Denwheel (Jasmine)

Strona 1 z 25 1, 2, 3 ... 13 ... 25  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Czw Kwi 19, 2012 6:19 pm

Słońce przeświecało mocno nawet przez liście rozłożystego, starego drzewa rosnącego przy ich domu. Poskręcany, wyżłobiony pień czynił zeń idealny cel wspinaczki, a w lecie można było w ten sposób zbierać całe garście małych, słodkich owoców.

Jasmine Hide podniosła się znad skraju ich własnego poletka uprawnego i otarła pot z czoła. Mimo wczesnej pory było dość parno i duszno. Z drugiego końca jej młodsza siostra, Jenny, posłała jej uśmiech i wróciła do wyrywania chwastów. Od rana zdołały oporządzić się z połową poletka, które pozarastało niemiłosiernie z początkiem wiosny. Jakimś cudem nabralo też masę kamieni i innego śmiecia, które musiało się tu jakoś przypałętać podczas zimy.

Gdy skończą czyścić ziemię, zasadzą pszenicę. Strasznie pokłóciła się o to z Joshem, który uważał, że lepiej posadzić coś co będzie można lepiej sprzedać, ale jeśli nie posadzą pszenicy, prawdopodobnie nie dostaną jej nigdzie indziej, nie mówiąc o dobrej mące, czy świeżym pieczywie.

Spojrzała na wznoszące się nad odległym lasem słońce, chcąc ocenić jego wysokość. Wtem na wspólnym polu, jednym z wielu, które zaścielały Dystrykt Roli, a które należały do Kapitolu, zauważyła jakąś postać. Była to dziewczyna, może nawet w jej wieku, choć ciężko to było ocenić ze względu na odległość. Poza tym stała odwrócona plecami do Jas, patrząc na słońce. Słońce, które zdawało się przeświecać przez jej sylwetkę. Tak w ogóle to dziwne, żeby późnym rankiem nosić długą koszulę nocą… a w dodatku włosy tamtej wyginały się w bok niczym na wietrze, choć przecież powietrze stało mniej więcej nieruchomo od rana.

Nieznajoma drgnęła, jakby zdała sobie sprawę, że jest obserwowana i zaczęła się odwracać do tyłu, gdy rozleglo się wołanie:
- Jas! Jas! – Jej brat, Josh, wyszedł z domu, spojrzał na nią i dodał: - Przyszedł Oak, ma do ciebie jakąś sprawę.
Nie czekając na odpowiedź, skrył się w domu. Pewnie wciąż był zły, że postawiła na swoim. Oak był ich sąsiadem i starym przyjacielem rodziny, miał własne gospodarstwo na dalszym odcinku drogi, bliżej lasu i zawsze gdy wpadał w odwiedziny przynosił im niewielkie prezenty. Czasem brał od Jas upolowaną zwierzynę po dobrej cenie.
Dziwczyna spojrzała ponownie na pole, ale nieznajoma, kimkolwiek nie była, jeśli w ogóle tam była, zniknęła bezpowrotnie, mimo że w okolicy było szczere pole i nie było się gdzie skryć.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Czw Kwi 19, 2012 7:43 pm

Otarłam pot z czoła. Ciepłe dni wiosny nie oznaczały, że wszystko teraz będzie łatwe i przyjemne. I że pszenica wyda złoty plon podczas lata. Dokładnie pamiętałam tamten dzień. Nie da się go zapomnieć. Beztroska dziewczynka cieszyła się ze śpiewu pierwszego słowika. I wtedy przyszło przymrozki. Ból, mróz i cierpienie. Ojciec. Zawsze przygotowywałam się na najgorsze. Dlatego zakupiłam za ostatnie miedziaki specjalną matę ochronną, która mogłaby zapobiec niespodziewanym szkodom. A nawet założyłam prymitywną magiczną osłonę. Gdyby teraz cokolwiek stało się temu skrawkowi ziemi, nie dożyliby już kolejnej wiosny. Wtedy musiałabym zapisać się do Armii..

Dziewczyna. Potarłam delikatnie czoło, przysłaniając oczy od promieni Słońca, a potem Josh wyrwał mnie z równowagi. Przetarłam oczy i uznałam, że nawet jeśli to było coś niezwykłego, to widocznie niezbyt ważnego, bo nikt nie próbował mnie zabić. Ani mojego rodzeństwa. Skrawek ziemi był niewielki, więc spojrzałam jeszcze raz znacząco na Jennifer z pytaniem i nawet nie oczekując odpowiedzi ruszyłam w stronę wejściowych drzwi. Coś mnie niepokoiło. To nie był zwykły niepokój. Zazwyczaj nie przejmuję się błahostkami. Ale dzisiejszy dzień był tak podobny do tamtego. Ostatnia wyprawa z ojcem do lasu. Trzy dni później już go nie było. Kapitol. Gdyby była w stanie, powyrywałaby flaki wszystkim urzędnikom, którzy stanęliby jej na drodze do Stonea. Te sztuczne uśmieszki w telewizji, ta cała bezgraniczna miłość, to dobro, pokój i niewinność wypływające ze stolicy. Przepych i bogactwo. To fakt, kusiło ją to, żeby w końcu zobaczyć wieczne i nieśmiertelne miasto. Jednak nie miała na to czasu, środków, a teraz nawet ochoty. "Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal" pomyślałam i w mojej głowie pojawił się obraz często wyświetlanych reklam dotyczących Kapitolu. To musi spędzać sen z powiek nie tylko mi. Pokazują to, o czym my nie jesteśmy nawet w stanie marzyć.

W tym momencie niemal weszłam w drzwi. Potrząsnęłam głową i nacisnęłam klamkę.
- Josh, wiesz gdzie podziewa się Jeremy? - krzyknęłam w głąb izdebki i rozejrzałam się po przedpokoju w poszukiwaniu Oaka. Josh nie miał w zwyczaju zajmować się gośćmi i zapraszać ich do kuchni - jednego z największych pomieszczeń w całym małym, drewniano-plastikowym domku. Oprócz tych dwóch, po prawej stronie znajdowała się dawna spiżarka, przerobiona na pokój dla mnie i Jenny, kiedy postanowiłam, że będzie lepiej, gdy mama pozostanie w swoim pokoju, a małego Jeremiego umieszczę wraz z Joshem w dziecinnym. Wystarczało tam miejsca jedynie na łóżko, materac i drobny kredensik. Mieszkanie było solidne i nawet całkiem dobrze wykonane jak na budynek w Dystrykcie Roli. Nie musieliśmy przynajmniej mieszkać w mieszkaniach komunalnych znajdujących się w centrum wioski. Tam znaleźć można jedynie pleśń, choroby i szczury.

Gdyby jednak Oak nie znajdował się w wąskim przedpokoju, zaglądam do pozostałych pomieszczeń.
- Witaj staruszku, co Cię sprowadza w nasze skromne progi? - mówię, gdy już go zauważę i z uśmiechem na twarzy podchodzę do niego. Takie wizyty z pewnością należą do milszych aspektów szarego życia. Przynajmniej czuję, że nie zostałam pozostawiona sama sobie, wystawiona na śmierć przez bezlitosny los. Jednak czasami wymienienie z kimś paru słów daje znaczącą ulgę i podnosi na duchu. Nie można przecież przez cały czas siedzieć w lesie i bić się z myślami, nie wiedząc co przyniesie jutro.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Nie Kwi 22, 2012 10:40 am

Jenny skinęła niemal niedostrzegalnie głową w odpowiedzi i wróciła do pracy. Siostry rozumiały się bez słowa.

Gdy Jasmine weszła do domu i spytała o Jeremiego, Josh odpowiedział jej z niewielkiej piwniczki, którą sprzątał po zimie. Musieli się zadowalać centralnym ogrzewaniem na drewno, ewentualnie węgiel, jeśli wpadło trochę grosza. Słyszała, że niektóre Dystrykty mają rurociągi gazowe, ale ich to nie dotyczyło. Gdyby mieli dużo forsy mogliby sobie pozwolić na ogniwa elektryczne, albo słoneczne, albo w ogóle na kryształy cieplne, ale o tym nie było co marzyć na razie.
- Powinien być w naszym pokoju! Pewnie ogląda telewizję!

Telewizja. O ironio, mieli spory, plazmowy telewizor na kryształy radiowe. Co prawda tylko dlatego, że Kapitol płacił i za cholerne pudło i za ładowanie kryształów, a nie dlatego, żeby było ich stać, ale mimo wszytsko. Jas telewizja irytowała, Jenny nie obchodziła zbytnio, a mama pewnie nawet by jej nie zauważyła, więc wstawili go do pokoju chłopców. Często zastanawiała się nad wyrzuceniem tego pudła, ale musiała przyznać, że poza obowiązkowymi blokami reklam i programami indoktrynacyjnymi (bo inaczej ich nazwać nie można), uzupełniano ramówkę całkiem przydatnymi programami informacyjnymi, edukacyjnymi, czy bajkami dla dzieci, które Jeremy lubił, mimo ich jednoznacznego wydźwięku.

Szukając Oaka, zastanowiła się jeszcze chwilkę nad chłodnym tonem Josha. Wydawał się trochę przesadzony jak na kłótnię o pszenicę. Czyżby wciąż miał jej za złe zeszły tydzień? Ale to bez sensu, przecież tyle czasu mu klarowała, czemu nie może wstąpić do armii, tylko ma się uczyć. To prawda, że żołnierze Kapitolu byli lepiej traktowani niż oni, ale sama myśl była mierząca i wstąpienie powinno być ostateczną ostatecznością. Rozumiała, że miał dobre chęci, ale jego ślepy upór dawał jej w kość. Im był starszy, tym trudniej było przemówić mu do rozumu. Choć wiedziała, że oddała by za niego życie, a on za nią, wydawało się, że ostatnio nic nie robią tylko się kłócą.

Tymczasem zastała Oaka w kuchni. Stary przyjaciel rodziny musiał się sam rozgościć na krześle. Kapelusz zaczepił na oparciu i uśmiechnął się widząc wchodzącą Jasmine. Podejrzewała, że był niewiele starszy od jej ojca… od tego ile jej ojciec miałby teraz lat… po czterdziestce, ale przed pięćdziesiątką, jednak pobrużdżona twarz i posiwiałe przedwcześnie włosy nadawały mu starczy wygląd.
Przywitali się i wymienili kilka uprzejmości. Oak pytał o zdrowie dzieciaków, o polowania, o stan matki, w zamian opowiadając o nowej przyczepie, którą udało mu się kupić od znajomego i dwóch nowych pracownikach, których zatrudnił, gdy jeden z poprzednich zginął w lesie, a drugi uciekł jak głupi, niewiadomo dokąd. Choć Oak był zamożniejszy od Hideów, nie miał wcale tak wiele, jednak od śmierci żony lata temu sam nie dawał sobie rady z robotą i był zmuszony zatrudniać ludzi do pomocy.

- Widzisz Jas – powiedział w końcu przechodząc do powodu swojej wizyty – szykuje się Festyn. Jest więc okazja, żeby trochę zarobić i się rozerwać. Co prawda to już jutro, więc wiem, że nie masz wiele czasu, ale to w zasadzie niedaleko, koło Deepwood. Jak chcesz to cię wezmę. Wzięłabyś dzieciaki, powinny czasem zobaczyć coś innego niż pola i lasy – mrugnął do niej. Oak był właścicielem starego i poobijanego, ale jak najbardziej na chodzie samochodu. Deepwood leżało jakieś dwadzieścia kilometrów na północ-północny wschód od Denwheel.

Festynami nazywano półlegalne zgromadzenia, rodzaje targów. Jednak tak jak doroczny targ dolumeński był nadzorowany przez Kapitol i wymagał opłat za wstęp i parę innych przeczy, jak i części zysku od każdej sprzedanej rzeczy, tak Festyny były organizowane po cichu, przy umowie z lokalnymi żołnierzami. Oni dostawali swoją dolę, nieporównywalnie mniejszą niż wziąłby Kapitol, a ludzie mogli dowoli handlować w tym czasie. Oczywiście nigdzie tego nie ogłaszano, a pogłosek nie rozpowszechniano wcześniej niż tydzień przed wyznaczonym terminem Festynu, więc rozpowszechnienie wieści pocztą pantoflową po dobrych znajomych zabierało trochę czasu.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Nie Kwi 22, 2012 5:47 pm

Reagowałam zdziwieniem na ucieczkę jednego z pracowników Oaka, choć kiwałam w tym samym czasie głową, ze zrozumieniem. Uśmiechnęłam się, gdy opowiadał z entuzjazmem o swoim nowej maszynie. W sumie nie żyło im się najgorzej. Kapitol przecież nie byłby w stanie śledzić każdej osoby w tym samym momencie. Mimo lokalizatorów i całego aparatu szpiegowskiego, to oprócz sporadycznych wypadków nie wtrącał się w życie pospolitych ludzi, gdy oddawali mi wystarczającą ilość dóbr. Trzeba było tylko unikać otwartego spotkania.

Szybko przeleciałam wzorkiem w myślach po zapasie naszej spiżarki. Gdybyśmy dzisiaj na kolację zjedli tylko suszone owoce i gdyby łowy były udane, to trochę pieczonego mięsa, to moglibyśmy odłożyć trochę więcej jaj od kur Jenny. Może udałoby się też komuś upchnąć parę wyrośniętych ubranek z Jeremiego. Jenny też wieczorami dzierga swoje małe cuda, więc przy odrobinie szczęścia można by część sprzedać i za pieniądze kupić nowe tkaniny czy włóczki. Z pewnością się ucieszy. Nie podobała mi się tylko opcja zabierania całego rodzeństwa na Festyn. Jeremy zaraz będzie coś chciał kupić, Josh jak zwykle zgubi się i będzie trzeba go szukać, a poza tym na tendencje do wplątywania się w niepotrzebne awantury. Do tego Jenny nie będzie w stanie sama obronić się przez jakimkolwiek mężczyzną, których nie brak na masowych wydarzeniach. Do tego pozostaje problem mamy. Widocznie długo się nie odzywałam, bo sama kapnęłam się na wpatrywaniu w podłogę.

- W sumie, to bardzo chętnie pojedziemy. Tylko nie mam żadnych pieniędzy na wstęp. Czy nie kupiłbyś od nas jakiejś sztuki mięsa jutro rano? Albo pożyczył - oddałabym zaraz po tym, jakbyśmy coś sprzedali. Poza tym nie wiem, czy Megane zgodzi się zabrać mamę do siebie. Wolałabym nie pozostawiać jej bez opieki. Po tym, co próbowała kilka razy zrobić, wolę nie ryzykować... - spuściłam wzrok i przypomniałam sobie bladą kobietę leżącą z otwartymi oczami na podłodze w kałuży krwi. Albo bijącą się z całych sił głową w ścianę. To było niedługo po śmierci ojca, jakby nie zdawała sobie sprawy, że zaraz koło jej łóżka leży niemowlę. Jakby żadne z nas dla niej nie istniało. Byłam na nią wściekła. Jednak nie mogłam pozwolić, żeby znowu to się wydarzyło - chociaż minęło już tak wiele czasu.

- Cieszę się, że o nas pomyślałeś. Trochę się boję tej wyprawy z całą trójką, ale może faktycznie przyda im się jakaś odmiana od rutynowych zajęć związanych z uprawą roli. Pamiętam jak Jenny cieszyła się, kiedy kupiliśmy Królową. - uśmiechnęłam się i znowu w mojej głowie pojawił się obraz Jenny krzątającej się dookoła kulawej kury, którą kupiliśmy za grosze na jednym z Festynów. Była kulawa i chuda, więc sprzedawca był szczęśliwy, że ktokolwiek się nią zainteresował. Sama byłam sceptyczna co do tego pomysłu, ale potem zmieniłam zdanie. Jenny ma wyjątkowe zdolności - wyleczyła kurę, a ta potem odpracowała swoje leczenie i jedzenie z nadwyżką. Jenny nazwała ją Królową, bo od pierwszego dnia z nami chodziła napuszona i z poniesioną głową, jakby uważała wszystko dookoła za marne w porównaniu do swojej osoby - jeśli tylko kura potrafi się tak zachowywać.

Uściskałam mocno Oaka i pożegnałam go, odprowadzając do drzwi, jeśli nie miałby już nic więcej do powiedzenia. Kiedy już wyszedł, wleciałam do swojego pokoju, podniosłam materac, chwyciłam za jedną deskę, poważyłam ją delikatnie i pogrzebałam chwilę w trocinach. Po chwili wyciągnęłam z dziury drewniany łuk i parę strzał. Wyjęłam z kredensu skórzany worek przypominający odrobinę kołczan i wraz z wyciągniętymi przed chwilą przedmiotami położyłam na materiałowym płótnie, a potem skrzętnie je zawinęłam. Potem podbiegłam do małej łazienki, włożyłam zawiniątko na dno metalowej miski i przywaliłam stertą leżących obok brudnych ubrań. Sprawdziłam czy pod kamizelką mam wszystkie potrzebne mi wystrugane z drewna małe gwizdki, a potem uniosłam miskę i zamykając nogą niemal wylatujące z zawiasów drzwi ruszyłam do wyjściowych drzwi. Przed wyjściem zajrzałam jeszcze do pokoju chłopców, dyskretnie sprawdzić, czy Jeremi faktycznie jest w pokoju i ogląda telewizję. Chciałam zrobić dzieciakom niespodziankę, więc postanowiłam, że o wyjeździe powiadomię ich po powrocie. A co jeśli nic nie upoluję? Nie chciałabym robić im złudnej nadziei.

Kiedy sprawdziłam, co z młodym, krzyknęłam do spiżarki:
-Josh, miej oko na małego i mamę. I powiedz Jenny, że poszłam zrobić pranie i żeby w miarę możliwości oszczędzała jajka. Wrócę w nocy, więc nie czekajcie na mnie z kolacją. - po tym wybiegłam z domu i podążyłam w stronę skraju lasu, do strumienia, skacząc pomiędzy grudami świeżo rozoranego pola. Gdy dotarłam do strumienia, poszłam w stronę jego źródła, potem przeszłam przez niego idąc z miską po kamieniach, aż dotarłam do wysokiego dębu. Tam wypakowałam zawartość naczynia, zawinęłam brudne ubrania w materiał, przypięłam do pleców wraz z miską, zawiesiłam łuk i pseudo-kołczan na swoim miejscu i zaczęłam jak zawsze wdrapywać się po drzewie. Gdy dotarłam do właściwego miejsca wcisnęłam rzeczy do prania w szeroką opuszczoną dziuplę, a miskę ułożyłam tak, aby była jak najmniej widoczna. Potem zabezpieczyłam całość magiczną pułapką, która powinna odstraszyć zwierzęta elektrycznym kopniakiem, a intruza zrzucić z hukiem z drzewa. Miskę zamaskowałam dodatkowo świeżymi gałązkami.

Zeszłam z drzewa i udałam się w głąb lasu. Wciągnęłam mocno powietrze w płuca. Kocham ten zapach lasu. Uśmiechnęłam się, wierząc, że dzisiaj będą udane łowy. Gdy doszłam odpowiednio głęboko, oczywiście wcześniej dokładnie obserwując otoczenie i podłoże oraz ostrożnie stawiając kroki, poszukałam kryjówki pod wiatr i tak abym dobrze widziała, co dzieje się na terenie przede mną, a jednocześnie trudno było mnie zauważyć. Następnie ustawiłam dookoła mojej "polany łowów" lekkie wybuchające pociski, niektóre mocniejsze, inne o mocy złamania gałązki, aby w miarę możliwości ofiara mi nie uciekła, jeśli już do mnie przyjdzie. Potem wyciągnęłam zza kamizelki jeden z gwizdków i ściągając trochę magii, aby zwiększyć zasięg głosu, a jednocześnie go nie pogłaśniać, dmuchnęłam w wabik. Uśmiechnęłam się do siebie, zajęłam odpowiednią pozycję i bacznie wypatrywałam ofiary - kogoś z rodziny jeleniowatych. Gdyby nikt się nie zjawił, około co piętnaście minut dmucham identycznie jak wcześniej w gwizdek. Łuk i jedną strzałę trzymam w ręce, w każdej chwili gotowa zaczerpnąć magii i wraz ze sprawnym okiem posłać śmiercionośny pocisk w sam mózg zwierzyny.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Wto Kwi 24, 2012 3:22 pm

Oak oczywiście się zgodził, zapewniając, że to żaden kłopot, a rozliczą się kiedy Jasmine będzie wygodnie. Trzeba będzie pamiętać, żeby odłożyć dla niego jakiś soczysty połeć mięsa, z czystej przyzwoitości.

Mogła odrobinę dramatyzować w sprawie matki, od tamtego epizodu ta pozostawała w większości osowiała i nieobecna myślami, nic takiego też się do tej pory nie powtórzyło. Co nie znaczy, że takie wydarzenia łatwo znikają ze wspomnieć i świadomości.

Stary przyjaciel się pożegnał i niemal w drzwiach wsunął Jas do ręki niewielką paczuszkę – jak dziewczyna zobaczyła już po jego wyjściu, zawierające dobre dwadzieścia deko krówek. Jas przyjęła prezent podziękowawszy, już dawno nauczyła się, że odmowa nie ma sensu. Jeśli ona ich nie chce, niech chociaż dzieciom da.

Jas wyjęła pakunki i spakowała je do miski, przykrywając starymi szmatami. Zajrzała do pokoju chłopców po cichu. Telewizor grał, a na ekranie latały w powietrzu jakieś kreskówkowe postacie. Jeremy siedział przed telewizorem, ale zdawał się nie poświęcać zbyt wiele uwagi akcji, bawił się klockami. Były to drewniane sześciany, ładne, choć bardzo proste w budowie i całkiem zwyczajne. Prezent na piąte urodziny malca od Josha. Obecnie ustawione były w spiralną kolumnę, która wydawała się skazana na zawalenie, ale trzymała się jakoś na samych krawędziach klocków. Jeremy wpatrywał się w nią, gestykulował nieco i mówił coś do siebie, najwyraźniej bawiąc się w coś.

Z piwniczki nadeszło nieco chłodne „dobra” Josha, a Jas wyszła na zewnątrz. Powoli dochodziło południe, gdy przecinała świeżo obrobione pola i doszła do płynącego nieopodal stumienia. Ruszyła wzdłuż niego do źródła: niewielkiej formacji skalnej, skąd wylewało się źródeło, opadając ku korytu i tworząc rzeczkę. Jasmine nie była pewna, ale podejrzewała, że podziemne zbiorniki muszą ciągnąć się po okolicy i że to z nich czerpali wodę w ich własnej studni.

Przeszła po kamieniach i po kilku minutach dotarła do znanego sobie, potężnego dębu. Samotne drzewo oferowało niezłą kryjówkę wysoko w konarach. Była właśnie w połowie ukrywania swoich rzeczy, gdy dostrzegła ruch na północy. Zauważyła dwie niewyraźne sylwetki i zamarła. Kłusownicy. Oczywiście, ona też była kłusownikiem w pewnym sensie, ale lubiła pracować sama. Poza tym oni szli w innym kierunku niż ona, poczekała więc aż sobie pójdą, zanim nie dokończyła zabezpieczania schowka. Uwolniła magony i oplotła nimi kryjówkę. Teraz błękitne linie przeświecały przez zieleń gałązek, gotowe porazić nieuważnego ptaka albo wścibskiego gryzonia.

Następnie zeszła z drzewa i ruszyła przez las na poszukiwanie idealnego miejsca do polowania. W pewnym momencie z nienacka po lewej pojawiła się dzika świnia, przegrzebująca leśne runo. Łowczyni chwyciła jedną ręką, za łuk, a drugą, za strzałę, w końcu dzika świnia to niezła zdobycz… gdy z krzaków wypadły jej młode. Jasmine odwiesiła łuk i poszła dalej. To była prosta kalkulacja, jeśli teraz zabije matkę, młode umrą z głodu. Będzie miała jedną świnię. Jeśli pozwoli jej odchować dzieci, w przyszłości będzie miała trzy świnie do polowania. Może więcej. Tak sobie mówiła.

Znalezienie odpowiedniego miejsca zajęło jej niemal godzinę. Znalezienie dobrego miejsca „pod wiatr” na dłuższe czatowanie, szczególnie w kapryśnym lesie graniczyło z cudem, ale udało jej się znaleźć coś zbliżonego do ideału. Ustawiła się w zaroślach naprzeciwko niewielkiej przecinki. Układ drzew sprawiał, że wiatr częściej wiał w jej stronę niż z jej pleców, ona była niemal niewidoczna, za to widziała doskonale co się dzieje przed nią. Następnie przez dobry kwadrans chodziła dookoła przecinki, ukrywając w trawach połyskujące karmazynowo, mniejsze lub większe kule. Mogła je kontrolować zdalnie, a dzięki nim i ewentualną ofiarę. Było to męczące na dłuższą metę, ale dawało niemal pewność, że jeśli w końcu nadarzy jej się okazja, to nie ucieknie.

Następnie pozostawało już tylko czekać. Wyciągnęła zza pazuchy gwizdek i gwizdnęła w niego wzmacniając dźwięk. Nic się nie stało w ciągu następnego kwadransa, gwizdnęła więc znowu. Minęła godzina, potem dwie. Czekała na swoją szansę, miała dobre przeczucia. Pod koniec trzeciej godziny nawet delikatne ruchy nie pomagały przy wślizgującej się w jej ciało drętwocie. Ciągła koncentracja była męcząca i zaczynała trochę żałować, że nie ubiła jednak tej świni. Musiała się trochę porozciągać, żeby nie oszaleć z bezczynności. Minęły bite cztery i pół godziny od zastawienia pułapki, na polach miałaby jeszcze dobrą godzinę, dwie światła, ale w gęstwinie zaczynał się już zmierzch. Zaczęła mieć już nawet wątpliwości, gdy w końcu usłyszała jakiś ruch. Coś dużego przedzierało się przez zarośla.

Antler przebił się na przecinkę, łamiąc po drodze gałęzie i wyrywając trawę racicami. Nie mógł mieć więcej niż pięć lat, jednak robił już imponujące wrażenie. Jas oglądała kiedyś w telewizji program przyrodniczy o rozdzielonych gatunkach, a jednym z nich były jeleniowate. Najwidoczniej kiedyś istniała jedna rodzina jeleniowatych, różniących się zasadniczo niewiele między sobą. Jednak potem coś się stało i część zmutowała, prawdopodobnie jako wynik warunków powojennych. Obecnie istniały dwie niemal odrębne rasy, dla rozróżnienia zwane jeleniami i antlerami. Jelenia były zasadniczo bardzo podobne do swoich przodków, jednak zamiast poroża miały skupisko kostnych odrostów niemal jak jeże. Antlery było o wiele większe, dorosłe sztuki ważyły często ponad tonę, a ich poroże było rozłożyste i twarde. Nie wahały się używać go przeciw agresorom. Wiele z rozdzielonych gatunków było zwyczajnie większe, część zyskiwała inne, niezwykłe cechy. Naukowcy przypisywali to wszystko oczywiście wpływowi magii.

Rogacz zarzucił łbemł. Jas skoncentrowała się, uniosła łuk i nałożyła na niego strzałę. Przelała swoje magony w łęczysko, a żłobienia w drewnie rozjarzyły się złotym blaskiem. Drewno pociemniało i zalśniło metalicznie, nabierając barwy obsydianu. Całość nabrała wagi i ułożyła się wygodnie w dłoni. Nasadziła strzałę na lśniącą teraz cięciwę, wycelowała wprost w łeb wyprofilowany ciężkimi promieniami słońca i spuściła cięciwę. Pocisk pomknął ze świstem wprost do celu. Siła uderzenia strzaskała grubą czaszkę i strzała przeszyła ją na wylot. Antler zatańczył jeszcze ostatni raz, a potem nogi się pod nim ugięły i runął na bok z hukiem, martwy.

Jasmine podniosła się i ruszyła do swojej zdobyczy, czując jak adrenalina krąży w jej żyłach. Była to nie lada zdobycz, rogacz co prawda nie był dorosły, ale musiał ważyć dobre pół tony. Podeszła, obejrzała go i nagle zauważyła coś na jego zadzie: ślady kłów i pazurów. On nie zjawił się na przecince, szukając samicy. Szukał stada, bo uciekał przed czymś. Zanim zdążyła odskoczyć, z zarośli dobiegł głęboki warkot. Z zarosli wychynęły trzy wilcze sylwetki a po nich… no tak, oczywiście, lupus dai, jeden z najgroźniejszych drapieżników jakich Jas znała w lesie, a którzy nie używali żadnych magicznych sztuczek. A to dlatego, że lupus dai ich nie potrzebował. Wielkość, masywna budowa, pazury jak noże i szczęki zdolne strzaskać gruby konar drzewa sprawiały, że mógł z powodzeniem atakować samotnie niedźwiedzie. Olbrzymi basior zbliżył się do antlera z miną właściciela na pysku, odsłonił imponujące kły i warknął na Jasmine. Przesłanie było dość oczywiste.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Wto Kwi 24, 2012 6:09 pm

Nie poruszyłam się. Częste polowania wyuczyły mnie szybkiego oceniania sytuacji i natychmiastowego działania. Nie po to drętwiałam tutaj prawie pół dnia, żeby wrócić do domu z pustymi rękoma. A nie wiadomo, czy druga taka okazja by się nadarzyła. Nawet pomijając to, że część mięsa pewnie i tak nie będzie nadawała się do sprzedania. Nigdy nie spotkałam lupusa dai, ale wilki nie były czymś wyjątkowym w naszej okolicy. Poza tym jaką miałam pewność, że nie zaczną mnie gonić?

Powietrze wokół mojej postaci momentalnie zamigotało. Niczym bańka, nadmuchałam swoją magiczną tarczę, odrywając ją niejako od skóry i układając w kształtną kulę, jak nauczył mnie ojciec. Wzmocniłam ją dodatkową ilością magonów, które w każdej chwili były gotowe odeprzeć nadchodzący cios. Każdy jednak wiedział, że broniąc się, zużywa się więcej magii, niż wykorzystując ją na atak. Poza tym miałam pewną przewagę - wilki nie widziały i nie potrafiły wykorzystywać magii. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Uśmiechnęłam się błyskawicznie w odpowiedzi na ukazanie kłów. Może moje zęby nie wyglądały tak imponująco, ale zawierały w sobie groźną moc inteligencji i przebiegłości. Nie zastawiając się cisnęłam porcję magii w objęcia łuku i wytworzyłam podstawową magiczną strzałę, która momentalnie poszybowała w klatkę piersiową lupusa. Milisekundy wcześniej opaliłam jeden z ładunków po prawej stronie, aby odwrócić uwagę sfory. Odskoczyłam zręcznie do tyłu, koncentrując się na przestrzeni przede mną. Skupiłam się bardziej na wyczuciu magii w okolicy i na tym zmyśle, którym ją wyczuwałam, niż na własnym wzroku. Kolejna porcja magii wyleciała z mojego ciała, mająca konkretne przesłanie i zaprogramowanie. Gdy magony dotarły do ziemi za antlerem, w tym miejscu, przed największym wilkiem wyrosła około cztero-metrowa ściana ognia. Wtedy miałam wystarczająco dużo czasu, a przynajmniej tak przypuszczałam, żeby chwycić za strzałę z kołczanu i napiąć cięciwę, posyłając w nią odrobinę przyspieszających magonów. Lubiłam iskrzącą magię. Błękitno-fioletowa poświata otoczyła strzałę gotową do wystrzelenia. Wyszukałam szóstym zmysłem Lupusa i posłałam w jego kierunku strzałę, jeśli miałam szansę strzelenia i nie znajdował się on w gwałtownym biegu. Miałam nadzieję, że wilki nie lubią ognia i się go boją. Przecież właśnie w ten sposób wieśniacy odstraszali różne drapieżniki od stad, które pilnowali. Filmy fabularne. Oczywiście strzałę zebezpieczyłam wcześniej odpowiednią osłoną, żeby przelecenie przez ogień jej nie spaliło - a stanowiło element zaskoczenia, jako strzała wylatująca znikąd, może nawet wzmocniona siłą płomieni.

Skupiłam się na największym wilku, bo stał najbliżej. Jednak co z pozostałymi? Szybko oceniłam teren dookoła mnie - magicznie i fizycznie. Wyjęłam jeszcze jedną strzałę, delikatnie się cofając i wypuściłam w zwykłego wilka, który stanowił najbardziej statyczny i najbardziej realny cel. Tym razem postanowiłam nie wykorzystywać magii. Celowałam w oko, czy pod szczękę, w gardziel, a jeśli prawdopodobieństwo trafienia było zbyt małe - w klatkę piersiową. Musiałam też ważyć ilość strzał - nie miałam ich zbyt wiele, bo przecież na polowaniu zazwyczaj wyjmowałam zużyte ze zdobyczy. Teraz sytuacja wyglądała o wiele groźniej.

Przez ułamek sekundy zastanowiłam się, gdzie znajdę dogodną pozycję do ataku. Próbując wdrapać się teraz na drzewo odsłonię się na atak. Nawet dzięki magicznemu zmysłowi mogę nie zdążyć zareagować odpowiednio szybko. Dlatego utworzyłam magiczną platformę pod swoimi stopami i zaczęłam się unosić nad powierzchnię ziemi, w miarę najszybciej jak mogłam, aby znaleźć się poza zasięgiem skoku. Cały czas trzymałam na cięciwie przygotowaną strzałę, mogąc w każdej chwili wpuścić do niej dodatkową ilość magii. Jeśli moje wcześniejsze akcje wywołałyby zdezorientowanie u zwierząt, wykorzystuję sytuacje i ciskam rozproszone magony dookoła, żeby wytworzyć sztuczną mgłę dookoła. Rozgrzane magony w zderzeniu z magonami zmienionymi w cząsteczki wody powinny wystarczyć. Przynajmniej na chwilę. Zadbałam też o to, żeby w miarę możliwości para miała charakterystyczny, ostry zapach. Dzięki temu powinnam osłabić nie tylko zmysł wzorku, ale też węchu. Wilki mogą go mieć na naprawdę wysokim poziomie. Mnie nie powinno to zaszkodzić - zawsze mogłam posłużyć się swoim zmysłem wyczuwania magii.

Gdybym miała okazję, wysyłam kolejną strzałę w stronę innego normalnego wilka, nakładając od razu kolejną. Gdybym została jednak zaatakowana, bronię się wzmocnieniem tarczy, zmienianiem magonów w oślepiające światło, wystrzałem z łuku, czy w ostateczności naładowanym odpowiednią ilością magii, lśniącym od naładowanej energii nożem przymocowanym do pasa.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sob Kwi 28, 2012 8:23 pm

Naturalna bariera chroniąca ciało Jasmine rozszerzyła się pod wpływem dodatkowych magonów i utworzyła sferę wokół jej ciała. Dziewczyna napięła lśniącą cięciwę, a złota strzała zalśniła między jej palcami, niczym schwytany promień słońca.

Lupusowi dai musiało się to nie spodobać, bo spiął się i skoczył wprost na nią. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Przygotowany wcześniej ładunek, po prawej stronie, wybuchnął, blokując i zmuszając dwa wilki do cofnięcia się. Powietrze zajęczało rozcinane przez magiczną strzałę, a niemal natychmiast zawtórowało mu zdziwione, pełne bólu skomlenie. Jasmine widziała jak złote światło uderza w pierś zwierzęcia, rozcina ją i rozpada się pod wpływem siły uderzenia. Ogromne cielsko nie tylko zatrzymało się w locie, ale poleciało do tyłu, wykręcając w locie niemal pełne salto. Upadło i przeturlało się za antlerem, zatrzymując dopiero na drzewie wyznaczającym granicę między przecinką a resztą lasu.

Wilk po lewej wykorzystał okazję, podkradł się i również skoczył ku dziewczynie. Hide nie wiedziała, czy nie zauważył bariery, czy zwyczajnie ją zignorował, ale rzeczywistość boleśnie naprostowała jego światopogląd. Poczuła uderzenie w sferę i szaro-czarny kłąb został brutalnie odrzucony na ziemię, gdzie również skomląc próbował złapać się łapami za własny nos. Musiał zanurkować ku niej wpierw pyskiem i boleśnie go uszkodzić.

Dziewczyna zauważyła, że lupus dai podnosi się z ziemi. Na piersi ziała mu paskudna, krwawa szrama, a z pyska toczył krawawą pianę, na przemian warcząc i skomląc, najwyraźniej dość oszołomiony.

Jasmine nie traciła czasu. Odskoczyła i uwolniła z ciała więcej magonów, posyłając je na ziemię przed największym wilkiem. Kępy trawy spłonęły natychmiast i łowczyni musiała dołożyć więcej własnej magii jako paliwa, by osiągnąć zamierzony efekt. Samo powietrze zapłonęło, tworząc huczącą i ryczącą ścianę ognia, wysoką na jakieś cztery metry. Ogień wywołał panikę wśród wilków, które najpierw zastygły na milisekundę, a potem rzuciły się do ucieczki. Nawet ciężko ranny lupus dai gnał co sił, ale trzeba było przyznać, że ryczący żywioł nie zachęcał do pozostania.

Hide wyciągnęła strzałę, naciągnęła ją na cięciwę i oplotła strumieniem błękitno-fioletowej magii. Strzała przypominała przez to pocisk posłańca wprost z zaświatów. Skupiła się na największym wilku, ale nie widziała go wyraźnie żadnym ze zmysłów. Skrył się w gęstwinie, zbyt szybko uciekał. Za dużo przeszkód po drodze, szkoda było marnować strzały. Mogła by go pewnie tropić po śladach krwi, ale zaczynało brakować światła i musiałaby zostawić antlera, co było całkiem bez sensu.

Złożyła strzałę do kołczanu. Odwołała ścianę ognia. Okoliczne trawy, a nawet niektóre gałęzie skłaniajace się bliżej przecinki zapaliły się i płonęły teraz własnym ogniem. W miejscu gdzie płonęła sama ściana zostały tylko zwęglone trawy i czarne, twarde grudki żużlu. W powietrzu uniósł się swąd dymu i spalonego futra. Bariera powróciła do naturalnych kształtów wsiąkając ponownie w skórę, a Jas poczuła ogarniające ją powoli zmęczenie, wynikające tak ze zużytej magii jak i z opuszczającej jej żyły adrenaliny.

Bitewna pani wpierw zapłonęła w jej żyłach i pozwoliła reagować na zagrożenie, teraz zostawiała ją z miękkimi kolanami, brakiem dechu i odrętwiałymi mięśniami. Upewniła się, że nic więcej na nią nie czyha i obejrzała swoją zdobycz. Skóra antlera nadpaliła się w paru miejscach, ale i tak pewnie nie dałoby się wiele z niej zrobić, cały zad i tylnie kopyta pokrywały ślady po kłach i pazurach.

Sprawdziła jeszcze stan mięsa przy piersi i wydawało się w porządku. Gdyby ogień palił się dłużej, pewnie tłuszcz ugotowałby mięso, ale teraz ochronił je przed żarem.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Nie Kwi 29, 2012 5:36 pm

Dyszałam jeszcze przez moment opierając ręce na kolanach i trzymając głowę w dole, jednocześnie starając się nie stracić magicznej koncentracji, aby jakieś inne zmutowane bestie nie zastały mnie bezbronnej. Gdy już mogłam trzeźwo myśleć i pierwsze otępienie zniknęło, szybko zabrałam się go gaszenia resztek ściany podeszwą buta - oczywiście gaszę to, co jestem w stanie, wspomagam się też ziemią. Nikt się tu nie zapuszcza, a nawet jeśli, to nie powinien zwrócić uwagi na odrobinę wypalonego terenu, ale postanowiłam zakryć pogorzelisko odrobiną świeżej ziemi, liści i gałązek.

Następnie po zamaskowaniu śladów, wyciągnęłam strzałę z antlera i wytarłam ją szmatką, po czym włożyłam do kołczanu. Chwyciłam nóż i delikatnie postarałam się odciąć poszarpaną część mięsa, nie uszkadzając przy tym skóry. Jeszcze nie do końca wiedziałam, w jakiej postaci sprzedam zwierzę, ale skóra z pewnością nadawała się do wyrobu jakiejś części garderoby. Wypatroszyłam też zwierzę ze zbędnych odpadków, zostawiając jednak to, co do czegokolwiek by się przydało w środku tułowia. Resztki zakopałam, a magiczne straszaki rozbroiłam. Potem postarałam się przymocować zwierzę na swoich pleców szelkami i liną, w miarę potrzeby wspomagając się magią. Gdy wszystko było gotowe, zbudowałam magiczną misę pasującą dokładnie do kształtu antlera i uniosłam postarałam się wstać. Oceniłam, czy dam radę dotrzeć ze zdobyczą do domu, po czym ruszyłam w stronę dębu. Cały czas trzymałam w ręku łuk i strzałę, aby nie przegapić okazji do upolowania jeszcze kilku królików, kuropatw, wiewiórek, zająców, bażantów czy innych drobnych zdobyczy. Przymocowuję je w miarę możliwości do pasa, jeśli oczywiście uda mi sie jeszcze coś spotkać.

Gdy docieram do dębu, zostawiam zdobycze na dole, wyciągam miskę wraz z praniem, schodzę na dół i poświęcam jeszcze chwilę na wypranie ubrań i innych akcesoriów - gdyby było zbyt ciemno, oświecam sobie kawałek strumienia magicznym światłem. Kształtuję z magonów niewielką kulkę, którą następnie rozgrzewam do czerwoności jak wolframowy pręcik. Gdy już wszystko upiorę , sięgam po jeszcze orobinę magii, chcąc podgrzać ubrania i wywołać ruchy powietrza, które je osuszą. Ewentualne pozostałe plamy usuwam na pomocą magii - albo przywracając cząsteczkom ich poprawny kolor, albo dobudowując obszarpane włókna, albo usuwając cząsteczki brudu, czy wypalając je. Robię to ostrożnie, jednak bardzo mechanicznie - zawsze kiedy wybieram się na polowania, udaję, że najpierw piorę rzeczy, a potem czekam, aż pranie wyschnie. Może to trochę dziwne i głupie, ale do tej pory zdawało egzamin. Gdy już wszystko jest gotowe, wkładam na dno miski mniejsze zdobycze, jeśli jakieś są,, łuk oraz kołczan, tworzę magiczną osłonę w misce i kładę na nią tkaniny, potem ponownie przymocowuję antlera do pleców i znowu staram się przejąć część ciężaru na siłę umysłu. Ruszam prosto do domu, a gdy dojdę do zabudowań, staram się przemykać po liniach miedzy i zarośli śródpolnych, w cieniu, tak, aby nikt nie zauważył, że wracam z dużą paczką na plecach.

Jeśli dojdę do domu, otwieram cicho drzwi, schodzę do małej piwniczki, rozkładam tam odpowiednio zdobycze, przy okazji każdą z osobna szpikując porcją magonów, które scalam z mięsem tak, aby odpowiednio je chłodziły. Pranie odstawiam do "łazienki". Chwytam z kuchni kilka kawałków suszonego mięsa i przeżuwam je spokojnie. Gdyby nic nadzwyczajnego nie przykuło mojej uwagi, to wkradam się do swojego pokoju, podnoszę najciszej jak potrafię materac, podnoszę deskę z podłogi, odkładam moją broń, ściągam ubranie i układam się pod cienkim kocem. Mam nadzieję, że nie obudziłam przy tym Jenny. Jutro czeka mnie wyjątkowy dzień. Męczenie się z uciążliwymi klientami to lepsza perspektywa niż tkwienie cały dzień w polu albo szkole. W sumie brakowało mi rozmów ze Strixem. Uśmiechnęłam się z zamkniętymi oczami. Podłożyłam ręce pod głowę, leząc na wznak i postarałam się odprężyć. Muszę spać, póki mam do tego okazję.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Pią Maj 04, 2012 11:47 am

Ochłonąwszy nieco, Jasmine zgasiła co dała radę butem, a resztę zdusiła zimią i delikatną falą magii. Na ile dała radę zamaskowała ślady po ogniu okoliczną zielenią. Niewiele osób się tu zapuszczało, to prawda, ale trochę martwiło ją, że rozwiewający się powoli kłąb dymu na niebie może kogoś zwabić.

Odzyskała i oczyściła swoją strzałę. Następnie zabrała się do ciężkiej, metodycznej pracy. Oskórowała zwierzę nożem, odcięła pogryzione przez wilki mięso i odłożyła na bok. Powyciągała tyle zbędnych wnętrzności ile była w stanie, zostawiając najważniejsze, najlepsze organy, po czym odsączyła tyle płynów ile dała radę. Ułożyła połcie mięsa i wnętrzności w skórze, robiąc prowizoryczny tobołek i umocowała go linami i szelkami. Rozbroiła straszaki i zakopała zbędne resztki.

Robota była męcząca i brudna, pozostawiając ją na koniec całą ubabraną w krwi i ziemi. Zmierzch zapadł na dobre i łowczyni musiała wspomagać się własną kulą światła żeby cokolwiek widzieć. Ciężkiej zdobyczy normalnie nie dałaby rady unieść, ale misa utkana z magii zrobiła swoje. Wciąż jednak musiałą się zapierać i ciągnąć z całej siły, żeby poruszyć ciężki pakunek w powietrzu. Ruszyła w kierunku dębu, wypatrując innej zdobyczy, trzymając w pogotowiu łuk i strzałę. Musiała jednak zbyt ostro pachnieć, bo niczego nie mogła wypatrzeć. Nie była też pewna, czy zdołałaby trafić do czegokolwiek w mroku, nawet z pomocą magicznego światła.

Koniec końców po dotarciu do dębu miała jeszcze łuk do czyszczenia. Zostawiła zdobycze na dole, wzięła miskę i zeszła na dół. Póki co czuła się dobrze, ale z doświadczenia wiedziała, że ból mięśni w pełni poczuje dopiero jutro. Co ciekawe poza lasem było widniej, bo choć Szrama była w nowiu i żadna z jej części nie lśniła, poza miastem światło gwiazd było całkiem silne. Oczywiście nie wystarczało do co bardziej wymagających optycznie prac, jak wypatrywanie plam, na czym też jej zależało, pozostawiła więc swoje światło.

Umyła się, wyprała ubrania, naprawiła kilka rozdarć powstałych w gęstwinie, a nawet usunęła upoczywe plamy z soków roślinnych i zwierzęcych. Mimo tych wszystkich zabiegów wciąż delikatnie pachniała świeżą krwią, ale póki co nie mogła nic na to poradzić. Szczególnie, że najpóźniej rano powinna skończyć oporządzanie zdobyczy. Wysuszywszy ciuchy, ponownie wszystko spakowała, przekroczyła strumień i ruszyła do domu, tym razem już bez światła. Znała drogę.

Starannie przekradła się do domu, dzięki doświadczeniu nie potykając się po drodze w półmroku. Ramiona i barki pulsowały tępo od ciągnięcia ciężkich lin. Jasmine po cichu weszła do domu, przez chwilę nasłuchując znajomych odgłosów. Jenny musiała położyć matkę spać i sama też już spała, a chłopcy pochrapywali u siebie.

Dziewczyna zniosła pakunek po schodkach do piwnicy, świeżo wysprzątanej przez Josha. Widać było, że chłopak faktycznie coś tu robił, a nie tylko używał sprzątania jako wymówki, żeby się na nią boczyć. Rozłożyła zdobycz na starym stole, który kiedyś służył jej ojcu do drobnych prac ręcznych, a teraz głównie zbierał kurz i śmieci. Przynajemniej przed porządkami Josha. Rozłożyła skórę, a na niej całą resztę i ostatni raz objrzała wszystko przy słabym blasku magii. Odetchnęła głęboko i ponownie skupiła się nasycając całość cząsteczkami magii. Mięso pojaśniało, zesztywniało, a całość pokryła się warstewką szronu. Całość powinna trzymać przynajmniej do rana, szczególnie, że w piwnicy było wciąż dość chłodno. Może nawet trochę za chłodno, jej zgrabiałe od lodowatej wody ręce nie miały za bardzo okazji ogrzać się w chłodnym, wczesnowiosennym powietrzu.

Powoli wyszła z piwnicy, podtrzymywanie misy i ciągnięcie zdobyczy było chyba bardziej męczące od całego starcia z wilkami i pewnie od razu położyła by się spać, gdyby nie była tak strasznie głodna. Z drugiej strony czuła rodzącą się w niej satysfakcję. Las nie należał do Imperium, więc żaden Dystrykt nie zajmował się oficjalnie polowaniem, choć większość mieszkańców żyjących przy puszczy dorabiała w ten sposób. Jasmine znała samozwańczych myśliwych, choćby z widzenia, ale większość tylko czyściła zastawiane tu i ówdzie pułapki z drobnicy. Czasem przynosili bażanta, czy ptaka, ale rzadko coś większego od jelenia. Poza tym antlery można było sprzedać nie tylko zwyczajnie. Co prawda strzaskana czaszka wykluczała gustowne trofeum, ale już poroże to było coś. Jasmine nie do końca jeszcze zbadała dlaczego, ale wiedziała, że na Festynach chociażby pojawiają się damy w czerni, skupujące takie poroża i różne inne dziwne artefakty za całkiem godziwą sumkę by przerobić je na eliksiry i maści. Gdy parę lat temu o to spytała jedną z tych kobiet, ta stwierdziła z jadowitym uśmieszkiem, że są mężczyźni, którzy z chęcią zapłacą dużo więcej by mieć taki róg. Wtedy tego nie zrozumiała, a teraz nie wiedziała, czy chce rozumieć. Odłożyła miskę z praniem do łazienki.

Za to w kuchni czekała ją miła niespodzianka. Na rozżażonych węglach na palenisku pyrkotała sobie gorąca zupka w garnku. Jasmine miała zamiar wziąć tylko kilka kawałków suszonego mięsa, ale oczywiście Jenny poszła i nazbierała tych swoich chwastów. Jasmine nalała sobie taktownie przygotowany dla niej posiłek i po cichu zjadła go przy blasku żaru. Smakował wyśmienicie, aż łzy napłynęły jej do oczu, gdy ciepło zagnieździło się w jej ściśniętym żołądku. W jakiś sposób od razu poczuła się lepiej.

Nigdy też nie wiedziała jak Jenn to robi. Chodziła po okolicy i zbierała dzikie rośliny i zioła, coś na co większość ludzi nie zwracała uwagi, a potem przygotowywała z tego coś pysznego. Jas dyskretnie jej tego zazdrościła i próbowła się tego nauczyć, ale z opłakanym skutkiem. Pamiętała jak odchorowała tamte próby, gdy okazało się, że co prawda wiele roślin można odróżnić po smaku, ale też wiele jadalnych i trujących nie różni się tak bardzo od siebie. O dziwo działało to też w drugą stronę. Jas do dzisiaj żałowała tego dnia, kiedy pozwoliła Jenny iść ze sobą na polowanie. Wszystko szło dobrze, póki Jas nie upolowała tej kuropatwy. Jenn wpadła w histerię, straciła panowanie nad sobą i uciekła, potykając się i spadając wprost do strumienie w jego niższym biegu. O mały włos, a Jas nie udałoby się dopaść jej w porę i zdradliwy nurt porwałby ją kto wie gdzie.

Obie siostry łączyła silna więź i bardzo się kochały, ale były jak ogień i woda. Jasmine czasem zastanawiała się z niedowierzaniem, jak to możliwe, że są spokrewnione.

Dziewczyna w końcu weszła do ich pokoju, schowała łuk i strzały w kołczanie pod deską w podłodze, rozebrała się i położyła pod cienkim kocem. Jenny przez cały czas spała z otwartą buzią. Jasmine zasnęła gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki.

Śniło jej się, że unosi się w powietrzu, nad Kapitolem. Oczywiście, nigdy tam nie była, ale przypominało to bardziej jej wyobrażenie miasta z wielu transmisji i ikonografii niż rzeczywiste miasto. Za to jedno miejsce się bez wątpienia zgadzało, najwyszy budynek wiecznie białego miasta: Iglica, siedziba samego premiera Stone’a, u podstawy której mieściła się słynna Katedra Ra-zah. Na Iglicy ktoś stał, kobieta w nocnej sukience, z włosami unoszonymi porywami wiatru. Nie mogła dojrzeć jej twarzy, ale zdawało jej się, że ta wyciąga ku niej rękę, jakby starała się jej dosięgnąć. Pole widzenia jednak przegrodziły jej czarne sylwetki. Cienie ludzi, same płaszcze na wietrze, co najmniej kilkanaście. Otaczały ją i wyciągały ku niej szpony, ale nie to było najdziwniejsze, ani najstraszniejsze.

Coś było nie tak z samym miastem. Im dłużej się mu przypatrywała tym bardziej przypominało jej misę, taką jaką ciągnęła dziś wieczorem. Albo czarę, czarę, czekającą na wypełnienie. Postacie zaczęły wskazywać niebo, kobieta w nocnej sukni coś krzyczała do niej ze swojej wieży, a Jasmine była zmuszona spojrzeć wprost w słońce na niebie. Słońce było jednak nienaturalnie wielkie. Rozłożyło ogniste skrzydła i runęło w dół na Kapitol, w przeszywającym ryku płomieni.

W momencie, gdy miało ich dopaść rozpędzone inferno, łowczyni się obudziła. Leżała przez chwilę, czując jak serce jej wali, a pot spływa po czole. Podświadomie zaciskała ręce na kocu, jakby próbując się nim ochronić. Spojrzała na Jenny, która wciąż spała, więc chyba nie krzyczała przez sen. Napięcie ze snu zaczęło się ulatniać, chaotyczne obrazy znikać w mrokach niepamięci. Odezwały się pobolewające barki i ręce. Położyła się grubo przed północą a tu już słońce wpadało przez okno. Musiało być dobrze po szóstej.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Pią Maj 04, 2012 2:35 pm

Przed chwilę półleżę, wsparta na rękach, i ciężko oddycham. Staram się jednak opanować strach i nie obudzić swoim zachowaniem Jenny. Zbyt mało spałam. Czy ja kiedykolwiek spałam wystarczająco? Od śmierci ojca, pewnie nigdy. Gdy pierwsza fala minie, kładę się ponownie i szczelnie owijam kocem. Próbuję jeszcze zasnąć, zamykam i otwieram oczy, tępo patrzę się w przestrzeń. Dobrze wiem, że pewnie i tak już nie zasnę. Sprawdzam jeszcze stan swojego umysłu, a kiedy nie wydaje się zbytnio zmęczony, puszczam kilka magonów w głąb mojego ciała, do mięśni, płuc, serca czy mózgu. Delikatnie pobudzam ich działanie, sprawiam, żeby się rozluźniły i magicznie odpoczęły. Czarodzieje potrafią być cały czas na nogach, ale to mocno odbija się na ich zdrowiu. W końcu każdy musi spać. Miałam jednak nadzieję, że nie przesadzam. W sumie magiczne wzmacnianie mogłabym uznać za swoje uzależnienie.

Jeszcze przez chwilę się relaksuję, aby moje magiczne zabiegi nie przyniosły szkód, a potem wstaję z materaca i przeciągam się. Patrzę na Jenny i uśmiecham się lekko. Wygląda słodko, kiedy śpi. Chciałabym móc dać jej chociaż minutę więcej odpoczynku. Ale dobrze wiem, że muszę. Chwytam ją delikatnie za ramię i szepczę:
"Jenny, musimy wstawać, za dwie godziny musimy wyjeżdżać" poruszam delikatnie za ramię z uśmiechem na twarzy. Słodko się na nią patrzy, kiedy śpi jak anioł. Bezbronny anioł. Gdy już widzę, że jest świadoma tego, co się wokół niej dzieje, radzę jej, żeby się ubrała, przygotowała towary do sprzedania i przyszła za chwilę do kuchni. Sama wmaszerowuję do pokoju chłopców i oglądam otoczenie. Zastanawiam się, czy dałoby się jakoś ukradkiem wykraść energię z telewizora. W sumie i tak pewnie nie mamy żadnego innego elektrycznego urządzenia oprócz telewizora w domu. "Chłopaki, za dwie godziny ruszamy. Jeśli nie chcecie się spóźnić. Bądźcie za chwilę w kuchni" mówię do nich, również ciągle uśmiechnięta. Wyprawa, chociaż nie do końca mnie przekonuje, daje przynajmniej szansę oderwania się od szarych dni codzienności. Tylko jak ja upilnuję tej całej gromadki?

Kiedy chłopcy też dadzą znać, że dotarło do nich, czego od nich oczekuję, wchodzę do pokoju mamy, budzę ją, sadzam na stołku, pomagam się jej ubrać i patrzę w patrzące w dal oczy, będąc z nią twarzą w twarz.
- Teraz pójdziesz do Megane. Nie musisz się bać. - mówiąc to, samą mnie zadziwia chłód w moim głosie. Widocznie wściekłość, że opuściła nas w momencie, w którym najbardziej jej potrzebowaliśmy, nie dawała mi jeszcze spokoju. Miałam pójsc do Megane jeszcze wczoraj, ale w lesie zastał mnie zmrok. Nie chciałam przychodzić w pustymi rękami, a później nie było już czasu.

Gdy już ze wszystkim się uporam, schodzę do spiżarki i odcinam dwa, dość spore płaty dobrego mięsa z okolic piersi antlera. Staram się to robić tak, żeby reszta mięsa nie wyglądała na zbyt zniszczoną. Zastanawiam się przez chwilę, w jakim stanie zwierze najlepiej by się sprzedało. Postanawiam, że najwyżej zajmę się tym później. Wyciągam tylko pozostałe wnętrzności i zostawiam część dla nas, a resztę zostawiam na boku stołu. Chwytam z góry myśliwski plecak, ładnie opakowuję kawałki z piersi papierem, chowam jedną do plecaka i stawiam koło drzwi. Potem wchodzę do prowizorycznej łazienki, oczywiście jeśli nikogo w niej nie ma i polewam się wodą z miski w starym prysznicu. Pewnie gdybyśmy mieli bieżącą wodę, może byłby w nieco lepszym stanie niż obecnie. Następnie wycieram włosy i ciało kawałkiem płótna, zakręcam je i spinam gumką, a później wędruję do kuchni na spotkanie z rodzeństwem.

avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Pią Maj 04, 2012 10:11 pm

Strach i napięcie ze snu bardzo szybko wyparowały, przeciekając jej przez palce wraz z resztkami snu. Po kilku minutach nie była w zasadzie pewna o czym śniła, poza tym, że miało to coś wspólnego z Kapitolem i ogniem.
Położyła się jeszcze na jakieś pół godzinki, ale nie mogła zasnąć, więc tylko leżała. Choć wiedziała, że nawet te kilka dodatkowych minut odpoczynku korzystnie na nią wpłynie, w ogóle nie czuła teraz poprawy.
Ostrożnie użyła magonów do pobudzenie i wzmocnienia swojego ciała. Nigdy tego na własne oczy nie widziała, ale słyszała o niewprawnych magach rozrywających sobie ciało przez nieuwagę. Nawet te kilka cząsteczek magii było początkowo nieprzyjemnych, Jasmine zacisnęła zęby i pięści czekając aż pierwsze wrażenie minie. Po około minucie napięcie zelżało, poczuła za to rozgrzewające ciepło i napływającą energię, jej ciało przyjęło niechętnie magię i wskoczyło na wyższy bieg.
Jasmine wstała, obudziła Jenny, a następnie chłopców. Obudziła matkę i pomogła jej się przygotować do wyjścia, cierpliwie, choć niechętnie znosząc jej bezwolność i otępienie.
Zeszła do piwnicy i przygotowała dwa ładne pakunki z piersi, szykując je dla Megane i Oaka. Zdążyła jeszcze wejść na chwilę do łazienki i oporządzić się zanim gromadka weszła do kuchni.

Jasmine: Wchodzę do kuchni, poruszając się bezszelestnie, z bosymi stopami i mając na sobie jedynie bieliznę, rozpuszczoną bluzkę i spodnie.
- Mam nadzieję, że Josh Ci wczoraj przekazał, że powinnaś się przygotować - uśmiecham się radośnie patrząc na Jenny.
Trójka dzieciaków złazi się do kuchni, obsiadając stół. Jenny, bardziej przytomna od chopców zaczyna podawać skromne śniadanie.
Jenny: - Josh mi mówił, że wpadł wczoraj Oak, kupiłaś coś od niego? Jesteśmy mu coś winni? Jasmine: - Tak - zachichotałam - Znaczy nie - wyprostowałam i lekko spoważniałam - Ma nas dzisiaj zabrać na Festyn, koło Deepwood. Może źle zrobiłam, że nie powiedziałam wam wczoraj, ale byłam zajęta.
Westchnęłam lekko i obniżyłam wzrok, a następnie na mojej twarzy zamalowało się zaniepokojenie. - A właśnie. Oak zostawił dla was słodycze. Gdzie one są? - podrapałam się po głowie, wodząc wzrokiem po najbliższym otoczeniu.
Josh: Festyn, wow!
Jeremy: Festyn, wow!
Josh: Tak, Festyn, Jer - uśmiechnął się - i to dzisiaj? O której? Strasznie mało czasu, żeby się przygotować...
Jenny: Ciszej, chłopcy. Włożyłam je do szafki po lewej - wyjaśniła.
Josh: Nie uciszaj mnie, Jenn! Jestem najstarszym mężczyzną w tym domu! Powinniście mi mówić o takich rzeczach - naburmuszył się.
Jasmine: - Spiorunowałam wzrokiem Josha, a uśmiech chwilowo zniknął z mojego oblicza - Josh, wierz mi, nie miała złych zamiarów. A poza tym macie niespodziankę, prawda? – po chwili zignorowałam słowa, które poprzednio padły.
- Nie jestem pewna, czy musicie coś przygotowywać. Oczywiście jeśli macie jakieś niepotrzebne rzeczy, które nadają się do sprzedania lub wymiany... - uśmiecham się delikatnie - to oczywiście tym lepiej dla nas. Wyjeżdżamy o dziewiątej. - na chwilę zanurzam się w swoich myślach.
Jeremy: Niespodziankę!
Josh: Oj, dobra, wiem, ale tak to nie zdążę nic przygotować. Po prostu irytuje mnie, że zamiast pracować nad czymś wartościowym, spędziłem wczorajszy dzień po łokcie z piwnicznym brudzie...
Jenny: No już, już, przecież nic się nie stało. Będziesz mógł dla odmiany nacieszyć się atrakcjami. Ja mam przygotowany stosik wyszywanek jakby co, więc możesz mi pomóc jak chcesz - Jenn uśmiechnęła się do brata.
Jeremy: Pomóc!
Jasmine: Sama dowiedziałam się wczoraj. Josh, wiesz, jak urządzane są Festyny. Wahałam się nawet, czy zdołam wziąć was wszystkich razem. - zmrużyłam delikatnie oczy obserwując minę Josha. W między czasie posłałam Jenny znaczący uśmiech w ramach podziękowania.
Josh: - No to świetnie... - Josh westchnął znacząco, ale porzucił temat.
Jenny: - Więc? Jak się udało "pranie"? - spytała siostrę. Choć sama by się tego nie podjęła, Jenn cieszyła się z każdego sukcesu siostry.
Jasmine: Na moją twarz ponownie wrócił uśmiech - Antler. Tylko połowa, bo został zaatakowany przez wilki. Ale lepsze to, niż nic. Przednia część jest całkiem dobrej jakości - uśmiechnęłam sie i przez moją głowę przebiegła myśl, czy Jenny będzie drążyć temat i czy zauważyła, że jednak nie powiedziałam całej prawdy. I czy będzie dopytywać. - Mam nadzieję, że zdołałam doprać wszystkie plamy - dodałam głośniej.
- Oczywiście, jeśli chcesz, możesz wybrać sobie kawałek, zanim pójdzie na sprzedaż. - spojrzałam na Jenny i posłałam jej znaczące spojrzenie. Była lepszą kucharką ode mnie, a z pewnością wiedziała, co przyda się jej przy przyrządzaniu specjałów. Chociaż nie podejrzewam, że moje jednogarnkowe mieszańce wszystkiego ze wszystkim były bezwartościowe.
Jenny: - Antler! - Jenny klasnęła w ręce.
Jeremy: - Antler! - zawtórował jej Jeremy z pełnymi ustami.
Jenny: - Och, Jas to wspaniale! Wiem, że pewnie większość chcesz sprzedać...
Josh: - I słusznie, moim zdaniem.
Jenny: - Tak, ale moglibyśmy trochę jednak zachować. Może ze dwa żebra? I udziec, albo nogę... może jakiś organ... umm... ty się znasz bardziej, Jas, serce? Wątrobę? Coś pożywnego.
Jenny: Jenny oczywiście jadła mięso bardzo rzadko i niechętnie, nawet jeśli mieli zapas, preferując swoje roślinki, ale uważała przy tym, że chłopcy powinni się dobrze odżywiać. Obawiam się, że z udźcem mogą być problemy, bo jest niekompletny. Wątroba to dobry pomysł. Dodam do tego kilka żeber, bo i tak łatwo je teraz oddzielić od reszty. Josh, jak sądzisz, lepiej sprzedawać na części czy w całości? - pytam brata, żeby przynajmniej chwilowo ukoić jego emocje.
Josh: - Oczywiście na części, więcej ludzi kupi, to lepsza cena będzie. Tak musiałby pojawić się jakiś bogacz, a nie ma pewności, że taki będzie - odparł młodziak z miną znawcy.
Jasmine: Roześmiałam się w głębi swojego umysłu. - Muszę jeszcze zaprowadzić mamę do Megane. - mówię, żując skrawek mięsa - I musicie mi obiecać, że nie będziecie się oddalać. I nie wydacie niepotrzebnie pieniędzy. Wiecie, jaka jest sytuacja. - zmarszczyłam brwi i mój wzrok spoczął na Jeremim - To jak, umowa stoi? Muszę mieć was w zasięgu wzroku.
Jeremy: - Oczywiście, nie wolno się nigdzie oddalać, bo mogą nas porwać źli ludzie - odparł szczerze maluch patrzac się na siostrę wielkimi, niewinnymi oczami.
Josh: - Jasne, planuję zarobić, nie wydać, ha ha - Josh wydał z siebie coś co miało być chyba pewnym siebie śmiechem, ale trochę mu nie wyszlo.
Jenny: - Dobrze, dobrze, jedzcie szybko, to posprzątam. Jeśli mamy zjawić się u Oaka na 9 to nie zostało tak wiele czasu.
Jasmine: - Masz rację. - kończę swoją zupę i wstaję od stołu - Zobaczę, ile mi zejdzie z mamą, ale być może spotkamy się u Oaka. Josh, Jenny, zajmiecie się Jeremim, dobrze? - czekam na odpowiedź, po czym kieruję się do pokoju mamy. Tam delikatnymi, oczywiście jak na mnie, słowami, staram się ją zachęcić do wstania i wyjścia z domu. Naprawdę się staram. Potem idę z nią w kierunku domku starej Megane i tam staram się ją zostawić. Oczywiście przy drzwiach zgarniam plecak i wręczam staruszce owinięte w papier mięso, gdy się zgodzi, po czym szepczę ciche „Dziękuję” kiedy ją przytulam. Żegnam się z mamą, jednak to nie pierwszy raz, kiedy zostaje sama z Megane. Poza tym chyba lubi jej towarzystwo. Megane zawsze zachwyca wszystkich swoją gadatliwością i wieloma opowieściami o niewyobrażalnych rzeczach.

Josh i Jenny zajęli się bratem, a Jasmine poszła po mamę. Tej nie trzeba było długo namawiać. Właściwie pewna bezwolność z jaką podążała za innymi łamała serce i ducha. Łowczyni zabrała prezent i zaprowadziła drepczącą rodzicielkę do sąsiadki tak szybko jak pozwalał na to stan tamtej.
Megane zrazu otworzyła i wyglądała jakby ucieszyła się z wizyty. Przyjęła pakunek ze słowami wdzięczności i zaprosiła, czy też raczej wciągnęła Ester do środka. Okazało się przy okazji, że staruszka ma prośbe. Gdyby Jasmine była w stanie, czy mogłaby kupić trochę przypraw? Prośbie towarzyszyła karteczka opiewająca na składniki za nie więcej niż 70$, a gdyby się postarała, mogłaby może zdobyć je za 50$, natomiast karteczce towarzyszył banknot 100$ i dobroduszny uśmiech „za fatygę”.

Po powrocie do domu, wyciągnęła jeszcze łuk i kołczan, opakowując całość w dodatkową płachtę materiału, starając się, żeby jak najmniej rzuciał się w oczy. Ot, kolejna paczka na targ. Jenny była u siebie, porządkując swoje sprawunki. Josh i Jeremy, gdzieś przepadli.

Dziewczyna zeszła do piwnicy i zabrała się za kończenie skórowania, ćwiartowanie i skrobanie. Precyzyjne, wyćwiczone ruchy oczyszczały skórę, oddzielały mięso od kości i oprawiały wnętrzności. Ledwo się wyrobiła, zniosła pakunki przed drzwi i zmachana opłukała większość pozostałości po pracy. Wczorajszy lód stopił się, pozostawiając mięso wciąż świeże i bynajmniej nie wyschnięte. Gromadka się zebrała. Jenny niosła pęczek wyszywanek i zapakowane, suszone zioła. Josh wróciła z młodszym bratem, niosąc kilka rzeźb z drewna. Było to coś co musiał odziedziczyć po ojcu, który też potrafił strugać cuda. Josh jednak uważał, że to niegodne mężczyzny i głupie, więc zawsze zbywał temat. Jak widać jednak w wolnych chwilach wracał do noża i kawałka drewna. Jego figurki zwierząt robiły imponujące wrażenie jak na dzieło czternastolatka i powinny się sprzedać za przyzwoitą cenę. Josh wrzucił figurki bezceremonialnie do worka i chwycił za ciężki tobół. Dzwiganie do niego przemawiało.

Zapakowali się i ruszyli do domu Oaka. Ledwo zdążyli, choć drałowali szybkim tępem. Jas i Josh dostali zadyszki. Oak czekał przy swoim samochodzie. Poznali przy okazji, jednego z jego nowych pracowników, wysokiego bruneta o serdecznym usposobieniu, imieniem Ralf. Zapakowali pakunki na przyczepę, obok worków Oaka. Zmieszczenie wszystkich do furgonetki mogło nastręczać problemów, ale Josh zaoferował się, że pojedzie z Jeremym na przyczepie. Jas miała wobec tego swoje obiekcje, ale uznała, że wciśniętym między workami chłopakom nie powinno nic się stać.

Mężczyźni usiedli z przodu, a dziewczyny z tyłu, chłopcy wcisnęli się na przyczepę. Oak spytał, czy wszyscy gotowi i ruszyli ku wspinającemu się na nieboskłonie slońcu. Podróż zajęła im jakieś dwadzieścia minut zanim nie dojechali na rozległe pole, niecały kilometr od samego Deepwood.

Było jeszcze prawie pół godziny przed 10, ale ludzie już się zjeżdżali i Festyn się rozkręcał. Dookoła pola ustawiono prowizoryczne płotki, a przy równie prymitywnych budkach stali wojskowi Imperium. Na polu stały samochody i wozy, kto mógł czym przyjechać, tym ciągnął, a dużo więcej nadciągało z różnych stron. Wytyczano drogi i ścieżki, stawiano namioty i rozkładano kramy z towarami.

Podjęchali do bramy i Oak pogadał chwilę z wartownikiem z pobliskiego garnizonu, obowiązkowo w biało-szarych barwach Imperium. Pieniądze przeszły z rąk do rąk i pojechali dalej. Chwilę szukali dla siebie miejsca, aż stanęli koło jednej z mniejszych ścieżek, obok stawianego namiotu spod znaku szemranych dóbr „cudów i dziwów”.
Wysiedli, a Ralf zaczął rozpakowywać tobołki. Ściągnął z przyczepy blat i rozłożył kozły.
- Tu będziemy stać jakby co – zapewnił Jas staruszek – pohandlujecie z nami, czy macie własne plany?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Pią Maj 04, 2012 11:22 pm

W drodze plotę sobie z włosów warkocz. Kiedy Oak płacił za wejście, postarałam się ukradkiem zerknąć, jaką kwotę otrzymał strażnik. Starałam się też przypomnieć sobie ile kosztowały poprzednie wejścia. Po dotarciu na miejsce, sprawdziłam, czy łuk leży dokładnie przypięty do moich pleców.
- Na razie zostaniemy. Potem najwyżej wybiorę się z dzieciakami i pooglądamy, co ciekawego można tu znaleźć - odpowiadam.

Zawiniątko z łukiem rzucam pod moje nogi. Przed nim rozkładam płachtę materiału, jednak w odpowiedniej odległości od ścieżki, tak żeby mięso się nie zabrudziło. Dookoła stawiam delikatną magiczną tarczę, chroniącą przed pyłkami, kurzami i innymi zanieczyszczeniami, wysokości kilkunastu centymetrów. Jeśli odpowiednio ukształtuję magony w delikatną i cienką warstwę włókna węglowego, powinna być niewidzialna, a z drugiej strony spełniać swoje zadanie niczym pleksi-tworzywo w sklepach. Następnie koncentruję się na obszarze między ziemią i materiałem. Nabieram delikatnego wdechu, rozprężam mięśnie i układam gładką warstwę magonów, odpowiednią do wytrzymania niezbyt dużego obciążenia. Byłam w tym wprawiona, przynajmniej do tej pory tak mi się zdawało. Materiał bym wystarczająco duży, aby przykryć magicznie uniesiono stoisko na wysokość metra nad ziemią - i sięgał ziemi. Podczas wydechu magony równym strumieniem płynęły, jakby z moich ust, do czterech narożników kwadratowej, już metalowej płytki, budując cztery nowe kolumny. Gdy wszystko było gotowe, niczym magiczny stolik do sztuczek iluzjonisty, nakładam jednak na blat kilka sztuk mięsa, a nie kapelusz z białym króliczkiem. Odpowiednio oceniam wagowo wytrzymałość stoiska - nie mogę przecież przeholować. Gdy wszystko jest gotowe, delikatnie zachęcam rodzeństwo do wyłożenia odrobiny swoich towarów. Reszta będzie leżeć na widoku, na samochodzie Oaka. Antler to nie byle co, poza tym ludzie rzadko mogą liczyć na świeżą dziczyznę. Z tego co wiem, Kapitol niezbyt interesuje się lasami, które pozostają poza jego zasięgiem, a i myśliwych, na tyle wyuczonych i na tyle odważnych, aby przekroczyć dranice Dystryktów jest mało. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Więc postanowiłam i tym razem celować w bogatszych mieszkańców, może ludzi z Armii. Oczywiście kawałki piersi, boczek, karczek i schab idą po wyższej cenie niż nogi, pachwiny, czy części głowy - oczywiście nie licząc poroża, które czeka na wyjątkowego kupca po wyjątkowej cenie. Uśredniając droższe części, które staram się wcisnąć po minimum 20$, a tańsze, wyceniając na około 9$, staram się uzbierać 13$ za każdy kilogram. Oczywiście za każdym razem staram się targować i zbić jak najwyższą cenę. Wychwalam towar, szepczę słówka uznania i zapewniam o najwyższej jakości. Oszacowanie ceny towarów wystawionych przez rodzeństwo pozostawiam im samym. Jednak jeśli ktoś zechce je kupić, "kłócę" się o cenę jak zawsze. Może to niezbyt moralne, ale w sumie gdyby nie to, moglibyśmy już nie żyć. Potem już tylko miłym uśmiechem zachęcam potencjalnych klientów do obejrzenia moich towarów. Oak pewnie dziwiłby się jak zawsze z tym, co wyczyniam, ale zna mnie wystarczająco długo i przyzwyczaił się chyba do moich przeróżnych dziwactw. A jednym z nich jest chęć mobilności i niezależności.

Po chwili, gdy przypominam sobie, że Jeremy pewnie nie usiedzi długo w jednym miejscu, mówię:
- Josh, jeśli chcesz, możesz zabrać Jerego i pokazać mu pobliskie stoiska. Może znajdziecie coś interesującego. Pamiętaj tylko, żeby się zbytnio nie oddalać. W tym tłumie łatwo się zgubić. - nachylam się do niego, żeby jeszcze szeptem dodać - Poza tym nie jest to najbezpieczniejsze miejsce, jakie można sobie wymarzyć.
Mam nadzieję, że moja podziela uwaga nie zawiedzie i tym razem. Poza tym mam do wykorzystania o jeden zmysł więcej niż połowa obywateli Dolumen. Chyba wszędzie rozpoznałabym magiczne sylwetki mojego rodzeństwa.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Nie Maj 06, 2012 7:13 pm

Podczas rozmowy ze strażnikami Oak próbował się trochę targować. Żołnierz był młody, trzymał karabin luźno na ramieniu. Gestykulowali trochę, wyrażając mimiką i mową ciała więcej niż słowami. Strażnik skinął głową w kierunku reszty pasażerów, dwudziestka przeszła z rąk do rąk i przejechali. Jasmine widziała jeszcze jak mundurowy kiwa głową dzieciakom na przyczepie. Z tego co zrozumiała, w tym roku żądano 5$ od osoby, ale Oakowi udało się zbić cenę. Zeszłym razem brano 15$ od pojazdu, a jeszcze wcześniej 10$ za osobę, ale tylko za dorosłych.

Gdy dotarli na miejsce, Jas sprawdziła swój łuk i położyła go pod nogi. Zadbała o towar, chroniąc go od zanieczyszczeń magiczną barierą, po czym zabrała się za konstrukcję stoiska.
Rozluźniła się, kładąc ręce na materiale dla wygody. Wolne magony wpłynęły między niego a ziemię z jej ciała i ułożyły się w równy, kwadrat. Całość zachwiała się, gdy dziewczyna niemal nie straciła koncentracji przy transformacji, ale zdołała utrzymać całość. Cząsteczki magii zaczęły się formować i ostygły w solidny, szary metal. Nogi poszły już łatwiej, gdyż mogła podeprzeć się szablonem dla magonów z blatu.
Gdy całość już stała i materiał zwisł aż do ziemi, mogła odetchnąc i otrzeć pot z czoła. Oak i Ralf byli zajęci wypakowywaniem reszty towarów z przyczepy. Za to mniej więcej czteroletnie dziecko przyglądało jej się wielkimi oczami z otwartą buzią.

Młoda kobieta podleciała do dzieciaka ze słowami „mówiłam, żebyś się nie oddalała”, po czym spojrzała na dziewczynę przy rozstawionym kramie, uśmiechnęła się przepraszająco i odciągnęła czterolatkę, wciąż oczarowaną magiczną sztuczką.

Rozstawiła trochę swojej zdobyczy na stoliku, Jenny dołożyła kilka serwetek i wyszywanej, wraz z pękiem ziół, a Josh dodał swoje figurki. Następnie zabrał ucieszonego Jeremiego na zwiedzanie Festynu. A było co zwiedzać, coraz większa liczba osób bynajmniej nie próżnowała.

Oczywiście byli oni, a nieopodal Oak rozłożył ziarna zbóż, soczewicę, fasolę, a nawet nasiona kwiatów, a przy nich namiot „cudów i dziwów” oferował podejrzane słoiki wypełnione cieczami, amulety magiczne, czy nawet wypchane zwierzęta.
Jas zauważyła w pobliżu przynajmniej trzy proste koce rzucone na ziemię z ułożonymi na nich różnościami, które równie dobrze mogły być rodzinnymi skarbami, jak i śmieciami wygrzebanymi z jakiegoś zaułka.

Pojawiły się stragany z warzywami, owocami, słodyczami, przyprawami, czy chemią. Szewcy, wróżbici, kowale, mechanicy, a nawet magowie licencjonowani i nie, oferowali swoje wyroby i usługi. Pasjonaci i hobbyści z większych miast zaczęli krążyć wokoło, szukając rarytasów do swoich kolekcji, a nad tym wszystkim uniosła się zasłona zapachów z otwartej kuchni.

Ruch rozkręcał się powoli, ale nieustannie. Przez pierwszą godzinę Jasmine udało się zarobić nieco ponad dwieście dolarów za dziesięć kilo mięsa. Udało jej się przy tym naciągnąć dwóch żołnierzy patrolujących leniwie po terenie. Może dlatego w przypływie dobroci dała skandalicznie niską cenę za prawie kilo mięsa, wychudzonej, bladej kobiecie, która tylko spojrzała na mięso głodnym wzrokiem i miała zamiar odejść. Zjawił się nawet kucharz z jednej z otwartych kuchnii. Opalony młodzieniec przedstawił się jako Oran i zaproponował, że odkupi od Jas większość mięsa hurtowo. Zacząłęło się mało interesująco, od 5$ za kilogram, ostatecznie, po zgoła kwadransie zaciętych targów, stanęło na 8$ za kilogram i 10% z utargu kuchnii. Jas wciąż nie była przekonana, więc sprawa stanęła jako otwarta propozycja, przy czym Oran zaznaczył, że im szybciej Jas się zdecyduje tym lepiej – więcej głodnych brzuchów do napełnienia.

W tym czasie Jenny sprzedała prawie po połowę z serwetek i ziół, zarabiając jakieś sto dolarów, sprzedały na boku też dwie figurki Josha, które pewien mężczyzna postanowił sprezentować swoim dzieciom.

Dochodziła jedenasta, gdy do ich stoiska dopadł Josh.
- Jeremy… zniknął – powiedział z paniką w oczach. – Cały czas chodził ze mną, a potem spuściłem go z oka na dwie sekundy, przysięgam, a jego już nie było… szukałem wszędzie…
Zaczął relacjonować, zanim jednak zdążyli wybrać się na poszukiwania, dróżką nadszedł sam poszukiwany. Bynajmniej nie sam.
- Jas, Jas! – zawołał uradowany. – Chcesz poznać moją nową koleżankę? – podbiegł, ciągnąc za sobą jakąś dziewczynke.

Na oko sześcio, może siedmioletnia, ubrana w schludną, białą sukieneczkę i lakierki. Miała bladą cerę, ciemne, kręcone włosy, spięte niebieskimi wstążkami i piwne oczy tak ciemne, że niemal czarne. Wyglądała trochę jak laleczka, albo wróżka, która przybyła do nich nie z tej bajki.
Gdy do nich podeszła i spojrzała na Jasmine, ta poczuła dreszcz przechodzący jej po plecach. Jakby znalazła się właśnie w lesie w chłodną noc… i gdy tylko to pomyślała, przed jej oczami stanęła wizja lasu nocą. Szrama lśniła na niebie w pełnej krasie oświetlając płynący w dole strumień. Lodowata woda biła z furią w głaz, na którym przycupnęła niewzruszenie roślina. Grube korzenie, niczym pnącza trzymały ją w miejscu, a czarne jak noc płatki rozchylały się powoli. Wewnątrz tkwił jeden, jedyny, srebrny pręcik. Na końcu pręcika znajdowało się słabe światełko, a w nim ktoś, jakby malutka osóbka, Jasmine jednak nie mogła zobaczyć kto to. Nie mogła się zbliżyć, gdyż płatki tego kwiatu miały krawędzie ostrzejsze od brzytwy. Jedno draśnięcie i byłaby martwa.

Łowczyni zamrugała i zdała sobie sprawę, że wpatruje się w ciemne oczy tamtej i widzi w nich kwiat nocą.
- Jeremy! Wszędzie cię szukałem! – Josh ofukał brata ze złością. Malec zwiesił głowę udając skruchę, ale zaraz podjął z ekscytacją:
- Ma na imię Mab i przyjechała tu z bratem z daleka. Szukając biżuterii! Mówiła jak daleko, ale nie pamiętam.. .w każdym razie bardzo daleko! Tak daleko, specjalnie do nas! – Chłopczykowi nie zamykała się buzia, podczas gdy nieznajoma milczała jak zaklęta.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Nie Maj 06, 2012 8:26 pm

Jeszcze przed chwilą miała ochotę rozsadzić Josha na miliony kawałków. W mojej głowie już szykowała się lawina słów, które zawisły w otwartych ustach. Nigdy już się stamtąd nie wydostały. Josh pozostał w chwili obecnej nieskarcony, a moja złość przerodziła się w chęć ucieczki przed całym światem.

Musiałam wyglądać niecodziennie gapiąc się na małe dziecko, jakbym widziała tam ducha albo coś... co nie istnieje. Widzący to czasami odczuwają, ale chyba nie aż w takim stopniu. Moje magiczne zmysły zbzikowały. A człowiek, który przez chwilę zostaje podrażniony zbyt silnym bodźcem zmysłu, zazwyczaj chce coś zrobić, zareagować. Oprócz fascynacji, która wypełniła moje ciało, pragnęłam zwinąć się w mały kłębek i przeczekać całe zdarzenie na ziemi. Jakby ktoś nagle zaświecił mi latarką prosto w oczy. Chociaż magiczne odczucie było nieco subtelniejsze i bardziej wyrafinowane. Zastanawiałam się, czy dziewczynka zauważyła moje zachowanie. A może od razu spisała mnie na wariatkę? Kiedy się ocknęłam, zamrugałam kilkakrotnie oczami, aby się otrząsnąć z natłoku informacji, jakie otrzymałam.

Magia była dla mnie czymś codziennym. Jednak takie niespodzianki nadal mnie zaskakiwały. Odruchowo wzmocniłam tarczę otaczającą moje ciało. Wszystkie pięć zmysłów, mieście, ciało krzyczały, żeby uciekać. Za to otępiałe czucie magii w tym momencie ciągnęło mnie do przodu. Chciało wyciągnąć rękę i dotknąć dziewczynki.

- Na wybuchające wulkany Europy, Jer, obiecałeś, że nie będziesz mi robić takich niespodzianek - wyrzuciłam z siebie, ale głucho, jakby to druga osoba siedząca we mnie powiedziała te słowa. Zatroskana siostra. Inne część Jas nadal miała ochotę wpatrywać się w kwieciste oczy dziewczynki. Zmusiłam się do zmarszczenia brwi. Przerzuciłam wzrok na Josha, potem znowu na Jeremiego. Kątek oka próbowałam zauważyć, czy Jenny znajduje się w pobliżu. "Brat", "z daleka", "do nas", "biżuteria"... dopiero teraz te słowa zaczęły kołatać w mojej głowie i odbijać się głuchą pustką. Ubranie dziewczynki. Na pewno nie była z Dwudziestki. Potem zobaczyłam olbrzymiego, dobrze zbudowanego człowieka z mieczem w ręku szarżującego na mnie. Kurz pod stopami i te śmieszne gwiazdki nad moją głową. Ponownie zamrugałam powiekami. Siedmioletnie dziecko nie przechadza się samo po Festynie. Szczególnie w takim ubraniu.

Westchnęłam, aby się odprężyć. Nie chciałam też uwidaczniać tego, co czułam w środku.
- Oczywiście Mab, miło mi Cię poznać. - postarałam się uśmiechnąć do dziewczynki - Ale Jer, masz pojęcie, że teraz ktoś może jej szukać? Jak się denerwuje? - spojrzałam karcącym wzrokiem na brata. Jeszcze nie czas, żeby wyciągał nieznajome dziewczyny z tłumu. Jeśli kiedykolwiek będzie na to dobry czas. Teraz znowu skierowałam wzrok na Josha, sprawnie chwyciłam tobołek z łukiem, przypięłam do pleców i wychodząc zza stoiska powiedziałam:
- Josh, pilnuj tutaj wszystkiego, ja zaraz wrócę - potem odwróciłam się do dzieciaków - Mab, twój brat nie będzie zadowolony, nie można się tak oddalać bez pozwolenia. Chodź, odprowadzę Cię, może znajdziemy Twojego brata. Jer, idziesz z nami, ale masz się pilnować.
Nie wiem, czy zgodziłam się na taki układ, bo bałam się tego, co się stanie, jeśli Jera nie będzie przy mnie i nie będę miała wymówki, czy dlatego, żeby dzieciak miał jeszcze trochę rozrywki. Niemal mechanicznie spróbowałam chwycić dziewczynkę za rękę i pociągnąć za sobą. To znajome ciepło. Zachowywałam się jak idiotka.
- No to Jer, powiedz teraz, skąd przyprowadziłeś swoją koleżankę? - zapytałam, a słowo "księżniczka" uwięzło mi w porę w gardle. Potem ruszyłam w kierunku wskazanym przez Jeremiego.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sob Maj 12, 2012 10:30 pm

- Przepraszam… - mruknął Jer, grzebiąc nogą w ziemi i spuszczając wzrok, ale Jasmine widziała, że nie jest mu naprawdę przykro. Mab zbytnio go zaprzątała, żeby rozmyślał nad tym co zrobił.
- A więc jesteście rodziną, Jeremiego – odezwała się wreszcie dziewczynka, a łowczyni przeszedł dreszcz po plecach, gdy rozpoznała śpiewny akcent Kapitolu. Słychać go było często w telewizji, oczywiście prezenterzy informacji mówili bez akcentu, ale słychać go było w częstych wywiadach, albo ankietach ulicznych, pokazujących dobrodziejstwo Imperium. Mab przesunęła wzrokiem po całej czwórce i uśmiechnęła się zaskakująco słodko jak na swój dotychczasowy, neutralny wyraz twarzy. – Mi również miło was poznać.

Kwiatowe oczy zatrzymały się na dłużej przy Jas, po czym wróciły do Jera.
- Och, mój brat był zajęty interesami. Nie wiem nawet czy cokolwiek zauważył.

Josh ochoczo zgodził się popilnować stoiska, a Jenny wyglądała na cokolwiek zatroskaną. Jeremy za to nie posiadał się z radości. Wskazał kierunek i ruszyli na wschód, w kierunku bliższym Deepwood, niż okolicznym lasom i polom. Jasmine wyciągnęła rękę, żeby złapać Mab, ta jednak warknęła coś pod nosem, z czego łowczyni zrozumiała tylko „nie”.

Zanim zdała sobie sprawę co robi, cofnęła rękę. Mab spojrzała na nią z mieszaniną skrępowania i zaskoczenia. Odchrząknęła szybko.
- Zajmujemy się skupem biżuterii – powiedziała, żeby zamaskować ostry ton sprzed chwili – interesuje nas wszystko i oferujemy bardzo dobre ceny. Bardzo, bardzo dobre. Jakby… - dziewczynka zająknęła się – jakby pani chciała, mój brat na pewno coś by od pani kupił. Na przykład tę klamrę. Albo kolczyki. Bardzo ładne – dodała jakoś tak niezręcznie.
Malec uśmiechnął się do dziewczynki, wyraźnie oczarowany domniemaną erudycją Mab, ale i jej niewątpliwie dostojną prezencją.

Wmieszali się w tłum, przemieszczając się miedzy ludźmi i kramami, próbując odnaleźć samochód przybyszów z Kapitolu, który powinien gdzieś tam być. Wraz z bratem małej.
Minęli stragany z drobną zwierzyną, warzywne, z surowymi suknami i prostą chatkę z wnętrza której kobieta w średnim wieku nawoływała do Jas, żeby wybrała jakieś ubranka dla dzieci. Przeszli obok kowala podkuwającego czyjegoś konia i ubranego w długą szatę, domniewanego czarodzieja, sprzedającego magiczne kamienie. Z tego co Jas mogła zauważyć kamienie te były albo pęknięte, albo mętne albo w inny sposób poniżej standardów produkcji. Zaraz też uderzył ich w nozdrza ostry zapach chemikaliów i odczynników z lepiej uposażonego straganu i musieli przyspieszyć kroku. Zdaje się, że ktoś oprócz sprzedaży urządzał pokaz, ale chyba niezbyt umiejętnie, skoro fetor palił w oczy z odległości kilku metrów. Ludzie odsunęli się na poły ciekawi, na poły cierpiący, ale cwaniak urządzający widowisko miał przynajmniej prosty kombinezon ochronny.

Nie mieli jednak czasu na podziwianie. Mab choć mała, raz zauważona wzbudzała sensację. Jej wygląd i ubranie krzyczał o jej obcości – i domniemanym bogactwie. Gdziekolwiek nie szli zaraz znajdował się ktoś kto chciał jej coś wcisnąć – oczywoście po „okazyjnej” cenie. Łowczyni to rozumiała, sama tak robiła, ale niekoniecznie jej to odpowiadało, gdy powinna odstawić małą bratu i wracać przypilnować własnych interesów.

Wreszcie przepchnęli się na ścieżkę między dwoma kramami i wyszli na niewielkie poletko, gdzie powinien stać pojazd przybyszów z Kapitolu. Nie stał.
- Dziwne, byłam pewna, że tu parkowaliśmy – twarz Mab zdradzała konsternację i niepokój.
- Nie martw się, Mab, znajdziemy go – zapewnił ją szybko Jeremy. – Prawda, Jas?

Zanim jednak Jas zdążyła odpowiedzieć, poczuła jak słońce przyjemnie grzeje ją w plecy. Jako człowieka nabytego do przebywania na łonie przyrody, mocno ją to zdziwiło zanim zrozumiała o co chodzi. Przede wszystkim, mimo, że było południe, dziś akurat nie było przesadnie słonecznie, a słońce przeświecało przez zasłonę chmur. Co więcej słońce znajdowało się przed nią, nie za nią.

Odwróciła się w porę, żeby zauważyć zbliżającego się ku nim mężczyznę. To nie mógł być człowiek. Ludzie nie są tak… idealni. Biały garnitur pasował w tej okolicy jak pięść do nosa, ale w jakiś sposób był też całkowicie odpowiedni. Tak jak uniesione do góry włosy, koloru zboża gotowego do zbioru, czy idealnie biały uśmiech. Mężczyzna szybkim krokiem podszedł do Mab.
- Mab! Wszędzie cię szukałem! Przecież obiecałaś się nie oddalać!
W nagrodę za troskę dostał lakierkiem w goleń.
- Przestawiłeś go! Myślałam, że się zgubiłam! – Mab wskazała go oskarżycielsko palcem, na co tamten uniósł ręce w obronnym geście.
- Przepraszam, wzbudzał za dużo sensacji, musiałem…ał! Nie kop mnie już, Mab! Wynagrodzę ci, to dobrze?
Dziewczynka pokiwała głową, po czym przywarła do nogi swojego brata.

Ten pogładził ją po kręconych włoskach i spojrzał wprost na Jasmine. Jakby słońce znów obdarzyło jej twarz swoimi promieniami. Jego bursztynowe oczy miały w sobie coś takiego… on miał w sobie coś takiego, jakiś taki wewnętrzny żar, który bił wokoło i gotował powietrze. Miała wrażenie, że gorąc jego ciała przechodzi przez powietrze i wnika w nią, sprawiając, że jej włosy stawały dęba.
- Przepraszam za moją siostrę. Dziękuję, że ją odprowadziliście. Mam nadzieję, że się wam nie naprzykrzała? Nazywam się Merlin. Merlin Sword.
Wyciągnął do niej rękę na powitanie.

A Jasmine stała jak wryta, oczarowana. Nie było w tym krztyny świadomości, zwyczajnie jej ciało reagowało w przedziwny sposób na obecność Merlina. Jej serce przyśpieszało, żołądek ściskał się w kulę, usta wysychały, a w płucach brakowało dechu. Kolana zmiękły, jakby przestały być zdolne do utrzymania jej ciężaru, a na granicy wzroku pojawiły się wirujące płatki czerni, niechybny zwiastun omdlenia. Sword zdawał się bić jakimś wewnętrznym blaskiem, na poziomie zupełnie przekraczającym to co czuła przy Mab. Zupełnie jakby ktoś wzbudził światło, tam gdzie dotąd był jedynie mrok.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Nie Maj 13, 2012 1:32 pm

Mój umysł ponownie rozdzielił się na dwie części. Jedna starała się nadążyć nad reakcjami, który zachodzi na zewnątrz w rzeczywistości i nie dać się złapać przez uciekający czas. Druga zaś stanęła jak wryta i oceniała pod każdym aspektem doznania, jakie mnie nawiedziły. Dawne, starożytne uczucie. Jakbym posiadała w sobie cały swój ród, a każdy z przodków, których znałam czy nie znałam, zaczął mi krzyczeć w głowie swoje własne słowa.

Zwariowałam. A po wszystkim pozostała pustka, zawieszona we wszechświecie. Intensywne doznania nie należały do moich dobrych i opanowanych stron. Szczególnie, jeśli źródłem tych doznań były kapitolińskie dzieci. Bogate dzieci. Potężne dzieci. Zastanowiłam się tylko, czy ktoś czuł to przede mną. Tylko ta jedna myśl, niczym płomień świecy, wypełniła mój umysł.

W tym samym czasie, ta lepsza część mojego umysłu zabrała się do działania. Oddychaj normalnie, działaj normalnie, zachowuj się normalnie. Doskonale wiedziałam, że uzewnętrznianie swoich wewnętrznych doświadczeń, a tym bardziej okazywanie zaskoczenia, nie jest teraz na miejscu. Miałam nadzieję, że nikt nie zauważył mojego chwilowego rozproszenia. Chociaż starałam się szybko otrząsnąć, jednak moje działania wynikały z czystego mechanizmu.

- Nie, Twoja siostra jest na prawdę uroczą dziewczynką. To raczej mojemu bratu należy się lanie. - spoglądam znaczącym wzrokiem na Jeremiego - Obawiam się, że to on zaciągnął Mab zbyt daleko. Czasami po prostu zachowuje się irracjonalnie, ale to jeszcze dziecko. - przełknęłam ślinę i postarałam się zwilżyć usta.

- Nie ma sprawy, dzieciaki nie powinny same błąkać się po takich miejscach jak to. Jest tu dość niebezpiecznie - odpowiedziałam na podziękowanie i uśmiechnęłam się nerwowo. Jakbym nie miała pojęcia, że ta mała czarownica poradziłaby sobie z całą zgrają bandytów sto razy lepiej ode mnie. Dystrykty zawsze musiały liczyć na własne, słabe umiejętności. Kapitolińczycy potrafili burzyć miasta jednym skinieniem palca.

- Miło mi, nazywają mnie Jas. - ostrożnie wyciągnęłam rękę, uścisnęłam dłoń Merlina i spojrzałam na słońce. Otworzyłam delikatnie usta. - Och, przepraszam, ale muszę jak najszybciej wrócić do mojej siostry. Zostawiłam ją z tym wszystkim - przekręciłam delikatnie oczami - a może potrzebować pomocy. Musimy już iść. Miło było Cię poznać, Merlinie. - dygnęłam delikatnie ciągnąc Jera za sobą, dałam mu znak, żeby się nie oglądał. Czym prędzej udałam się w stronę naszego stoiska. Po kilkudziesięciu metrach zwolniłam i zaczęłam rozglądać się po straganach w poszukiwaniu ziół dla Megane. Gotowa byłam się targować, chociaż moje roztrzęsione myśli pewnie temu nie sprzyjały. Mimo wszystko, starałam się rzetelnie oceniać produkty. Oczywiście zwracałam uwagę też na pożyteczne rzeczy, które mogą nam się przydać w domu. Gdybym wróciła do naszego stoiska, siadam koło samochodu Oaka, obejmuję nogi ramionami i marszczę brwi. "Co oni tutaj robią?" pomyślałam, patrząc się tępo w dal.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Sob Maj 19, 2012 8:50 pm

- Oczywiście, oczywiście, od tego są dzieci, żeby zachowywać się irracjonalnie – odrzekł Merlin, wciąż z uśmiechem.

Jasmine wiedziała gdzieś w głębi, że ulega w tej chwili stresowi i propagandzie Kapitolu. Burzenie miast jednym palcem było sporą przesadą, ale i sytuacja była niecodzienna. Dzieciaki z Kapitolu były z pewnością niecodzienne i ich specyficzny czar zdawał się naciskać na jej umysł i ciało, niczym fizyczna siła.

Oboje podali sobie ręce. Jas momentalnie wyszarpnęła swoją z uścisku męskiej dłoni. Był to odruch kompletnie bezwarunkowy, jakby dotknęła gotującego się garnka. Mimo, że kontakt trwał tylko chwilę, czuła jak pali ją dłoń, jak płynny ogień wpływa wzdłuż jej żył w górę ramienia. Może Merlin i Mab nie zauważyli jej wcześniejszego zmieszania, teraz jednak wyglądali na zaskoczonych.
- Hej, nic ci się nie… - zaczął mężczyzna, jednak Jasmine spojrzała na słońce, wymamrotała coś o zostawionej siostrze i pożegnała się.

Kapitolińskie dzieci spoglądały na nią, gdy dygała, po czym oddalała się, ciągnąc za sobą brata. Czuła jak wymieniają zaskoczone spojrzenia za jej plecami.
- Jas, hej, Jas, czemu nie zostaliśmy… hej to boli… Jas…
Palenie nie wydawało się fizyczne, dłoń nie była zaczerwieniona, ale łowczyni przyłożyła rękę do piersi mimo wszystko, w nadziei na złagodzenie palącego wrażenia. Wyszli na większą alejkę i wmieszali się w tłum. Palące wrażenie zaczęło się cofać i ulatywać, jakby wypromieniowywało z jej ciała.

Zajęła się zakupami w drodze do własnego stoiska. W ramach przeprosin za brutalne potraktowanie kupiła Jerowi patyk waty cukrowej, co go zajęło na chwilę. Znalazła stoisko z przyprawami i załatwiła sprawunki dla Megane. Starała się uspokoić i zachowywać normalnie oddając rutynie zakupów i częściowo jej się to udało, choć wewnątrz wciąż nie byłą do końca soba. Udało jej się utargować całość za sześćdziesiąt dolarów, bo przy okazji uznała, że uzupełni własne zapasy. W końcu będą mieli teraz trochę wysokiej klasy mięsa, nie wypada więc podawać go na surowo. Kupiła kilogram cukru, pół kilo soli, dwadzieścia deko pieprzu i parę saszetek innych przypraw, między innymi liści laurowych, kolędry, bazylii i chilli. Zadowolona sprzedawczyni dołożyła im kilka gram kakao za darmo, podliczając całość wraz z zakupami dla sąsiadki do stu dolarów.

Ruszyli dalej z nowymi pakunkami, ale zanim doszli do własnego stoiska, zatrzymywali się jeszcze dwuktrotnie: raz przy kramie z dywanami, który sprzedawał również materiały. Jasmine zaopatrzyła Jenny w zestaw kolorowych nici za dziesięć dolarów. Powinno się zwrócić w niedługim czasie. Dochodzili już do samochodu Oaka, gdy uwagę panny Hide zwrócił jeden ze obwoźnych sprzedawców. Był to zaskakujaco popularny rodzaj sprzedaży na takich targach, ludzie, często włóczędzy rozkładali się na kocach wątpliwej jakości i oferowali to co udało im się znaleźć.

Brodaty, odziany w stertę szmat mężczyzna niczym się od tej zgrai nie wyróżniał, za to oferował przepiękny nóż. Narzędzie wyglądało na wykonane ze srebra, miało ręcznie rzeźbioną rękojeść ze zdobieniami i było w komplecie z pochwą. Gdy tylko go zobaczyła, wiedziała, że Josh by go pokochał, wreszcie miałby coś porządnego do strugania. Starała się ukryć swoje zainteresowanie, ale musiała być jeszcze roztrzęsiona, bo obdartus je zauważył. Obdarzył ją częściowo bezzębnym uśmiechem. Chciał za ostrze stówę, czego niewątpliwie było warte, ale taka suma była trudna do przełknięcia w ich sytuacji, szczególnie na przyjemności. Targowali się bity kwadrans i Jas kilkukrotnie chciała zrezygnować. W końcu jednak włóczęga zgodził się na pięć dych, a Jasmine z ciężkim sercem zapłaciła.

Co prawda należało mu się oberwanie uszu za zgubienie brata choćby na chwilę, ale z drugiej strony ostatnio większość czasu spędzali na kłótniach. Łowczyni nie mogła nic poradzić na to, że czuje jakby się od siebie oddalali, a kunsztowny prezent mógł przełamać passę niesnasek.

Wrócili do stoiska, choć wyglądało na to, że Jenn i Josh sobie radzą. Jas odłożyła zakupy i schowała prezenty. Przyjdzie na nie czas. Pomyślała przy okazji, że powinna kupić coś dla siebie i Jera, który już zdążył zjeść watę, a i pewnie coś więcej do domu, ale nie czuła się na siłach na razie. Usiadła koło samochodu Oaka i zapadła w zamyślenie. Ręka przestała już pulsować i płonąć.
Jenny uklękła obok niej.
- Hej, wszystko w porządku? Wyglądasz na chorą. Coś się stało między…

Zanim jednak zdążyła dokończyć powietrze przeszył potworny wrzask. Wrzask jakiego nie mogło wydać ludzie gardlo. Wrzask od którego uszy bolały, a skronie ściskało imadło. Wszyscy w okolicy złapali się za uszy, próbując odgrodzić się od niespodziewanego ataku kakofonii.

Coś pojawiło się w powietrzu i bardzo szybko zbliżyło do nich. Coś okazało się mężczyzną, młócącym szaleńczo rękami i nogami w powietrzu. Jasmine mgliście rozpoznała w nim żołnierza Imperium, któremu sprzedała mięso dla żony po zawyżonej cenie. Białogwardzista uderzył z impetem w worki zbóż stojące na stole Oaka, łamiąc całą konstrukcję i rozrzucając wszędzie ziarno. Być może to ocaliło mu życie, za jego ręka i stopa sterczały pod dziwnymi kątami. Krzyknął z bólu i zaczął jęczeć.

Zanim Jasmine czy Jennifer zdążyły zareagować, stojący najbliżej Oak, był już przy mężczyźnie i podtrzymywał mu głowę.
- Co się stało, kto ci to zrobił!
- Uciekajcie, chiroptery, uciekajcie… pomoc, musicie… - żołnierz wyraźnie był zamroczony siłą upadku i bólem od złamań.

Powietrze nad Festynem ponownie przeszył świdrujący, bolesny wrzask. Musiał dochodzić z miejsca z którego przyleciał białogwardzista.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Sob Maj 19, 2012 10:03 pm

Odruchowo użyłam magii do zablokowania drażniącego dźwięku. Musiałam się szybko otrząsnąć. Już po Festynie. Spojrzałam na żołnierza i kiwnęłam głową porozumiewawczo w stronę Jenny. Zacisnęłam mocno usta i wyciągnęłam nóż schowany pod myśliwską kamizelką. Szybko chwyciłam za kawałek materiału, w który było zawinięte mięso i sprawnym ruchem postarałam się odciąć kawałek materiału, a następnie podzielić go na 14 małych, średnio równych części. Odsunęłam część mięsa ze stolika oraz położyłam na nim skrawki. Pochyliłam się nad materiałem, zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, jak robi się on miękki i "pulchny". Wyrzuciłam z siebie odrobinę magonów w czternaście części tkaniny, które zaczęły rosnąć jak ciasto, zmieniając strukturę włókien. Magia zaiskrzyła delikatną, żółtawą poświatą.

Zerknęłam na Oaka. Miałam nadzieję, że podobnie do mnie, zamierza się jak najszybciej stąd wynosić. Nic tu po nas, szczególnie kiedy wybuchnie ogólna panika. Spróbowałam z nim nawiązać kontakt wzrokowy i zrozumieć, co miałby mi do powiedzenia, gdyby nie był w szoku.

Jeśli udało mi się to zrobić, chwytam garścią wszystkie kawałki materiału i wręczam każdemu po dwa - Jenny, Joshowi, Jerowi, Oakowi, jego pracownikowi i rannemu żołnierzowi, chociaż jemu to teraz niewiele pomoże. Czasami czułam obrzydzenie do Armii. Masa bezmyślnych ludzi, którzy zostali wychowani przez Kapitol. Jednak także im współczułam, bo wiedziałam, jak wyglądała ich "rekrutacja".
- Załóżcie je, powinny częściowo zagłuszyć te dźwięki. - sama także wkładam prowizoryczne zatyczki głęboko w kanał słuchowy - Josh, pomóż Jerowi - zwróciłam się do brata i rzuciłam mu zawiniątko z nowo kupionym nożem. - To miał być prezent, ale może się teraz przydać. Używaj go mądrze i pilnuj Jera, bo jeśli nie... - nie dokończyłam i zabrałam się do szybkiego pakowania rozłożonego mięsa i innych towarów, a następnie wrzucałam je do samochodu Oaka. Podobnie przyprawy i nici dla Jenny - wszystko zostawiam w bezpiecznym miejscu na przyczepie lub w środku pojazdu.

Zwinęłam wszystkie wyłożone rzeczy i w pośpiechu złożyłam wszelakie okrycia i nakrycia. Położyłam ręce na wytworzonym przed chwilą stoliku. Na chwilę zabłyszczał, pojawiły się na nim jaskrawe pęknięcia, szczeliny. Jednym zręcznym ruchem dłoni zamieniłam go w pył wolnych magonów i cząsteczek, który poszybował z wiatrem.

Gdy wszystko uprzątnęłam, spojrzałam w stronę Jenny. Zapewne zajmowała się rannym żołnierzem. Jej ręce potrafiły czynić cuda. Podbiegłam do niej i chwyciłam za rękę.
- Pomóc Ci w czymś? - przekazałam jej mentalnie, w postaci ciepłego uczucia zapytania i wahania, jednak z nutą zaniepokojenia. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na poszkodowanego - Trzeba przenieść go na deskę i unieruchomić. Zajmą się nim i tak później w szpitalu. W takim chaosie i tak nie wiele zdziałamy. Zbieraj się. - wysłałam jej mentalnie.

Potem poszukałam odpowiedniego blatu w zbiorach Oaka - Mogę? - spytałam, gdy znalazłam właściwy, mogący w całości pomieścić żołnierza. Położyłam blat obok, a następnie uklękłam po drugiej stronie. - Nie ruszaj się - warknęłam do rannego, trochę przez emocje, trochę przez pogardę. Potem tego żałowałam, ale nie było czasu na przeprosiny. Położyłam ręce na ziemi, tuż przy tułowiu rannego. Ponownie zamknęłam oczy i skupiłam się na wyczuciu ziemi, gruntu i przestrzeni między leżącym człowiekiem a podłożem. Uspokoiłam oddech, choć w obecnych okolicznościach musiało to być olbrzymim wysiłkiem. Magony sunęły zwartym strumyczkiem w moim ciele i wpływały do rąk, aby przez nie wydostać się na zewnątrz. Kierowane siłą woli układały się w równe kwadraty i prostokąty, jeden za drugim, ciągle i wciąż. Chciałam wytworzyć tarczę, podobną do tej używanej do lewitacji. Gdy wszystkie magiczne cząstki znalazły się na swoim miejscu, otworzyłam oczy i zaczęłam delikatnie unosić ręce nad podłogę, ciągle skupiając się na tarczy utworzonej pod żołnierzem. Moje ruchy były delikatne i precyzyjne, tak, aby niczego nie uszkodzić. Gdy znalazł się na odpowiedniej wysokości, zadarłam palce dłoni do góry i przepchnęłam poszkodowanego nad blat. Następnie delikatnie go opuściłam na prymitywne nosze.

Zadowolona ze swojej pracy, gwałtownie wstałam i spojrzałam w kierunku, z którego wyleciał żołnierz. Coś w głębi mnie mówiło mi, żeby tam biec, żeby pomóc ludziom. Nigdy jeszcze coś takiego nie zdarzyło się na Festynie. Miałam jednak na głowie trójkę rodzeństwa i Oaka, który przez swój wiek nie mógł pewnie już tyle, ile kiedyś. Wytężyłam raz jeszcze mój magiczny zmysł. Czasami myślałam, że w pewnych sytuacjach go nadwyrężę. Poszukiwałam jakiś znaków, zmian w strukturze magii, coś, co pozwoli mi ocenić sytuację, zareagować w porę.

Po krótkim badaniu okolicy spoglądam na Oaka pytająco i czekam na jego reakcję. Może potrzebuje jakiejś pomocy. Podchodzę do niego z takim wyrazem twarzy, aby zrozumiał, że jestem wolna i chętna do pomocy.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Wto Maj 22, 2012 8:04 pm

Jasmine odruchowo zablokowała sobie kanały słuchowe warstewką magii, by wytłumić przeszywający dźwięk. Gdy nadszedł ponownie, poczuła jak część bariery rozpada się i ulatuje w powietrze, ale dźwięk był zdecydowanie słabszy i nie rozsadzał już głowy.
Schwyciła za nóż, odcięła czternaście kawałeczków od materiału okrywającego mięso i użyła magonów by spulchnić go do postaci piankowej. Kawałki zalśniły złoto i napuchły niczym gąbeczki.

Oak może był już podeszły wiekiem, ale bynajmniej nie próżnował. Gdy tylko dowiedział się od żołnierza co się stało, położył jego głowę na trawie i zajął się ratowaniem dobytku. Machnął na Ralfa i razem zaczęli nosić worki z powrotem na przyczepę w gorączkowym pośpiechu. Gdy zobaczył, że Jas na niego patrzy skinął głową na samochód, dając znak, żeby zbierała manele i dzieciaki i pakowała się do środka.

Tymczasem na Festynie szerzyła się panika. Ludzie krzyczeli i biegali w tą i we wtą, ratując co im wpadło w ręce i uciekając na piechotę, chyba że mieli czym. Miejsce ataku chiropter nie mogło być dalej niż sto metrów dalej, ale przez masę straganów i stoisk nie było widać zbyt wiele. Czasem mignęła niewyraźna sylwetka. Dużo częściej było słychać brzęki i trzaski przeplatane krzykami ludzi i przeszywającym wrzaskiem chiropter. Szczęknęła seria z karabinu, ale zaraz ucichła.

Wszyscy przyjęli z wdzięcznością zatyczki do uszy. Za każdym razem gdy rozlegał się rozdzierający skowyt, wszyscy się słaniali, tracąc równowagę, choć był to zaledwie rykoszet. Wszyscy z wyjątkiem Jeremiego. Chłopiec stał wpatrując się w kierunku zamieszania i łzy płynęły mu po policzkach wartkim strumieniem. Nic dziwnego, był mały, a właśnie napadły ich potwory, miał prawo się bać. A jednak zwróciło to uwagę młodej łowczyni, gdy w zamieszaniu przekazywała bratu zdobiony nóż. Josh zrobił wielkie oczy i widać było, że jest pod wrażeniem, nawet pomimo sytuacji.
- Jezu, Jas… jest piękny. Podziękuję ci później, teraz zadbam o malca. Tym razem nie spuszczę go z oczu, przyrzekam – zapewnił bardziej ruchami ust niż dźwiękiem.

Dziewczyna zabrała się do pośpiesznego pakowania ich dobytku i nabytków, ale zerknęła jeszcze na braci z siostrzaną troską. Josh ukląkł przed bratem i podał mu zatyczki. Mimo zatyczek w uszach i ogólnego harmidru, Jas zdało się, że usłyszała wyraźnie jak Jer mów: „ona jest smutna”.
Josh zamrugał, ale pokiwał głową, byle skłonić brata do założenia zatyczek.

Jasmine zmiotła wszystko do kupy i umieściła na przyczepie pośród innych pakunków. Położyła dłoń na wytworzonym przez siebie stole, wyczuła nadaną mu strukturę i posłała weń impuls zniszczenia. Od jej ręki rozeszły się pęknięcia, niczym wypalone błyskawice i całość rozpadła się na kawałki, przemieniając w locie w pył. Pochwycone zbłąkanym powiewem, lśniące drobiny uniosły się w górę, migocząc w słabym świetle popołudnia.

Jenny klęczała przy półprzytomnym żołnierzu, jednak po cudach nie było śladu. Siostra spojrzała na nią, gdy schwyciła ją za rękę. W spojrzeniu czaił się cień desperacji i bezsilności. Wskazała na zasklepioną skórę wokół złamania ręki i wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć „nic więcej teraz nie zdziałam”. Jas poradziła jej, żeby się zbierała, po czym ściągnęła blat Oaka z kozłów, którego ten najwyraźniej nie zamierzał zabierać. Sąsiad zauważył co robi, wsiadając do środka. Zamachał na nią, żeby zostawiła białogwardzistę i się pakowała.

Łowczyni nie mogła posłuchać, jeszcze nie. Warknęła do żołnierza, żeby się nie ruszał, ale nie przypuszczała, żeby ten ją zrozumiał. Mamrotał coś do siebie i nie mógł skupić na niczym wzroku. Chyba miał wstrząśnienie mózgu.
Skupienie nie przyszło łatwo, a magia z której już dzisiaj trochę korzystała potrzebowała kilku sekund na reakcję, ale w końcu magony popłynęły żywym strumieniem, kształtując tarczę lewitacyjną pod żołnierzem.
Uniosła go wraz z uciętymi źdźbłami trawy i przeniosła na prowizoryczne nosze zostawione pod ścianą Cudów i Dziwów. Nie było dla niego miejsca na przyczepie, ani w samochodzie, a w tym stanie i tak lepiej chyba było nie nadwyrężać go wyboistą podróżą.

Jasmine gwałtownie wstała, wpatrując się w kierunku zamieszania. Co jakiś czas dało się widzieć różne przedmioty wyrzucane ze sporą siłą i lądujące gdzieś w gęstwinie kramów, stoisk i szałasów. Drewniana ława wzbiła się w powietrze, przecinając je ze świstem i z impetem wbiła się w dach Cudów i Dziwów, przebijając lichą konstrukcję na wylot. Jenny wpakowała się na tylne siedzenie, wszyscy już byli w samochodzie i czekali już tylko na nią. Oak ponaglił ją gestem, żeby ruszyła ten wysportowany tyłek i wlazła do środka.

Młoda czarodziejka rzuciła ostatnie spojrzenie całej scenie, skupiając się na swoim zmyśle magicznym na ile potrafiła. Delikatne, niemal niedostrzegalne lśnienie magii wypełniające świat i wszystkie istoty żywe przybrało na sile. Tuż przed jej nosem zmaterializowała się jakaś postać i łowczyni odskoczyła odruchowo do tyłu, uderzając plecami w trzeszczącą konstrukcję kramu.
Półprzezroczysta, obrysowana magicznymi liniami postać wyglądała na równie zaskoczoną co ona. Jasmine z trudem rozpoznała widziadło z pola: młodą kobietę w koszuli nocnej. Tyle, że tym razem widziała jej twarz, twarz młodej, zatroskanej dziewczyny, niewiele starszej od niej samej, a może nawet w tym samym wieku.

Dziewczyna wskazała na siebie i powiedziała coś, ale jej głos, mimo że przebijał się przez zatyczki, był potwornie zniekształcony, ślizgając się po skali od basu to wysokiego altu. Po chwili jednak Jasmine wydało się, że tamta powiedziała coś jak „mnie”. Czyżby „czy widzisz mnie?”. Możliwe. Zanim jednak młoda magini zdołała się nad tym zastanowić tamta zirytowała się brakiem reakcji.
Zaczęła coś krzyczeć, ale jej głos stał się całkiem niezrozumiały i niewiele się teraz różnił od wrzasku chiroptery.

Duch wykrzywił się w rozpaczy i znienacka, chyba w akcie desperacji, chwycił łowczynię za głowę. Dotyk był bardzo realny jak na coś półprzezroczystego. Tylko chodny, nie zimny, a właśnie chłodny, niczym morska bryza na skórze.
Przez nie przeszedł impuls, niemal wprost do umysłu Jasmine. Jeden krótki błysk promieniujący strumieniem obrazów i odczuć, który zalśnił i zgasł. Widmo puściło łowczynię, zatoczyło się do tyłu i zafalowało w powietrzu niczym zakłócony obraz telewizyjny.

Umysł Jasmine próbował sobie poradzić z natłokiem migawek: obrazem półprzezroczystej kobiety błąkającej się po terenie Festynu z wiadomością, której nie miał kto wysłuchać, niewidoczna i niesłyszana. Jej desperację i nadzieję, gdy nagle zauważyła kogoś kto wcześniej zdawał się ją dostrzegać. Były to widoki przeszłości, przeplatające się z obawami przyszłości. Jasmine widziała przed oczami obraz chiropter: dużych, smukłych krzyżówek człowieka i nietoperza powstałych w czasie Wielkiej Wojny. Największa spośród nich, samica o srebrnym ubarwieniu, mniejszy czarny samiec i kilka brązowych samców. Przedzierali się przez Festyn jak żniwiarze przez zboże, na równi traktując worki z towarem i ogłuszonych okropnym wyciem ludzi.

To będzie masakra. O ile już nie jest.

Zjawa spojrzała na łowczynię i znać było po niej zmęczenie. Wskazała ręką za siebie, jednak nie tam, gdzie panowało największe pandemonium, ale na prawo, gdzie panika i zniszczenie jeszcze nie do końca doszło. Jasmine ogarnęło wrażenie, mające swe korzenie zapewne w przekazie od nieznajomej, że było tam coś czego chciały chiroptery.

Gdy podążyła wzrokiem wzdłuż półprzezroczystej ręki, wydało jej się, że między straganami i kramami dostrzega lepiej postawiony budynek, większy od większości. Jeden z zamożnych handlarzy? Istniała pewna grupka bogaczy, poszukujących rozmaitości do swoich kolekcji na takich właśnie pogranicznych targach. Na takich właśnie pozowało rodzeństwo z Kapitolu. Wyglądało na to, że zjawa chce, żeby ona, Jasmine poszła właśnie do jednego z nich. Kimkolwiek była owa kobieta, musiała wyczerpać swoje siły, bo rozwiała się w powietrzu równie nagle co się pojawiła. Strzała bólu wbiła się w ciemię młodej magini i świat stonował swój blask do normalnego poziomu.

Oak wychylił się przez okno zniecierpliwiony.
- Jasmine Hide, co tam robisz do ciężkiej cholery! – krzylnął do niej. – Wsiadaj biegiem!
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Wto Maj 22, 2012 9:00 pm

"Idiotka. I co tam zrobię? Ukradnę komuś jakieś lustereczko przepowiadające przyszłość, bo chcą go krwiożercze bestie?" Spotkanie z nieznajomą znajomą kompletnie mnie oszołomiło. Dostałam potężnym obuchem prosto w potylicę. Zostawiłam rannego człowieka, bo nie było dla niego miejsca w samochodzie, a mam lecieć po jakieś... właśnie, po co? Czy jestem cokolwiek dłużna tej przezroczystej postaci? Mam za miękkie serce. Stanowczo.

- Zmiana planów, zostaję! Jeźdźcie już! - krzyczę do Oaka, gdy już wyrywam pierwszą kępę trawy startując do sprintu. Miałam nadzieję, że pogoń za zwierzyną w lesie nie będzie trudniejsza niż skakanie przez rozrzucone w pośpiechu towary i inne cuda. W biegu ściągam przymocowany do pleców materiał, rozwijam go i narzucam na siebie jak płaszcz, w ręce zostawiając drewniany łuk, a kołczan zarzucam jednym zręcznym ruchem na nowe okrycie. Bez wahania sięgam po strzałę, która powinna być na swoim miejscu. Nakładam cięciwę w każdej chwili gotowa odepchnąć magią nadlatujące przedmioty albo utorować sobie drogę ze zbędnych przedmiotów, które trudno byłoby przeskoczyć. "Co za dzień...". Wszystkie receptory postawiłam w stan najwyższej gotowości. Jestem na polowaniu. Moje stopy trafiają na wystające kamyki albo miękką trawę, tak, aby narobić jak najmniej hałasu. Mrużę delikatnie oczy. Mój cel powinien być coraz bliżej. W tej krótkiej chwili, która została mi została jedyną myślą w mojej głowie oprócz dogłębnej, mechanicznej analizy otoczenia pozostaje to, czego mam szukać po dotarciu na miejsce. Jeśli widmowa panienka była magiczna, muszę prawdopodobnie polegać i na tym zmyśle.

Jeśli udałoby mi się dobiec na miejsce, wbiegam do stoiska, jeśli jest odrodzone lub staję przed nim, ale tak, żebym zawsze stała przodem do nadchodzących krzyków i wrzawy. Momentalnie przymykam oczy, nabieram wdechu delikatnie opuszczając łuk i wypuszczam moje macki magicznego zmysłu dalej, i o wiele intensywniej niż w przypadku zwykłej egzystencji. Szukam czegokolwiek co mogłoby zwrócić moją uwagę. W dużej mierze muszę też polegać na intuicji, bo nie mam pojęcia, czego muszę szukać. "Idiotka" powtarzam sobie jeszcze raz. Co mi strzeliło do głowy? Gdyby to nie przyniosło skutku, a właściciel nie znalazł by się w pobliżu, a także miałabym chwilę czasu, zaczynam przerzucać rzeczy dookoła mnie, szukając czegoś, co mnie zainteresuje. Czegoś co nie wygląda jak kawałek mięsa, ampułka z proszkiem nasennym albo nóż myśliwski czy pierścionek zaręczynowy.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Wto Maj 29, 2012 5:10 pm

Jasmine miała przeczucie, że to bardzo, bardzo zły pomysł, ale jej ciało już pędziło do przodu. Czym wyraźnie zdziwiła pasażerów samochodu.
- Zostajesz…? Jak to?! Jasmine? – Oak wychylił się przez okno niemal do połowy. – Jasmine! Wracaj tutaj natychmiast! Do cholery, Jas! – słyszała jeszcze jego krzyk, ale wpadła już na uliczkę i pedziła przed siebie. Po chwili usłyszała terkot wzmożonej pracy silnika i odjeżdżający samochód. Na sercu zaległa jej ciężka kula, której nie miałą teraz czasu analizować. Musiała skupić się na zadaniu przed sobą.

Od razu niemal wpadła na kogoś. Co prawda największy strumień ludzi uciekł w pierwszych minutach od pojawienia się chiropter, ale wciąż sporo ich zalegało na Festynie. Starzy, schorowani, chciwi, ci którzy nie mogli nadążyć za resztą, albo byli zbyt zaaferowani swoim dobytkiem by wybrać mądre wyjście.

Jasmine zboczyła i pomknęła węższą alejką, przeskakując nad porzuconymi pakunkami i ślizgając się w wydeptanym błocie. Na placu pełnym przez parę godzin ludzkiej aktywności ciężko było mówić o trawie i kamieniach. Dziewczyna zrzuciła z pakunku opakowanie i zarzuciła je sobie jak płaszcz, przekładając kołczan przez głowę. W jej rękach znalazł się drewniany łuk i strzała.

Powietrze przeszył przeraźliwy wrzask, uderzając w nią niemal fizycznie. Magia okazaywała się kiepską barierą, choć tłumiła większość dźwięków. Poczuła jak z jej uszu skapuje coś gęstego, ale ponieważ nie ogłuchła i nic jej przeraźliwie nie bolało, musiały to być kawałki zatyczek, a nie krew.

W pewnym momencie musiała nagle zwolnić, niemal się nie przewracając, gdy wzięła ranną osobę za pakunek. Białogwardzista przypominał z daleka worek. Błyskawiczne oględziny nie pozwoliły jej zatrzymywać się na dłużej: mężczyzna złamał parę podpórek i musiał uderzyć się w głowę, ale nie wyglądał na poważnie rannego, poza brakiem przytomności.

Pobiegła dalej, kantor kupiecki miała już niemal na wyciągnięcie ręki. Nagle zareagowała instynktownie, pochylając się i nurkując za najbliższy kontuar kramu.
Kantor wciąż był okupowany i to nie przez byle kogo. Jasmine nie znała tych ludzi, ale znała ten typ: szorstcy, cyniczki, zgorzkniali mężczyźni, taszczący ze sobą mase żelastwa. Innymi słowy: najemnicy. Ktokolwiek ich nie wynajął, mógł sobie policzyć – szybkie spojrzenie – na co najmniej siedmiu zakapiorów. Czyli bogaty kupiec. I chciwy, skoro marnuje czas na ładowanie towaru.

Zanim jednak zdążyła podążyć dalej tym torem, zdała sobie sprawę, że nie jest sama w swojej kryjówce. Zaabsorbowana niespodziewanym pojawnieniem się uzbrojonych żołdaków na swojej drodze nie zauważyła dziewczyny kulącej się pod ladą naprzeciwko. Nie mogła być więcej jak kilka lat starsza od łowczyni, za to ubrana była w najbardziej sztuczny strój jaki Jasmine widziała od dawna: granatową, powłóczystą szatę ze złotym podszyciem. Obok leżał w błocie szpiczasty kapelusz. Istne chodzące, ludowe wyobrażenie o czarodzieju. Dziewczyna przyciskała do boku kilkuletnie dziecko i spoglądała na Hide równie zaskoczona jej pojawieniem się, co nim przestraszona. Jakby nadchodzące potwory to było za mało.

Wokoło leżały rozrzucone fiolki z podejrzanymi płynami i magiczne kryszytały, które wyglądały na co najmniej uszkodzone, jeśli nie zrazu niebezpieczne. Strach było się czymś takim zajmować. Widać panna w szacie podszywała się pod czarodzieja. Nie wyglądała jednak groźnie, Jasmine więc zajęła się swoim pierwotnym celem, kantorem.

Rzuciła kolejne spojrzenie, kątem oka oceniając jak blisko jest harmider wywołany przez chiroptery. Zauważyła kupca, postawnego jegomościa w kolorowych szatach i z pokaźnym wąsem i dwóch ludzi z którymi rozmawiał. Musieli nie być z jego świty, bo się kłócili, jednak ich widok wstrząsnął dziewczyną. A to dlatego, że ich rozpoznała.
Widziała ich tylko przez chwilę i z daleka, ale była pewna. To byli dwaj kłusownicy, których widziała wczoraj, chowając swoje rzeczy na drzewie. Łowczyni nie wiedziała o czym mówia z kupcem, choć mówili podniesionymi głosami, ale domyślała się, że albo im nie zapłacono, albo domagali się więcej, a kupiec ich spławiał. Czterach najemników przypatrywało im się z niechęcia. Trzech kolejnych nosiło klatki z kantoru do zaparkowanej z tyłu furgonetki.

Klatki były przykryte materiałem i piskały, gdy meżczyźni bez ceregieli pakowali je na tyły. A więc to nie był sprzedawca magicznych przedmiotów jak podejrzewała. To był kupiec handlujący zwierzętami, najpewniej egzotycznymi albo magicznymi zwierzetami. Zapewne można było na tym zbić fortunę, jeśli miało się umowę z Kapitolem.

Spróbowała rozeznać się w sytuacji swoim magicznym zmysłem. Skupiła się i rozpuściła w powietrzu wici. Nadleciał kolejny druzgocący wrzask chiropter, jej wici rozprysły się przyprawiając ją o ból głowy, a świat widziany przez magiczne spojrzenie rozmył się i zlał w jedną plamę, jakby miała poważną wadę wzroku, a ktoś zdjął jej okulary.

Natychmiast cofnęła podrażnione zmysły i skupiła się na zwykłym postrzeganiu. Ludzie też się skulili, przykładając wolne ręce do głów.
Wtedy zauważyła coś dziwnego. Dwie z trzech niesionych właśnie klatek zaczęły się trząść w odpowiedzi na ryk chiropter. Najemnik przywalił w klatki pałką, by się uspokoiły, a jego towarzysz zaczął go strofować, choć Jasmine nie słyszała wiele poza „koszty” i „uszkodzony towar”. Zresztą, nieważne. Wszystko zaczynało się klarować, może nie wszystkie elementy były na swoim miejscu, ale zaczynała dostrzegać już ogólny obraz sytuacji.

Tylko co teraz?
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Wto Maj 29, 2012 5:59 pm

- No, no, wiatrowa panienko. Czy naprawdę chciałaś mnie tutaj? - zamruczałam przygryzając wargi. Fakt, może to, co robili kłusownicy i ten facet nie było do końca nieskalane moralnie, ale mimo wszystko chiroptery nie były ani ludźmi, ani zwierzętami. A wielokrotnie widziałam jak młode kobiety, które odważyły się wyjść po zmroku w nieodpowiednie miejsca, traciły nie tylko swoją godność, ale i inne, często niezbędne do życia przedmioty. Nie wspominając już o kwitnącym handlu niewolnictwem i traktowaniem, jakim darzy Kapitol ludność mniej możnych dystryktów. Gdybym patrzyła dalekosiężnie, pewnie myślałabym, że te młode mogą zostać wykorzystane do kolejnych badań i moje dzieci będą musiały się z nimi zmierzyć, więc wypadałoby zadziałać już teraz. Był w tym jednak jeden problem. Nie zamierzałam mieć dzieci. A tym bardziej mieszać się teraz w sprawy Kapitolu, kiedy życie zaczęło się w końcu normalnie układać po śmierci ojca.

Spojrzałam na moją towarzyszkę i patrząc jej prosto w oczy zbliżyłam się do niej odrobinę, aby usłyszała mój szept - Nie zamierzam patrzeć na ten rozlew krwi. W dodatku to nie jest dobre miejsce dla małych dzieci - uśmiechnęłam się przez ułamek sekundy patrząc na chłopca, ale mój uśmiech natychmiast zniknął, równie szybko, jak się pojawił. - Chodź, wynośmy się stąd. Zbierz niezbędne rzeczy, byle szybko. - zaproponowałam, ale w moim głosie czaiło się coś, co dawało znak, że te słowa nie przyjmą przeczącej odpowiedzi. Zsunęłam strzałę z cięciwy i chwyciłam łuk wraz z nią jedną ręką, drugą wyciągając do kobiety z dzieckiem. Jej przynajmniej mogę pomóc. Nie wiedziałam, co dzieje się z Jenny, Joshem czy Jeremim. W obecnych okolicznościach ratowanie krzyżówki człowieka z nietoperzem i narażanie całej rodziny na represje nie wydawało się wyśmienitym pomysłem. A jeśli przybędą tu dorosłe chiroptery, to kto wie, co może się stać przerażonej na śmierć kobiecie.

Gdy kobieta chwyta mnie za rękę, zaciskam usta w lekkim półuśmiechu i ruszam w kierunku, z którego przybyłam. Jednocześnie odtwarzam w głowie plan Festynu i wybieram najkrótszą drogę poza jego obszar. Staram wycofać się będąc pochyloną, to samo daję do zrozumienia ludziom, których prowadzę. Gdyby to się udało i wyszlibyśmy poza promień przynajmniej widocznego niebezpieczeństwa, staram się zacząć rozmowę z dziewczyną: przedstawiam się, pytam skąd przybywają, co robili na Festynie, a na końcu, czy cały czas była nieopodal tego dziwnego kupca i czy zauważyła u niego lub w jego otoczeniu jakieś szczególne, wyjątkowe zdarzenia. Oczywiście oprócz egzotycznych zwierząt i samej jego obstawy.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Pią Cze 01, 2012 9:43 pm

Kobieta wpatrywała się przez moment w Jas bez ruchu, jakby nie docierało do niej ani to co się dzieje, ani co mówi łowczyni. Skinęła jednak głową, zrazu niepewnie, potem energiczniej. Pochyliła się do swojego – najprawdopodobniej – dziecka i zaczęła szeptać ciepłe słowa pocieszenia. Wszystko będzie dobrze. Trzymaj się mamusi. Hide usłyszała imię „Lizzy”, więc malec był zapewne dziewczynką, choć ubrana była w proste, wręcz chłopięce rzeczy.

Wystrojona czarodziejka wyciągnęła spod kontuaru niewielką, czarną torbę i zarzuciła ją sobie na ramię. Musiała już mieć ją przygotowaną, ale strach musiał zatrzymać ją w miejscu. Tym razem jednak ruszała się już dość żwawo, poddając sugestiom Jasmine. Chwyciła Lizzy i przytuliła kilkulatkę do piersi. Zaczęły się wycofywać tam skąd łowczyni przyszła, gdy Jasmine nagle coś poczuła.

Była obserwowana. Niczego nie widziała, ani nie słyszała, ale jej instynkt łowiecki postawił wszystkie włoski na jej ciele. Obejrzała się wokoło, ale nikogo nie zauważyła. Od razu pomyślała, że jednak któraś ze stron je zauważyła, ale nic z tego. Kupiec najwyraźniej dobił jakoś targu, bo grupka była już prawie przy zapakowanej furgonetce, a humanoidalne sylwetki były już widoczne, ale jeszcze nie dotarły do sklepu. Nie wiedziała kto je obserwuje, ale musiały się stamtąd wydostać.

Gdy wracały na drodze nie został praktycznie nikt, a przynajmniej nikt przytomny. Dzięki temu nawet z bagażem w postaci matki z dzieckiem przedzieranie się przez to pobojowisko nie było nadto uciążliwe. Jasmine nie pamiętała dokładnego rozłożenia Festynu, zaledwie jego zarys, uznała więc, że najprościej i najbezpieczniej będzie znaleźć wyjście, którym tu przyjechali.
Dotarłszy na miejsce, gdzie wcześniej znajdował się ich niewielki sklepik, odczuła delikatne ukłucie zawodu, że nie znalazła tu swojej rodziny. Ale tego można było się spodziewać i była tego świadoma.

Oddaliły się od bezpośredniego zagrożenia na tyle, że przedstawiła się kobiecie i spytała o kilka podstawowych faktów. Tamta była wciąż rozkojarzona, długie, ciemne włosy zachodziły jej na oczy, ale nie miała ich jak poprawić, trzymając torbę i dziecko. Szpiczasty kapelusz został w błocie stoiska.
- Esmeralda, medium, wróżbitka, jasnowidz i przepowiadanie woli gwiaz… - zaczęła recytować w odpowiedzi, po czym uśmiechnęła się słabo i potrząsnęła głową. – Nie, chwila, przepraszam. Eliza Hawthorne. To moja córeczka, Elizabeth, ale woli Lizzy. Jesteśmy z Deepwood, przynajmniej od jakiegoś czasu. Przyjechałyśmy po to co wszyscy, trochę zarobić. Wróżenie z kart, z dłoni, pytania do duchowych przewodników. Ludzie to lubią – wzruszyła ramionami.
- Ten kupiec od zwierząt? W zasadzie to chyba byłam tam cały czas. Nie miałam z kim zostawić Lizzy. Ale nie widziałam nic dziwnego, normalne targi. Te świnie z ochrony rzuciły mi parę niecenzuralnych propozycji, parę spojrzeń, ale nic poza tym. Czemu to takie ważne?

Jas jednak nie zdążyła się wyjaśnić, gdy w jej plecy uderzył potężny, magiczny wiatr. Wichura całkiem namacalna, choć jedynie w magicznym wymiarze świata, w fizycznym nie poruszająca ni źdźbła trawy. A potem zapadła cisza i bezrusz w magicznym eterze. Gdy łowczyni odwróciła się, okazało się, że powiew wywołany był wypchnięciem wielkiej masy naturalnej magii z okolicy, zastąpionej czymś innym.

Choć wciąż był dzień, a chmury nadal zakrywały większość nieba powietrze nad Festynem na średnicy jakichś kilkudziesięciu metrów rozświetlało światło. Światło to do złudzenia przypominało księżycowy blask wpadający przez pęknięcie sklepienia do ciemnej pieczary, co obecnie nie mogło być naturalne. Zjawisko to możnaby chyba porównać do podbiegunowej aurory zstępującej z nieba na ziemię, światło było jednak srebrne nie kolorowe. Miało w sobie też pewien zastój chwili uchwyconej między chwilami.

Potem wydarzenia potoczyły się jedno po drugim, na kształt lawiny.

- Mamusiu…? – pisnęła Lizzy, zsuwając się z objęć Elizy na ziemię. Torba upadła u ich stóp. Gdy Jasmine na nią spojrzała, źrenice kobiety kurczyły i rozszerzały się równym, powolnym tempem. Tęczówki lśniły własnymi, skrytymi iskierkami, niemal świecąc wewnętrznym blaskiem.
- …kroczyła Ona pośród Pól, mając władzę nad wszystkim Zbożem. I oddzielała ona Ziarno od Plew, a to które dojrzało mogło zaznać jej Ostrza. Idąc zbierała wszelkie Życie, zostawiając po drodze jeno Śmierć…

Z wnętrza tajemniczego, świetlnego pola, które nie obejmowało trójki kobiet, dobiegły wszaski. Nie były to jednak przeszywające krzyki chiropter, choć ich głosy też dało się rozróżnić pomiędzy innymi. Były to krzyki istot potwornie cierpiących, umierających. Kat z dawnych dni mógłby powiedzieć, że były to krzyki ludzi obdzieranych żywcem ze skóry.

Jasmine widziała jak z księżycowej poświaty wypryskuje ciemniejsza, człekokształtna postać, wzbijajac się na kilkadziesiąt metrów w powietrze, jednym skokiem. Łowczyni mgliście rozpoznała samicę chiropter z wizji. Księżycowe promienie natychmiast zakrzywiły się niczym odbite lustrem i objęły swoim blaskiem uciekającą postać.
Powietrze przeszył jeszcze ostatni, żałosny krzyk i wielkie ciało zwiotczało w locie, opadając bezwładnie na ziemię.

Wszystko zamarło. Księżycowa poświata znikła. Całość, od pojawienia się nieziemskich promieni do ich zniknięcia, nie mogła trwać więcej jak pół minuty.
Eliza spojrzała wprost na Jas tymi jaśniejącymi oczyma i stwierdziła:
- Ta, której życie zostało zatopione w magii, łka w boleści. Zawiod…
Oczy Elizy uciekły w głąb czaszki, jej ciało zwiotczało i runęło bezwładnie do tyłu.
- Mamo! – Lizzy pochyliła się nad matką, próbując ją dobudzić targaniem za szatę. Hawthorne jęknęła boleśnie i otworzyła oczy, ale zaraz je zamknęła. Wyglądała podobnie do tego żołnierza, którym chiroptery rzuciły przez pół targowiska, albo jakby budziła się na naprawdę paskudnym kacu.

Co i tak było lepsze niż na co się zanosiło. Jasmine nie miała doświadczenia w tych sprawach, ale przez chwilę zdawało jej się, że kobieta gotowa jest dostać drgawek i konwulsji.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Selainwila on Sob Cze 02, 2012 1:14 pm

Żałowałam, że nie mogłam wyjaśnić kobiecie, skąd wzięły się moje pytania. "Nie, tego już za wiele". Najszybciej jak potrafiłam rzuciłam się na ziemię, klęcząc. Położyłam głowę Elizy na swoich kolanach i delikatnie przytrzymałam jej głowę w swoich rękach. Posiadanie w domu siostry interesującej się medycyną jest przydatne.
- Często jej się tak zdarza? - rzuciłam do córki, delikatnie mrużąc oczy w zastanowieniu. Nawet nie miałam pojęcia, dlaczego to się stało. Magia? Reakcja organizmu? Na co? Tak nagle. Rozejrzałam się i odrzuciłam wszystkie przedmioty dookoła, które mogłyby zranić Hawthorne. Potem odsunęłam jej głowę do tyłu i czekałam, co się stanie.

Gdyby drgawki nie nadchodziły albo przeszły i jej stan by się w miarę ustabilizował, zamykam oczy i skupiam się na mojej "pacjentce". Środkowe i wskazujące palce obu rąk przytykam do skroni Elizy. Wnikam moim umysłem do ciała kobiety, przynajmniej się staram. Następnie dokładnie sprawdzam każdy organ, czy funkcjonuje tak, jak należy, czy nie ma wyjątkowych odbiegnięć od normy. Gdyby coś było nie tak, a robiłabym podobne magiczne zabiegi w przeszłości lub szkoda nie wydawałaby się trudna do naprawienia - czerpię z mojego źródła magonów i cienką nitką nakładam odpowiednie substancje w wyznaczone przeze mnie miejsca w ciele kobiety.
avatar
Selainwila

Liczba postów : 327
Join date : 16/10/2011

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Deithe on Pią Cze 08, 2012 9:36 pm

Jasmine uklękła w błocie i położyła sobie głowę kobiety na kolanach i delikatnie, ale pewnie przytrzymała ją w dłoniach.
- Nie, nie, nigdy… co jej jest? Mamo… - Lizzy rozpłakała się patrząc na mamę.
Eliza otworzyła oczy i spojrzała na zwisającą nad nią łowczynię. Jej oczy przez chwilę były normalne, choć półprzytomne, a potem rozszerzyły się jeszcze po raz ostatni rozbłyskając słabym blaskiem. Kobieta przemówiła, a mowa którą się posłużyła brzmiała znajomo. Jasmine z trudem rozpoznała w niej ostre warknięcie, którym posłużyła się Mab, czy kakofonię, którą krzyczał do niej duch. Głos Elizy był czysty i melodyjny, miał miłą dla ucha głębię. A co istotne był całkiem zrozumiały, pomimo, że poprzednio Jasmine rozróżniała co najwyżej pojedyncze słowa z ogólnego bełkotu.
- …marked by the crest of a Phenix…

Co powiedziawszy ponownie zamknęła oczy i wyglądało na to, że ponownie osunęła się w mroczną otchłań. Co oczywiście przyprawiło małą o kolejny wybuch płaczu.
Eliza wyglądała na tylko nieprzytomną, nie miała dreszczy ani drgawek, ale Jasmine wolała się upewnić. Zamknęła oczy i ułożyła palce na skroniach kobiety. Jej cień wysunął się ostrożnie i przelał po skórze głowy medium, szukając słabych punktów w jej barierze, a następnie przez nie przenikając. Przed wewnętrznym wzrokiem Hide pojawił się obraz umysłu tamtej, nałożony na jej mózg, wzburzone kłebowisko zawirowań, kolorów, szumów, dźwięków, błyskało jak supernowa oglądana przez kalejdoskop…

Przed oczami czarodziejki wybuchła obraz płomieni. Pożoga obejmowała wszystko dookoła, ziemię i niebo, morze i gwiazdy, połykała ją i przenikała. Ogień huczał i ryczał, palił ją i przenikał bez szkody. Pośród płomieni ktoś stał, a może nawet więcej niż jedna osoba. Wydawało jej się,że rozpoznaje obleczone żarem sylwetki, jednak zanim zdążyła sobie uświadomić kto to przez całość przedarła się błyskawica bólu, rozszarpując wizję na strzepy.

Jasmine zakręciło się w głowie, gdy Eliza nagle się wyrwała, całkiem przytomna. Stanęła na równe nogi jak oparzona z zaskoczonym wyrazem twarzy, zaraz jednak przykucnęłą, łapiąc się za głowę. Czaszka Hide jakby skurczyła się, uciskając mózg. Wrażenie wyciskało łzy z oczu.
- Ajajajajajjjj…
Eliza spojrzała na Jasmine, na przemian krzywiąc się i dziwiąc, jakby nie wiedziała co się właściwie stało.
- Jesteś czarodziejką, wow... a nie wyglądasz… ała ała ała…
- Mamo!
Lizzy wpadła z impetem na matkę, niemal jej nie przewracając. Ta ją objęła i uniosła do góry, jakby nagle zapominając o bólu głowy. Marszczyła tylko czoło i napinałą mięśnie żuchwy, tuląc córeczkę tak, żeby tego nie widziała.
- Już dobrze skarbie, mamusia tu jest, ciii, już dobrze.
Wrażenie zaczęło powoli ustępować i Jasmine jakby odzyskała mowę.
Jasmine: Wyglądałam na odrobinę zdezorientowaną. Moje oczy wbiiły się w kobietę, a usta o mało nie otworzyły. - Co Ci się stało? Dlaczego? - zamknęlam oczy i potrząsnęłam głową - Jak?
Eliza: - A co mi się stało? Co się w ogóle stało? Chyba zemdlałam... prawda? - spytała głaszcząc Lizzy po główce, przyciszając głos. Nagle jakby coś ją tknęło: - Czemu już nie słyszę wycia?
Jasmine: - Zemdlałaś. To dziwne, bo Lizzy mówiła, że nigdy wcześniej Ci się to nie przydarzyło. Powiedziałabym, że zaczęłaś coś mówić w innym języku - zmarszczyłam brwi zastanawiając się nad słowami kobiety.
Jasmine: Cokowliek robiła, to chyba nie była tego świadoma. A przynajmniej dobrze grała swoją rolę, jeśli była.
Eliza: Zrobiła zdziwioną minę.
Eliza: - Bo normalnie mi się nie zdarza, raczej nie należę do kobiet skłonnych do mdlenia od byle kichnięcia, ale zaraz...
Eliza: Na jej czole pojawił się mars konsternacji.
Eliza: - To w końcu zemdlałam, czy mówiłam? Chyba nie można jednocześnie? Poza tym nie znam żadnych obcych języków...
Jasmine: Podrapałam się po głowie i miałam olbrzymią ochotę głupio się zaśmiać, ale się powstrzymałam. Przez to na moje usta wpełzł krzywy grymas. - Obawiam się, że można. To coś, jak mówić przez sen, prawda? Wtedy kieruje nami podświadomość. Może to te magiczne zwierzęta tak na Ciebie zadziałały? Albo któryś z Twoich magicznych przedmiotów? Przykro mi to mówić, ale większość z nich nie wyglądała na bezpieczne. Z kryształami nie warto eksperymentować. - zacisnęłam usta i lekko westchnęłam.
Eliza: Zaczęła chodzić w tą i we w tą, najwidoczniej dla rozładowania stresu. Kołysała małą miarowo. Zaśmiała się nerwowo, przekonana, że Jasmine żartuje sobie. - Lunatykowałam? Dotychczas mi się to nie zdarzało... och proszę, nie żartuj sobie. Od tego wycia tylko rozbolała mnie głowa. A to co tam miałam to śmieci. Czasem zalśnią, ale to wszystko. - Myślisz, że nosiłabym prawdziwych kryształów przy dziecku? Pokręciła stanowczo głową, a potem parsknęła, choć już nie wyglądała na rozbawioną.. - Nie wiem, czy mój ubiór cię zmylił, ale jestem zwykłą oszustką. Podgrzewaczem. W życiu nie widziałam nawet czarodzieja! No, do teraz... - Szata, kryształy, to tylko rekwizyty, ludzie je lubią, oczekują ich. Wierzą w to bo chcą w to wierzyć i tyle. Zaakcentowała ostatnie zdanie, jakby tłumaczyła cos komuś upartemu.
Jasmine: - Śmieci, ale niektórzy potrafią je odpowiednio wykorzystać. Z tego co wiem, kryształy mają nawet przed Kapitolem wiele tajemnic - przewróciłam oczami i rozejrzałam się dookoła, czy przypadkiem nie zbliża się do nas jakieś niebezpieczeństwo. Chodzie w kółko w celu rozładowania stresu wymagało ostrożności. - Mówiłaś coś jak..."marked by the crest of a Phenix". Na pewno nigdy tego nie słyszałaś? Może gdzieś przypadkiem? Poza tym wątpię, że Czarodzieje się tak śmiesznie ubierają - usmiechnęłam się życzliwie - I mylisz się, jeśli sądzisz, że jestem czarodziejką. Wtedy na pewno dawno by mnie tu nie było. Mimo, że magia jest pomocna, to na pewno jest szkodliwa w nadmiarze. Naprawdę nie chciałabym być kolejną marionetką Kapitolu. Tyle szczęścia, że nikt w naszej rodzinie nie był wystarczająco i interesujący dla Kapitolu.
Jasmine przywołała słowa z pamięci i udało się jej je wymówić w miarę poprawnie, choć nie brzmiały tak czysto ani melodyjnie jak słyszane od Elizy. Mimo to twarz kobiety nie wyrażała żadnych oznak rozpoznania. Ani zrozumienia.
Eliza: - Nie, wybacz, ale nigdy nie słyszałam takiego... chrobotu. Ktoś w Dolumen w ogóle tak mówi? Nie bolą ich gardła?
Choć Jasmine była całkiem pewna swojej poprawnej wymowy, Eliza zdawała się odbierać ją całkiem inaczej.
Eliza: - Tak? - Eliza obejrzała swoją szatę, teraz uwaloną w błocie i bez kapelusza, po czym wzruszyła ramionami. - Ludziom się podoba.
Ponadto wydawała się lekko zdziwiona oświadczeniem Jasmine, ale w końcu przytaknęła. Nawet uśmiechnęła się lekko.
Eliza: - No tak, mój błąd. Jak to dobrze, że żadna z nas nie jest na tyle interesująca, żeby wcielić ją do Armii, prawda? Takie szaraczki jak my, z pewnością nie chciałybyśmy marnować czasu uczciwym czarodziejom, mówię prawdę?
Jasmine: - Uczciwym czarodziejom? - zaśmiałam się, choć pewnie powinnam tego żałować - Nie, uważam, że jest dobrze, jak jest. Niech oni nie wtrącają sie do mojego życia, to ja nie będę uprzykrzać się im. Taka niepisana umowa. Wystarczy, że zabili mi ojca. - po chwili ugryzłam się w język, ale było już za późno. - Przepraszam, nie powinnam zawracać Ci spraw moimi kłopotami. Jednak niepokoi mnie Twoja utrata przytomności. Może chcesz, żeby moja siostra Cię obejrzała? Interesuje się medycyną i potrafi czynić cuda. Chyba nie chciałabyś zemdleć drugi raz, kiedy w pobliżu nie będzie nikogo? - spojrzałam na Elizę zmrużonymi oczami.
Eliza: - Och, przykro mi z powodu twojego ojca, ale umm... - Przygryzła wargę rozglądając się na boki. - Nie zrozum mnie źle, jestem wdzięczna, że mnie stamtąd wyciągnęłaś, jestem, ale nie chcę się narzucać... no i był pewnie jedyny raz, więc chyba lepiej jak sobie jednak pójdę już...
Jasmine: - Jesteś tego pewna? Jenny na pewno się ucieszy, ona lubi pomagać. Poza tym wydaje mi się, że bezpieczniej jest trzymać się w grupie, przynajmniej do jakiegoś momentu. Kto wie, kogo można tutaj jeszcze spotkać. Zaraz powinni pojawić się zbieracze, a zanim przybędzie Straż.. kobieta z dzieckiem to łatwy cel. Na pewno nie chcesz skorzystać z mojej propozycji? - uśmiechnęłam się.
Eliza: Przestąpiła z nogi na nogę. Chyba udało jej się uspać Lizzy, bo jej ruchy mimowolnie złagodniały. Mimo to wyglądała na niezdecydowaną. - No nie chciałabym być wzięta na świadka, albo co gorsza... a gdzie jest ta twoja siostra? Gdzie mieszkasz?
Jasmine: Pochodziny z niedaleka, z Deenwheel. Jednak moja siostra powinna być w pobliżu, odjechali po tym, jak wybuchło zamieszanie. Jednak wątpię, żeby pozwolili mi wracać na piechotę. Możesz pójść ze mną, Jenny Cie zobaczy, a jeśli wszystko będzie dobrze, to przed wieczorem na pewno wrócisz do domu - uśmiechnęłam się ponownie.
Eliza: - No... no dobrze. Ale szybko, tak? Muszę małą położyć do łóżka i przydałoby się coś zjeść... Kobieta dała się poprowadzić wraz Jasmine do opuszczonej teraz bramki wjazdowej na teren Festynu.
Kobiety poszły przed siebie, starając się odtworzyć trasę, którą Jas przebyła przez teren festynu. Cały czas rozglądała się po drodze w poszukiwaniu furgonetki Oaka. Doszedłszy do niewielkiej budki przy prowizorycznym płocie służącym za wyjście, nikogo nie zastała. Strażnicy jakby chwilowo się ulotnili.
Nie trzeba jednak było długo szukać, już jakieś sto metrów za terenem Festynu, zaczęli zbierać się gapie z okolicy i ludzie, którzy mieli nadzieję odzyskać więcej swojego dobytku po interwencji Armii, która najbliższy Garnizon miała jakieś trzy kilometry od Deepwood, i jakieś cztery od targowiska. No i oczywiście szabrownicy, starajacy się wtopić w ogólny tłum i zadziałać, gdy tylko będzie okazja.
Wśród tego tłumu stała także znajoma furgonetka, a stojący na jej dachu Josh zauważył ich pierwszy i machał dziko rękami, żeby go zauważyli. Jasmine usłyszała wykrzykiwane swoje imię i w końcu mogła dołączyć do rodziny, przeszedłszy jakieś sto pięćdziesiąt metrów.
Przedstawiła zebranym kobietę, wyjaśniła pokrótce sytuację, że ta miała dziwny atak i trzeba sprawdzić, czy wszystko w porządku, bo strach ją tak puścić do domu. Jenny oczywiście od razu się zgodziła, choć zastrzegła sumiennie, że Eliza mimo wszystko powinna udać się w najbliższym czasie do lekarza, najlepiej neurologa.
Lizzy się wybudziła z drzemki i Eliza początkowo niechętnie, ale za namową Jenny przekazała małą pod opiekę Josha. Dziewczynka szybko zajęła się zapoznawaniem z Jeremym pod okiem starszego brata. Młodsza siostra zajęła się oględzinami matki, jednak na Jasmine nie czekały takie przyjemności.

Gdy Oak do niej podszedł miał mord w oczach. Twarz zaciętą i wzrok ciężki od skrywanego gniewu. Przez chwilę miała wrażenie, że ją uderzy, ale zmierzył ją tylko wzrokiem i skinął głową, żeby się przeszli kilka kroków. Co prawda starszy mężczyzna nie był z nią spokrewniony i łączyły ich jedynie sąsiedzkie więzy, jednak od śmierci Artura i depresji matki, Oak bardzo się zżył z jej rodziną, a oni z nim. Byli trochę jak dwie połówki rozbitych naczyń, które ktoś skleił razem. Oni stracili praktycznie oboje rodziców, a jego żona została wybrana na „buntowniczkę” w losowaniu Kapitolu. Nie cierpiał o tym mówić, ale można było wyczuć jak go to złamało, a że nigdy nie mieli własnych dzieci…
- Masz mi może coś do powiedzenia? – pytanie zawisło w powietrzu.
Jasmine: - Tak, wiem, zachowałam się lekkomyślnie. Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. A kiedy już wiedziałam, było za późno - spuściłam głowę jak skarcone dziecko.
Oak: - Lekkomyślne...? Chyba wprost głupie! Co ty sobie w ogóle myslałaś dziewczyno...
Wziął głębszy oddech, opanowując emocje. - Jak ci się wydaje, jak miałbym spojrzeć twojemu ojcu po śmierci? Co miałbym mu powiedzieć? Że jego córkę rozszarpały potwory, bo ja byłem za stary, żeby za nią pobiec? … Może więc mi choć wyjaśnisz, co takiego w ciebie wstąpiło?
Jasmine: - Wybaczyłby Ci, wiedział, co robiłam. - powiedziałam, nadal spuszczając wzrok. Odczekałam kilka chwil, starając się nie myśleć o ojcu. Ale pewnie i tak po chwili, kiedy uniosłam głowę, moje oczy się szkliły. - To ona. Znaczy, zwiewna panienka. Nie wiem kim albo czym jest, ale potrafi przekazywać magiczne obrazy. Chyba tylko ja ją widziałam. Była bardzo zdesperowana.
Oak: Wpierw otworzył szeroko oczy, całkiem zaskoczony. Nawyraźniej nie spodziewał się duchów w tej konwersacji. Potem zmarszczył brwi, skonfundowany. - Zwiewna panienka? O czym ty mówisz, dziecko?
Jasmine: - Nie wiem. Widziałam ją, ale nie widziałam. Pierwszy raz stało mi się coś takiego. To dlatego nie wiedziałam, co robić. Myślałam, że świat się zawali, albo tam jest coś, co mnie zniszczy. Co zniszczy wszystkich. Ona była realna, ale tylko magicznie. Wydaje mi się, że nie widziałam jej oczami. Sama nie wiem. Miałam wystarczająco pomieszane zmysły, obrazy nakładały się na siebie. Ale przecież nikt inny nie zareagował? Dlaczego jej nie widzieliście? Ona mnie tak prosiła... - powiedziałam, a głos niemal mi się załamał. Przykryłam usta dłonią i odchrząknęłam.
Oak: - Nikogo nie widziałem, ale.... hmm... - krzywienie ust świadczyło o konsternacji i wewnętrznej walce. Nigdy by tego wprost nie powiedział, ale Jasmine była dość dorosła, by wiedzieć, że zastanawia się nad jej poczytalnością. Szale musiały być dość wyrównane, sądząc z dłuższej chwili zastanowienia. W końcu jednak uśmiechnął się krzywo. Cały gniew gdzieś wyparował jak zły sen. Przeczesał przyprószone siwizną włosy i westchnął.
- Już dobrze, wierzę ci. Nie wiem co prawda, co to było, ale wierzę ci, Jas. - Pochylił się ku niej, ściszając głos. - Wiem, że jesteś dorosła na tyle, żeby sama to wiedzieć, ale nie wspominaj już o tym nikomu, dobrze? A ja poszukam kogoś kto mógłby z tobą "porozmawiać".
- I ogranicz użycie magii, dobrze? Stajesz się w tym "za dobra". Rozumiesz? - Wyprostował się, tym razem uśmiechając się już jak najbardziej szczerze. - A następnym razem jak cię o coś proszę to zrób mi tą uprzejmość i to zrób, dobrze?
Jasmine: - Dobrze. - odpowiedziałam i przełknęłam ślinę - Ale naprawdę nie stało się nic złego. Znaczy ze mną... - chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale wiedziałm, że to zbędne. Wystarczające było to, że nie wiedziałam, dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej. Traciłam nad sobą kontrolę. Działałam pod wpływem emocji. To zbiło pewną szklaną barierę wewnątrz mnie i uwolniło pradawny strach.

Strach czy nie, nie mogli stać tu w nieskończoność. Wrócili do samochodu, a była już najwyższa pora wracać do domu. Armia nie mogła być daleko, a gdy zacznął zadawać pytania, lepiej nie być tym od którego wymaga się odpowiedzi. Jenny najwyraźniej skończyła wszystkie badania, składające się – na ile Jasmine to widziała – z masy pytań i krótkiego dotykania rękami w różnych miejscach. Akurat, gdy wrócili kobiety się żegnały. Słońce zaczynało się chylić ku horyzontowi, Eliza wzięła więc Lizzy za rączkę i poprowadziła ją w kierunku Deepwood, szerokim łukiem omijając teren Festynu.

Gdy kobiety się oddaliły uśmiech Jenny przygasł, zastąpiony przez strapienie.
- Nic jej nie jest. Fizycznie – odpowiedziała na nieme pytanie siostry. – Szczerze mówiąc nie mam pojęcia co jej jest. Coś na pewno. Jej cień był jakiś dziwny. Zagęszczenie magonów w większości ciała odpowiadało poziomowi Podgrzewacza, ale jej głowa… jakby coś tam wybuchło. Nie dziwię się, że nie pamięta, że była nieprzytomna. Zaburzenia pamięci, to najmniejsze czego możnaby się spodziewać. To przerasta moją wiedzę, ale nie zdziwiłabym się, jakby od tego pomieszało jej się w głowie, albo i gorsze rzeczy…
Jenny pokręciła głową.
- Nie chciałam jej wydawać na pastwę Armii, więc powiedziałam, że gdyby jeszcze kiedyś coś takiego się zdarzyło, żeby zgłosiła się do mnie, to pomyślimy co z tym zrobić, ale nie wiem, czy dobrze postąpiłam… zresztą, wątpię, żeby z własnej woli udała się do garnizonowego lekarza. Po prostu mam nadzieję, że to był jednorazowy incydent – dodała, choć Jas widziała, że nie wierzy w to. Badanie musiało jej pokazać bardzo czynne procesy w głowie Elizy jak na jednorazowy incydent. Pomimo młodego wieku, jej siostra zdołała zebrać całkiem pokaźną wiedzę, a nawet renomę. Jak na smarkatą nastolatkę, ale zawsze. Zachowywała się nad wyraz dojrzale jak na swój wiek.

Zapakowali się do furgonetki i ruszyli do domu. Oak zaproponował, że odwiezie ich pod sam dom, ale ostatecznie wysiedli u niego na podwórku i przeszli się do domu, dźwigając rzeczy.
W domu Jenny zajęła się za ogarnianie kuchnii, rozpalanie ognia i przygotowywanie kolacji. Josh przypilnował Jeremiego, żeby ten zajął się czymś w pokoju, a potem zaofiarował się, że pójdzie po mamę do sąsiadki, przy okazji zanosząc jej przyprawy. Było to do niego niepodobne, ale miłe.
Jasmine porozkładała przyniesione rzeczy na miejsce i miała właśnie iść, pomóc Jenny, gdy przez okno zobaczyła znajomą sylwetkę pod rosnącym nieopodal drzewem. Strix.
avatar
Deithe
World Designer

Liczba postów : 711
Join date : 08/10/2011

http://immortem.forumpolish.com

Powrót do góry Go down

Re: Denwheel (Jasmine)

Pisanie by Sponsored content


Sponsored content


Powrót do góry Go down

Strona 1 z 25 1, 2, 3 ... 13 ... 25  Next

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach