarszczyła brwi, odkładając nóż.
- Dziwne, mogłabym przysiąc, że to ołów, albo inne ciężkie cholerstwo - powiedziała podchodząc. - Pokaż na chwilę... ugh...
Odebrała ostrożnie sierp od siostry, ale gdy tylko go schwyciła, jej ręka poleciała gwałtownie w dół. Zachwiała się i byłaby poleciała na łeb na szyję na podłogę, ale jej palce nie wytrzymały i narzędzie wypadło na posadzkę. Jenny złapała się stołu i odzyskała równowagę.
- A niech mnie, dziadostwo musi ważyć z tonę... widać mnie nie lubi... - spojrzała z urazą na narzędzie, a potem parsknęła śmiechem i pokręciła głową. Na szczęście się nie skaleczyła, więc machnęła tylko ręką na dziwny sierp.

- Piątek. Na pewno dobrze się czujesz? Opraw mi kurczaka, to zrobimy gulasz. Albo potrawkę jak wolisz - powiedziała, wracając do siekania. Jas skorzystała z okazji by podnieść produkt swojej pracy i odłożyć go na stół. Wciąż nie czułą żadnego nadnaturalnego ciężaru. Zajęła się dzieleniem mięsa na sztuki.
- Zniknięcia...? - Jen przez chwilę wyglądała jakby nie wiedziała o co chodzi. - A, to. Nie, nie miałam czasu z nikim rozmawiać, więc nie wiem. Zajęta byłam Cindy, a ona mówiła o czym innym, co zrozumiałe... sama nie wiem, Jas. - Nóż zamarł w połowie marchewki. - Nie wiem co się z nią stało. Cud, to słowo ciśnie mi się na usta. Pamiętasz jak tu przyszła rano i myślałyśmy, że Armia jednak ją uleczyła, a ona zaprzeczyła? No więc sama nie wiem w co wierzyć.

- Zbadałam ją jak mogłam, ale nic z tego nie trzyma się kupy. Jej choroba zniknęła bez śladu, nie widać żadnych uszkodzeń, wszystko wróciło do normy, a nawet lepiej. Dziewczyna od urodzenia przykuta do łóżka biega, skacze... to wspaniałe, ale... - Łowczyni widziała, że Jen strasznie to trapi z jakiegoś powodu. - W pierwszej chwili pomyślałam, że kłamie, że jednak Armia ją wyleczyła po cichu, po nocy, nie wiem, ale...
Spojrzała Jas prosto w oczy, jednak jej wzrok zaraz opadł ku desce do krojenia.
- Jej magia... wpierw nie zwróciłam na to uwagi, ale gdy zabrakło mi środków, sprawdziłam jej cień, na ile potrafiłam. To musi być pomyłka, prawda? Pewnie jestem jeszcze niedoświadczona, to wszystko, gdyby zbadać ją profesjonalnym sprzętem... - powiedziała, ale bez przekonania. - Ale jeśli to prawda to... nie ma. Cała jej magia zniknęła. Oprócz iskierki, niezbędnego minimum, które posiada nawet najbardziej ślepy na magię człowiek, to nie zostało w niej nic. Gdy była przykuta do łóżka, widziałam jak Cindy parzy sobie herbatę i sprząta w pokoju tylko myśląc o tym, choć nie mogła nawet kiwnąć palcem. Teraz nie mogłaby podnieść nawet ziarnka piasku, gdyby nie sięgnęła po niego ręką. Znaczy, wydawała się szczęśliwa, ale... przepraszam, pewnie za dużo się w tym doczytuje.
Nóż ruszył z powrotem, obierając, krojąc i siekając.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Nie Lis 11, 2012 12:56 pm

Potarłam głowę ze zdziwieniem, patrząc na sierp. Westchnęłam i odwróciłam się w stronę kurczaka.
- Miał być z żelaza, ale chyba coś poszło nie tak - rzuciłam jeszcze. "Czy to w taki sposób magowie Jedynki tworzą kryształy? Tylko oni nie muszą tracić przytomności po wytworzeniu każdego - mają już szkielet z magicznych kryształów. Ciekawe czy przerabianie tych akumulatorków byłoby bezpieczne. Ba, czy byłoby w ogóle możliwe? A co, jeśli one działają tak jak mój sierp na Jenny?” rozmyślałam nad różnymi sposobami wykorzystania takich kryształów i jak wiele tajemnic muszą skrywać mieszkańcy Kapitolu, ile muszą mieć udogodnień, o których my nie śmiemy nawet marzyć. Gdyby tylko udało mi się zdobyć czysty kryształ. Mechanicznie wykonywanie wyuczonej czynności pozwoliło mi odpłynąć myślami.
Po czym obudziłam się na kolejne słowa Jenny.
- Kto był u niej ostatnio? – przerwałam pracę z kurczakiem i ostro spojrzałam na siostrę – Mówiła, że poznała ostatnio kogoś nowego? Kogoś… wyjątkowego? – zmarszczyłam brwi – Armia musiałaby mieć w tym jakiś interes. A zazwyczaj nie wypuszcza swoich „okazów” na wolność. Zbyt duże ryzyko. Chyba, że zmienili taktykę. Albo… są to ostateczne próby, żeby całkowicie pozbawić ludzi mocy.. – na ułamek sekundy w moich oczach pojawiło się przerażenie. Gdyby Kapitol zdobył możliwość całkowitego pozbawienia kogoś mocy, nie musieliby już przeprowadzać wszystkich testów, a jedynie utrzymywać Rody – nawet najsłabszy Widzący z Kapitolu mógłby poradzić sobie z dowolnym mieszkańcem Dystryktu.

Co gorsze, Cindy mogła spotkać kogoś, kto dysponuje darem. Darem odbierania wszystkiego. Albo tylko potencjału. Ale wtedy choroba Cindy musiałaby być spowodowana magią. Ale jaki miałby w tym interes? Tyle teorii. Magia nie znika sama z siebie, to pewne.
- Mogłaś mnie zawołać, razem byłoby nam łatwiej – powiedziałam i wróciłam do kurczaka – Miała przynajmniej podstawową ochronę, czy utraciła wszystko? Wystarczy jedno pchnięcie, aby zatrzymać jej serce i nikt nie dowie się kto to zrobił? Ii… czy możesz ją wyczuć z odległości jako cień? – zmarszczyłam znowu brwi i prychnęłam.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sro Sty 02, 2013 12:20 am

Jenny roześmiała się nagle, jakby zaskoczona pytaniem.
- Zabawne, że o to pytasz, bo owszem wspominała o kimś. W życiu nie uwierzysz... - zrobiła dramatyczną pauzę. - Spotkała anioła! - dokończyła i znowu się roześmiała. Westchnęła i pokręciła głową, niemal samoczynnie kontynuując przygotowanie potrawy.
- Ale poważnie, miała sen, że odwiedził ją anioł, wysłany przez wszystkie siły niebieskie chyba. Podobno zjawił się w jej sypialni i zaproponował jej, że ją uleczy w zamian za jej moc. - Dziewczyna ponownie westchnęła, już mniej radośnie. - Jeśli o mnie chodzi, to cokolwiek się stało... albo ktokolwiek jej to zrobił, musiał jej coś podać na czas... procesu - Jenny najwyraźniej nie chciała tego nazywać operacją ani cudem.
- Coś pewnie częściowo halucynogennego, a jej umysł dorobił sobie resztę do obrazka, usunął co mu się nie podobało i dodał anioły i boską misję. Obawiam się, że od niej prawdy się nie dowiemy.

Dodały składniki do gulaszu i zajęły się przyprawianiem i szykowaniem zastawy. Jas poszła obudzić Jeremiego, a Jen sprawdziła co słychać u ich matki. Dzieciak wybudzał się powoli i ślamazarnie. Jenn zameldowała, że matka bez zmian. Ich brat jeszcze nie wrócił.

- Oj, daj spokój, zasnęłaś przy stole i wyglądałaś na taką zmęczoną. Naprawdę, powinnaś bardziej o siebie zadbać - zasmęciła znowu jej siostra. - A jeśli chodzi o cień Cindy... oczywiście mówię tylko na tyle o ile. To jej bariera wydaje się w porządku. Ciężko mi ocenić czy jest taka jak zawsze czy słabsza, naprawdę nie pamiętam, ale jest tam. W środku nic nie ma poza iskierką, dlatego trudno mi ją zobaczyć spoza paru metrów, ale nie sądzę, żeby można ją było... no, uszkodzić ot tak. Choć nie wiem czemu ktoś by chciał... ech, co za ponury temat się zrobił - poklepała się po policzkach i uśmiechnęła na próbę.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Pią Sty 04, 2013 9:09 pm

- To mogło być wszystko. Dobrze, że chociaż to pamięta. Może w przyszłości się dowiemy. - zrobiłam chwilową przerwę i dodałam neutralnie - I uważaj na nią - zacisnęłam wargi i wróciłam do pracy.

Po powrocie z pokoju brata zapytałam Jenny, niemal retorycznie, jak dawno Josh wyszedł z domu. No i czy mówił, po co. Może nie powinnam być na niego zła, ze względu, że pewnie moje zniknięcia podobnie wyglądają, ale.. mimo wszystko był młodszy. I z jego charakterem mógł wpakować się w kłopoty. Z którymi potem ja musiałam sobie radzić. Po chwili jednak odrzuciłam od siebie czarne myśli i westchnęłam.
- Gdyby nie było tej ponurej strony medalu nie bylibyśmy w stanie zobaczyć promieni Słońca. - uśmiechnęłam się delikatnie i szturchnęłam siostrę - Wyobraź sobie, co by było, gdybyśmy mieszkali w Kapitolu. Każdy by nas nienawidził. A do tego całymi dniami musielibyśmy przesiadywać w tych szklanych domkach, a drzewa widzielibyśmy tylko w programach przyrodniczych.

Jutro zaczynał się weekend. Zmrużyłam oczy i zastanowiłam się, jak dawno widziałam Strixa. Powinnam wybrać się na obrzeża na trening. Szczególnie po wizycie tej Wyroczni. Postanowiłam streścić się z posiłkiem i wyjść z domu zanim się jeszcze ściemni. Po wydarzeniach ostatnich miesięcy szczególnie ciężko było mi się wywlec z domu w nocy. Nie wiem, czy było to spowodowane strachem o siebie czy o pozostawione same sobie rodzeństwo.
- Wiesz, muszę jeszcze coś załatwić u Magde i będę musiała wyjść. Poradzisz sobie sama? - spojrzałam wymownie na Jenny i zaczęłam pogrążać się w myślach o tym, w jaki sposób wykorzystam dzisiaj owoc mojej pracy.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Wto Lut 05, 2013 10:00 pm

- Tak, wszystkie cuda medycyny na wyciągnięcie ręki... potworne. Ech, czasem się zastanawiam, czy oni nas wszystkich nienawidzą? Czy gdybym się tam urodziła, widziałabym w nas tylko prymitywnych brudasów, którzy... no, kiedyś to się zmieni. Musi się zmienić, nie?

Młodsza siostra pokiwała głową. - Pewnie, nie ma sprawy. Mam jeszcze wolne pół soboty, ale potem jestem umówiona na resztę dnia i niedzielę. Zajmiesz się tu wszystkim wtedy, prawda? Na Josha nie ma co liczyć...

Jenny odpowiedziała, że ich brat przepadł niemal z samego rana, jak zresztą często ostatnio. A wybrał się po pewien specyficzny gatunek drzewa, który rośnie głęboko w lesie. Zdawało się, że ostatnio prawie nie ma go w domu, albo ma coś do załatwienia w mieście, albo w lesie, albo jest w szkole, albo polu.
- I w ogóle nie rozumiem po co mu tyle tego drewna i tak zawsze wraca z kawałkiem czy dwoma. Niby wiem, że nikt nie może zobaczyć, że wynosi drewno z lasu, ale naprawdę... o wilku mowa.

Postawiły kolację na stół. Do domu wpadł Josh. Zniósł do piwnicy dwie schowane pod bluzą gałęzie. Wrócił i zasiadł do stołu.
- Mmm... co dobrego macie? - zapytał zaglądając do garnków. Włosy miał potargane, Jasmine zauważyła rozdarcia i zadrapania, które albo przeoczyła wcześniej albo były świeże. W kapturze miał dwa zerwane liście.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Pią Lut 08, 2013 8:02 pm

- Całą niedzielę? No nie wiem, coś wykombinuję. - mruknęłam. Gdy Josh wparował do pomieszczenia, odprowadziłam go wzrokiem w tą i z powrotem, po czym podeszłam do niego i chwyciłam palcami dwa liście, które zapodziały się w jego kapturze. Potarłam je w palcach po czym powąchałam. Potem postarałam się rozpoznać, skąd pochodzą i czy w jakikolwiek sposób mogą świadczyć o tym, gdzie Josh przebywał.
- Wiesz, że w kolejnej bójce nie zdołam Cię wybronić? Może jednak powiesz mi, co ty tam robisz? - spojrzałam na niego znacząco, żeby nie mógł uciec od mojego wzroku. - Szczególnie teraz, kiedy zwiększyli patrole. Myślisz, że jeśli te zadrapania mało bolą, to jesteś kuloodporny? - poczekałam aż odpowie i nie pozwoliłam mu dojść do garnka.
- Masz coś zaplanowane na dzisiaj? Nie ważne, szykuj się, po posiłku wychodzimy. - powiedziałam bez drgnienia w głosie, z kamiennym wyrazem twarzy i zabrałam się do wcześniejszych spraw.




avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Pon Lut 18, 2013 12:10 am

Jasmine wyciągnęła dwa liście z kaptura brata. Pierwszego nie poznawała, był niewielki, średniej długości, ale wąski. Gęsto żyłkowana powierzchnia była dość gruba i lśniąca jakby nawoskowana, całkiem możliwe, że był to nawet liść z owego specjalnego drzewa po które udawał się Josh, ale nie była pewna. W drugim liściu rozpoznała osikę, po niemal okrągłym kształcie i nieco ząbkowanej krawędzi. Osika nie była wcale rzadka w lesie, który choć mieszany, miał dominujące drzewa liściaste. Największa koncentracja tego gatunku znajdowała się najpewniej na południu od ich domu, ale to wciąż był spory obszar.

- Bójce...? - jej brat przez chwilę wyglądał jakby nie wiedział o co chodzi, ale zaraz załapał. - A... to. Należało się gówniarzowi. Nie będę spokojnie się przyglądał jak się pastwi nad moją siostrą. A jak chcą mnie wyrzucić to trudno, zostawię szkołę i pójdę do pracy. - Wzruszył ramionami, choć sam przy tym niewzruszony całą sytuacją. - Co robię, gdzie? W lesie? - spytał obchodząc stół, zablokowany przez Jasmine. - A co mogę tam robić? Zbieram dobre drewno, musi być dobre, żeby wyrobi z niego dobrze wyglądały i się sprzedawały, chyba logiczne? - niemal odwarknął. Gdzie się podział ten słodki chłopak? Stojący przed Jas nastolatek wyglądał coraz bardziej jak chodząca chmura burzowa, dobry humor gdzieś mu ulatywał, zastępowany przez złość i irytację.
- Co to jest...? - schylił się i podniósł pozostawiony na podłodze sierp. Bez żadnego problemu. - Hmm...? - Spojrzał na niego zdziwiony, potem przeniósł wzrok na siostry, ale ostatecznie ponownie wzruszył ramionami. - W każdym razie, nie zostawiajcie ostrych narzędzi, gdzie Młody może się do nich dorwać, nie? - odłożył sierp na szafkę.

- W każdym razie - podjął - czy naprawdę uważasz, że jesteś odpowiednią osoba do pouczania mnie, jak to niebezpiecznie jest wychodzić do lasu? Naprawdę? Zresztą, dam sobie radę, nie musisz się o mnie martwić. Jestem mężczyzną w tym domu i to ja się będę o was martwić, nie na odwrót. - Odsunął sobie krzesło i usiadł. - To co z tą kolacją? I, tak się składa Jas, że mam plany. Iść spać. Akurat byłem na nogach cały dzień, a jutro też wstaję z samego rana... aha, jutro mogę nie wrócić na noc, więc się nie martwcie, najpewniej będę dopiero w niedzielę, albo poniedziałek.
- To co, może zjemy? - wtrąciła Jenn, jakby na zgodę. - Zaraz przyprowadzę małego, co?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Pon Lut 18, 2013 12:29 am

- Stój - warknęłam, sama nie będąc pewna czy na Jenn czy na Josha. Może trochę zmieszały mi się obie odpowiedzi.
- Będziesz chodził do szkoły, bo inaczej nie otrzymasz innego stanowiska niż popychadło na polu. I uwierz mi, nie chcesz mieć zabrudzonych papierów. Potem mogą Cię zamknąć za cokolwiek. - przełknęłam ślinę i świdrowałam wzrokiem brata.
- Tak, jestem odpowiednią osobą, bo to ja zajmowałam się Tobą, jak rodziców nie było, a Ty babrałeś się w błocie. I to ja jestem odpowiedzialna za to, co zrobisz. - specjalnie lekkim drgnieniem powieki zignorowałam jego wstawkę dotyczącą sierpa.
- No oczywiście - zrobiłam wyolbrzymiony gest, zagarniając powietrze przede mną - jaśnie książę wyrusza na wyprawę swojego życia, dowieść swojej męskości i przez trzy dni nie raczy pojawić się w domu. - zbyt dobrze znałam niebezpieczeństwa związane z nocowaniem w lesie, żeby pozwolić mu na coś takiego. Tym szczegółem doprowadził mnie niemal do furii.
- Obawiam się jednak, że Twoje plany kłócą się z odgórnym porządkiem. Jak jesteś mężczyzną, to wytrzymasz bez jedzenia. Zjemy później. - podniosłam brwi i ruszyłam po łuk - Zbieraj się, idziemy udowodnić Twoją siłę. Nie chcesz chyba, żebym Cię do tego zmusiła? - rzuciłam. Potem wyszłam na zewnątrz, nie spuszczając ani na moment oczu z Josha.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Pon Lut 18, 2013 3:24 pm

- Kobiety... - Josh wywrócił oczami. - Wydaje wam się, że wiecie co mężczyźni powinni robić, kiedy guzik wiecie. I powiem ci coś jeszcze, najdroższa siostro, tak właściwie to... - wycelował w nią palec i chmura burzowa bardzo ciężkich słów zawisła w powietrzu. Nigdy jednak nie zagrzmiały gromy, bo stało się coś dziwnego. Josh nagle spojrzał w bok samymi oczami, na coś czego tam nie było. Był to zaledwie moment, po którym nastąpiło lekkie skrzywienie, ruch, którego Jenn nie mogła zobaczyć ze swojej pozycji, a którego Jas nie mogła przeoczyć ze swojej. Chłopak opuścił rękę i wzruszył ramionami. - Zresztą, nieważne. Oboje wiedzieliśmy, że ten dzień nadejdzie, nie? Nie jestem już dzieckiem - dumnie zawyrokował czternastolatek - nie dam się tak traktować tobie ani nikomu. Dziś jest dzień dobry jak każdy inny, żeby to udowodnić.

- Oboje, przestańcie, zachowujecie się jak dzieci. Przecież nie ma powodu, żeby... - spróbowała jeszcze Jenn.
- Nie wtrącaj się, Młoda, to ciebie nie dotyczy. To jest między mną a Jas - uciął Josh.
Jasmine zabrała ze sobą łuk, Josh pogładził palcami nóż, który od tamtej pory zawsze nosił gdzieś na sobie, najczęściej pod kamizelką myśliwską.

Wyszli z domu, przeszli na tył i ruszyli przez pola do lasu. Zmrok miał w sobie coś niepokojącego, ale pozwalał ukryć się lepiej przed wzrokiem ciekawskich. Jas szła z przodu, a Josh za nią, choć przez to ciężko było jej nie spuszczać z niego oczu. Co więcej wydawało jej się, że chłopak co chwila szepcze coś pod nosem. Doszli do brodzika i przeszli rzekę po kamieniach, dochodząc do granicy lasu. Łowczyni rozpoznała nawet dąb, który tak często służył jej za schowek na rzeczy. Przystanęli.
- Więc? Co niby mamy tu robić? - spytał jej brat, stając z rekami w kieszeniach.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Sro Lut 20, 2013 10:57 am

Przejechałam ręką po drewnie łuku i zmrużyłam oczy. Ułożyłam kołczan na plecach w dogodnej pozycji, aby bez trudu wyjąć z niego kolejne strzały. Sprawdziłam kierunek wiatru i zachowanie się okolicy. Rzadko polowałam razem z kimś. Szczególnie, jeśli tym kimś miał być Josh. - Patrz i bądź cicho. Nie wiem, po co Ci te gałęzie, ale ciekawe, czy potrafiłbyś sam się wyżywić z tej celulozy. - powiedziałam ściszonym głosem i zabrałam się do tropienia jakiegoś stada ptaków - najpewniej kuropatw, albo zdziczałych kur czy kaczek albo innych stworzeń latających nadających się do jedzenia. Tchnęłam odrobinę magii w łuk, po czym zabrałam się do dzieła.

Za pomocą wszystkich dostępnych zmysłów postarałam się odnaleźć najbardziej prawdopodobne miejsce przebywania zwierzyny. Zgodnie z wszelkimi prawami myśliwskimi podeszłam odpowiednio do obiektów mojego zainteresowania. Uformowałam także małą kulę magonów, którą pchnęłam z boku od siebie, po okręgu, aby wpadła do miejsca bytowania stada po czym wywołała niewielką eksplozję podobną do uderzenia kamienia. Gdy ptaki, zgodnie z moimi przewidywaniami, powinny były wylecieć z kryjówki; mając już wcześniej przygotowaną jedną strzałę na cięciwie, napinam ją i wtłaczam w nią odrobinę mocy, tak, aby strzała lecąc podzieliła się na jeszcze dwie dodatkowe. Każdą z trzech, przy napięciu cięciwy kieruję tak, aby dosięgła trzy lecące koło siebie stworzenia. Po tym szybko sięgam po kolejną strzałę i wysyłam ją w kierunku uciekającego stada. Robię to najszybciej jak potrafię.

- Josh, nie wątpię w twoje umiejętności i talenty. Jednak jestem tego świadoma, że nie poradzisz sobie z tym, co możesz spotkać w lesie. Szczególnie teraz. I wierz mi, nie chcesz tracić dzieciństwa tak jak ja - powiedziałam, gdy ściągałam ostatnią strzałę z cięciwy, której nie zdążyłam już wystrzelić. - Masz coś oprócz tego noża? - spytałam go i podniosłam jedną brew, chociaż nie byłam pewna, czy Josh to dostrzeże.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 2 z 25 Previous  1, 2, 3 ... 13 ... 25  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach